Trociny

Krzysztof Varga
Trociny
  • Czarne
    Wołowiec 2012
    ISBN: 978-83-7536-366-1
    125x205
    368 stron
    oprawa twarda

Bohaterem i zarazem narratorem Trocin jest pięćdziesięcioletni Piotr Augustyn, przedstawiciel handlowy jednej z warszawskich korporacji, podróżujący nieprzerwanie po kraju. Powieść zawiera monolog tej postaci i układa się w coś na kształt generalnej spowiedzi, ostatecznego obrachunku z życiem, bilansu zysków i strat, choć o tych pierwszych raczej nie może być mowy. Jest to bowiem biografia pod każdym względem niespełniona, naznaczona licznymi porażkami, rozczarowaniami i upokorzeniami; nieszczęsny i w dużej mierze groteskowy komiwojażer manifestuje niechęć do wszystkich i wszystkiego. Przeklina swoich rodziców, którzy nie dali mu pogodnego dzieciństwa, pazerną żonę, która rozczarowana małżonkiem rozwiodła się z nim przed laty, w cichości złorzeczy pasażerom w pociągu (bohater rozmyśla, pokonując trasę z Warszawy do Wrocławia), gardzi współpracownikami z macierzystej korporacji i pracownikami innych firm, z którymi się stale spotyka, nienawidzi ludzi sukcesu i przegranych, snobistycznej młodzieży i modnych artystów. To wyliczenie mogłoby trwać w nieskończoność – Augustyn to mężczyzna do cna sfrustrowany; permanentnie zalewa go żółć. Niesympatyczny (choć to zbyt łagodne określenie) komiwojażer ma tylko jedną pozytywną cechę – jest wielkim miłośnikiem i znawcą muzyki dawnej. Ale i ten atrybut obraca się przeciwko niemu – Augustyn czuje się odseparowany od współczesności, nie rozumie jej i nie akceptuje, dzisiejszą Polskę (bohater monologuje w r. 2011) uważa za kraj pod każdym względem źle urządzony, a zaludniających go obywateli za takich samych nieszczęśników jak on, tyle że nieporównanie bardziej zakłamanych. I tu odsłania się największa zaleta Trocin. W powieści Vargi można bowiem rozpoznać radykalny pamflet na współczesność. Tytułowe trociny to nędzna materia, która wypełnia duszę bohatera, określa jego świadomość, ale jednocześnie, a może przede wszystkim  stanowi – wedle pisarza – istotę świata społecznego. Trociny to powszechna nieautentyczność, wszechobecna hipokryzja i tandeta, zidiocenie, zawiść i triumfujący cynizm, mentalna i intelektualna mierzwa. Oczywiście otrzymujemy obraz świadomie przerysowany i karykaturalny, ale o dużej sile perswazji. Finał utworu, w którym pojawia się zbrodnia właściwie bez motywu, można odczytać jako osobliwe memento. Pisarz przekonuje, że socjopatia i nawykowa nienawiść do bliźnich to nie tylko stan umysłu, ale i zbrodnicza dyspozycja.  

