Bez tchu

Włodzimierz Odojewski
Bez tchu
  • Rosner & Wspólnicy
    Warszawa 2002
    110 x 190
    504 strony
    ISBN 83-89217-03-1

Najnowszy zbiór opowiadań Odojewskiego Bez tchu nazwać można powieścią mozaikową. Autor połączył w niej bowiem teksty z tomu Zapomniane, nieuśmierzone(Berlin 1987) i osiem wcześniej nie publikowanych utworów, uzyskując w rezultacie skompletowania nowego zbioru całość niezwykłą – pozbawioną jednolitej fabuły, zmieniającą czasy i miejsca, ale równocześnie spójną, dającą się ułożyć w pewien wzór. Podstawą tego wzoru jest przede wszystkim bohater i dzieje jego życia. To emigrant, który wyjechał z Polski około roku 1970, mając lat mniej więcej czterdzieści. Urodził się za wcześnie, aby wojna go ominęła, i za późno, by wziąć w niej czynny udział: nie zabijał, ale widział śmierć. Jego młodzieńcze miłości splotły się nierozerwalnie z przeżyciem zła - na pierwsze doświadczenia cielesne nałożyły się obrazy gwałtów, upokarzanych ludzi, pokaleczonych trupów. Po wojnie ukończył studia, został dziennikarzem, podjął pracę, na wszystkich tych etapach godząc się na rozliczne kompromisy. Śmiertelnie zmęczony niepewnością życia w Polsce wybiera emigrację. Razem z żoną i dzieckiem osiada gdzieś w Niemczech/ Anglii/ Stanach, pracuje jako dziennikarz/ naukowiec/ pisarz. Biogramy bohatera, choć niekiedy różne w szczegółach, współtworzą warianty jednego losu - mozaikę, składającą się na życiorys emigranta, który usiłuje ułożyć sobie życie. Musi to uczynić, ponieważ jego egzystencja po opuszczeniu kraju nie jest ani uporządkowana, ani spełniona. Właściwie żyje z rozpędu, siłą dawnych marzeń, które kiedyś dodawały mu wiary, że wreszcie nastanie taki czas, gdy będzie mógł mówić prawdę i nie obawiać się o swój los. Marzenie o życiu w prawdzie i bezpieczeństwie spełniło się, ale straciło na znaczeniu. Bohater żyje bowiem pod brzemieniem trzech historycznych kompleksów. Pierwszy z nich to wyniesiona z czasów wojny rana inicjacyjna: zadała ją historia, która do każdego doświadczenia pierwszego dodała okrucieństwo, gwałt, zbrodnię, nie pozwalając odtąd bohaterowi na oddzielenie czystych i niewinnych inicjacji od grozy przedmiotowego, upadlającego, nie znającego etycznych hamulców traktowania człowieka. Kompleks drugi to poczucie winy emigranta. Mieści się w niej pamięć o niewielkich kompromisach, ugodach i ustępstwach wobec stalinowskiego zła, które bohater popełnił dla zapewnienia sobie spokojnego życia. I wreszcie kompleks trzeci - niewyrażalności. Teraz, kiedy wreszcie bohater może pisać i mówić do woli, natrafia na nieprzekraczalną barierę złożoności doświadczeń minionych. Sploty historii powszechnej i prywatnej, węzły przeżyć wzniosłych i potwornych, świadomość utraconej pełni i doświadczanej aktualnie obcości, sprawiają, że prawda okazuje się niewypowiadalna: nawet gdyby była wyrażalna, nikt jej nie zrozumie, nawet gdyby ktoś zrozumiał, nie potrafiłby jej doświadczyć. Rozrywany przez sprzeczne dążenia, bohater wypracowuje sobie metodę spowolnienia: skoro nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości, ale nie może też odzyskać dawnej pełni, zaczyna wracać pamięcią i zamienia życie w nieustanne rozpamiętywanie. Wybiera życie pomiędzy.

- Przemysław Czapliński

Fragment

(...) Więc stał zupełnie bez ruchu minutę albo nawet dłużej i, jak mu się zdawało, bez jednego oddechu. Mimo to nie słyszał wcale jej kroków na korytarzu ani na schodach. Potem jednak usłyszał na dole trzaśnięcie wyjściowych na ulicę drzwi. Wtedy dopiero zbliżył się do drzwi prowadzących na korytarz i je za nią zamknął. I wtedy też naprawdę poczuł znowu ten cały codzienny ciężar samotności i pomyślał, że znowu może zacząć godzinami czytać gazety i słuchać radia. Jak niewolnik ślepego nałogu, błądząc na skali aparatu od stacji do stacji, wyławiać z kłębowiska wciąż tych samych słów skąpe okruchy prawdy stamtąd i pełen nieustępliwości rekonstruować z nich tamtą sytuację, z góry przekonany o daremności swego trudu. A potem rozgrzebywać stare rany aż do porażenia bólem, aż do stępienia świadomości. Może wreszcie także znowu pisać rozpaczliwe listy do Johanny, zaopatrując je na końcu w słowa: „Miła moja, żegnaj...”, wciąż nie wierząc, nie mogąc uwierzyć jeszcze, że oznaczają tę ostateczność naprawdę. (...) Bo przecież nawet nie musiał zamykać oczu, żeby usłyszeć jej powracające zawsze kroki. Nigdy nie przestanie odgadywać nawet w najgłębszej ciemności milczącej jej obecności w pobliżu. Wyczuwać zapachu jej włosów rozsypanych na poduszce. Rytmu jej oddechu. Jego oczy nie będą nigdy jej syte. Nigdy nie zapomni tej z ostatnich ich wakacji wędrówki w upale, wrzosem porośniętymi wzgórzami wschodniego Burgenlandu, gdzie już czuje się szeroki oddech węgierskiej puszty. Jak zeszli w tę dolinę, gdzie na dnie stoi opuszczony młyn i gdzie lodowaty strumień wlewa się wprost do stawu przez wpółzrujnowaną śluzę. Jak wtedy Johanna zrzuciła z siebie na pomoście wszystko i skoczyła tam, gdzie najgłębsza woda. I że jej skóra potem, nim obeschła w słońcu, miała najpiękniejszy odcień delikatnego różu i była w dotyku aksamitna. Nigdy też nie przestanie rozpoznawać jej nikłego śladu, idąc tamtą cienistą ścieżką wśród czerwonych klonów hotelowego ogrodu w Weronie, którą kiedyś raz jeden od niego odeszła. Żeby później powiedzieć z tą szczególną pewnością, ani przedtem, ani potem przez niego nie słyszaną w jej głosie: Nigdy cię nie opuszczę. I nie przestanie pragnąć zasypiać z nią u boku. Jak w te noce duszne, zapierające krtań, kiedy serce zamiera tam nad Adriatykiem, gdzie kiedyś się poznali. I jesienią i zimą w chwilach zwątpienia. Także i teraz. W tym sanatoryjnym miasteczku na stokach Schwarzwaldu. W szumie wściekłym za oknami wiatru, w trzaskaniu o pnie gałęzi, w biciu o szyby deszczu ze śniegiem słyszeć będzie zawsze jej oddech. (...) Między środkami nasennymi a alkoholem, między uderzeniami ostrego bólu w piersi a całkowitym zanikiem czucia, między krzykiem rozpaczy a zobojętnieniem będzie zawsze powtarzał jej imię. W najczarniejszych chwilach. I wiedział, że obojętnie, czy wśród miłosnych zaklęć w obcym i własnym języku, czy w bełkocie słów niepotrzebnych, pustych i bez echa, nigdy nie zabraknie jej dłoni wyciągającej się do jego dłoni, jej głosu odpowiadającego na jego głos. A przecież miał już tę pewność, że to się stanie. Mimo, że nie powiedział jej jeszcze wszystkiego o białej brzezinie, w której zabłądził kiedyś dzieckiem i rozpaczliwie płakał, ani o mokrym, słonym policzku matki, którego dotyk uciszał każdy jego ból, jak już nikt nigdy nie potrafił, ani o derkaczu krzyczącym nad tą rzeką o świcie, nad którą stał dom, gdzie się urodził, i o rozpierającym piersi widoku rozfalowanej na wietrze łąki, o tych ruchliwych, zielonych i płowych na przemian smugach trawy, całe lato biegnących na zachód z tamtego kontynentu, ani o tym, co w niej samej najdroższe, najbardziej okrutne i wieczne, choć już tyle razy opowiadał jej o sobie i o niej, że niejeden raz w swych opowieściach się zaplątał i zapewne powtarzał. Wiedział, że to, co się stanie, stanie się nagle i gwałtownie, i tę scenę przeżywał już wielokrotnie we śnie i na jawie, jak w zwolnionym filmie. A stanie się, mimo że naprawdę nie będzie to jeszcze czas wyznaczony mu przez Boga i los (ale nie mieszajmy w to Boga, pomyślał), ale po prostu tylko dlatego, że nie da się tego ciągnąć dalej i dłużej znosić w pokorze tej całej udręki, szaleństwa, żalu i smutku. I świadom, że nie będzie miał wtedy ani sił, ani odwagi naprawdę z nią się pożegnać, postanowił już teraz błagać w listach o wybaczenie: „Miła moja, żeby się z kimś chcieć zestarzeć, trzeba przeżyć z nim nie rok, nie dwa. Nawet pięć, może i dziesięć lat nie starczy. Trzeba za sobą mieć długie lata nie tylko porozumienia ciał, wspólnej pracy, przebijania się do celu, walk, sukcesów, radości, ale i zawodów i klęsk, nie mówiąc już o wspomnieniach. Więc wybacz, nie mamy już czasu...”