- Dariusz Nowacki

Fragment

Jestem komiwojażerem zbędności, moja praca polega na jeżdżeniu po Polsce i spotykaniu się z nieznajomymi ludźmi, z którymi nie mam ochoty się spotykać, spędzaniu z nimi czasu, który ma swoją wymierną cenę, choć żadnych korzyści nie przynosi, a potem wracaniu do Warszawy albo jechaniu gdzieś dalej lub bliżej. Jestem zawodowym pielgrzymem, któremu płacą za to, że pielgrzymuje na akord, który dostaje pieniądze za setki pątniczych kilometrów przemierzanych prawie każdego dnia. Pielgrzymuję po Polsce i jest to pokuta najgorsza, jaką można komuś zadać, ale staje się zrozumiała, gdy wziąć pod uwagę, że ten, kto ją zadawał, wysłuchał wcześniej mojej spowiedzi. (…)
Myślę, że w czasie swojej, nazwijmy to z pewną egzaltacją, kariery zawodowej zwiedziłem około stu miast, oczywiście głównie średnich, w tym roku byłem w trzydziestu sześciu miastach, co statystycznie daje po trzy miasta miesięcznie, ale jak to ze statystyką, bardziej zaciemnia, niż rozjaśnia ona obraz sytuacji, wszak jest kilka miast, w których bywam kilka razy w roku, nie będzie pewnie niespodzianką, że są to miasta największe, polskie metropolie, oczywiście jak na możliwości tego kraju.
Wiem dokładnie, gdzie i ile razy byłem, ponieważ wszystko mam zapisane w specjalnym notesie w twardej oprawie, który skrupulatnie wypełniam: data wyjazdu i powrotu, miasto, hotel. Prowadzę tę ewidencję nie ze względów sentymentalnych oczywiście, ale rachunkowych, sam wystawiam faktury za swoje podróże, to znaczy dostaję zwrot kosztów za bilety, niestety wyłącznie w drugiej klasie, ale za to pociągami InterCity, co jednak niewiele zmienia, bo przecież i tak zawsze się spóźniają, oraz za hotel, oczywiście nie więcej niż trzygwiazdkowy. Historia mojego życia to ten zeszyt z datami i kolumnami cyfr(…).
W notesie nie zapisuję wydatków na jedzenie, ponieważ za wyżywienie płacę sam, kupuję więc średniej klasy jedzenie za średnią cenę, ani kosztów reprezentacyjnych, czyli zazwyczaj kawy w kawiarni, zazwyczaj w kawiarni sieciowej, w jakimś Coffee Heaven, Starbucksie czy czymś takim, moi kontrahenci wolą spotykać się w kawiarniach sieciowych, wydaje im się, że to dodaje im prestiżu, poza tym wiedzą, że to ja będę płacił, a zawsze lepiej, jak ktoś nam postawi kawę w Starbucksie niż w kawiarni Marysieńka na przykład.
Oni czują się w sieciowych kawiarniach bardziej profesjonalnie, nie chodzi nawet o to, że porcja kawy jest większa, w większym kubku, a zamiast zmęczonej kobiety z odrostami, która bez entuzjazmu przynosi filiżanki, do kontuaru woła ich szybka, młoda obsługa, tu chodzi o to, że klient czuje się tam bardziej profesjonalnie, każdy nieudacznik z papierowym kubkiem café latte, który udaje, że się spieszy, sprawia wrażenie bardziej profesjonalnego. Wszyscy ludzie, z którymi się spotykam, umawiają się ze mną w takich miejscach, papierowy kubek z café latte awansuje ich z nikogo na nikogo plus, mają też nadzieje, że zobaczy ich tam ktoś znajomy, kto będzie spotykał się w tym samym czasie z jakimś innym komiwojażerem takim jak ja. Iluż ja już widziałem w czasie moich wędrówek tych nadętych chłopców i nabzdyczonych dziewczynek pędzących ulicami z papierowym kubkiem w ręku, jakoby gdzieś bardzo się spieszących, podążających na niewymownie wręcz ważne spotkania, wysyłających wszem i wobec komunikaty: jestem miejskim profesjonalistą, nie mam czasu na nic prócz mojej pracy, spotykam się jedynie z ludźmi o tym samym statusie, nie interesują mnie ludzie, którzy się nie spieszą i nie piją kawy ze spienionym mlekiem kupionej w tym miejscu, w którym ja zawsze kupuję kawę (choć za każdym razem prawie chce mi się płakać, gdy przychodzi do płacenia). Dziewczynki pociesza jedynie to, że pieniądze wydają wyłącznie na wodę i kawę, jeśli chodzi o – że nazwę to z pewną przesadą – pożywienie, a także niektóre z nich na mentolowe papierosy, choć coraz rzadziej, wszystkie bez wyjątku są szczupłe, balansując swoimi bladymi ciałami na granicy wychudzenia, ta ciągła walka ze swoim ciałem powoduje, że kompensują to sobie niesympatycznością, w czasie swoich niezliczonych spotkań nigdy nie spotkałem sympatycznej kontrahentki, wszystkie są oschłe i nie kryją nawet pewnego obrzydzenia, że muszą spotykać się, choćby tylko służbowo, z mężczyzną pięćdziesięcioletnim z pewną nadwagą i poszerzającą pole swojego władania łysiną.
W sieciowych kawiarniach jest bezprzewodowy internet, moi kontrahenci zawsze przychodzą z laptopami i w trakcie spotkania włączają je szybko, choć nie ma najmniejszego powodu, by to robić, ale że ich laptopy są zawsze w trybie czuwania, wystarcza jedno kliknięcie i widzę wyraz zadowolenia na ich twarzach, które szybko zmienia się w pozorowane skupienie.
Ja im wręczam papiery, oni mi wręczają papiery, ja przeglądam ich papiery, oni moje, chodzi ewentualnie o złożenie podpisu, choć i to nie zawsze, nie ma najmniejszej konieczności przynoszenia laptopa, szczegóły zostały wcześniej ustalone, właśnie drogą elektroniczną, ja nie używam laptopa na spotkaniach, potrzebuję go do tego, żeby wieczorem w hotelowym zaciszu, wsłuchując się w odgłosy ulicy i szum windy, sprawdzać pocztę i wysyłać do centrali relacje z kolejnych wspaniałych sukcesów naszej firmy.
Zatem siedzimy ze swoimi kubkami z café latte, przez jakiś czas w ciszy przeglądamy te papiery i podpisujemy je, choć też nie zawsze, czasem chodzi tylko o to, żeby przekazać sobie nawzajem propozycje, ja im składam ofertę, oni ją odbierają, jak list polecony na poczcie, i zanoszą swoim przełożonym, czyli ludziom, którzy mają prawdziwą moc decyzyjną, właściwie to jestem zwykłym gołębiem pocztowym, nie białym jednak, lecz szarym ulicznym gołębiem. Ludzie, z którymi się spotykam, nie mają zazwyczaj żadnej mocy, to zwykli posłańcy, pikolaki, gońcy biegający między sieciowymi kawiarniami i spotykający się w imieniu swoich pracodawców z takimi jak ja, choć oczywiście starają się wywrzeć na mnie wrażenie, że coś od nich zależy, usiłują nadąć się, naindyczyć, rozpostrzeć swój wyliniały pawi ogon, z którego przełożeni wyrwali już prawie wszystkie pióra. Nic od nich nie zależy, ode mnie też nic, to są wszystko ruchy pozorowane, z tym że oni zawsze są ode mnie młodsi, mają po dwadzieścia kilka lat, najwyżej trzydzieści, naprawdę mogliby być moimi dziećmi, dopiero zaczęli mozolnie wspinać się na szczyt, wydaje im się, że kiedyś się wespną, ja wiem, że nie, że utkną na lata na wąskiej półce skalnej i będą się jej kurczowo trzymać, żeby przetrwać.