Prawdziwa ballada o miłości

Aleksander Jurewicz
Prawdziwa ballada o miłości
  • ZNAK
    Kraków 2002
    150 x 213
    192 strony
    ISBN 83-240-0249-9

Nie od dziś wiadomo, że najtrudniej pisać o miłości, choć konwencja romansu jest z pewnością najtrwalszym wynalazkiem literackim. Ten, kto potrafi dziś w sposób wiarygodny przedstawić świat ludzkich uczuć, musi być świetnym pisarzem. Aleksander Jurewicz to potrafi. Opowiedziana przez niego historia jest bardzo prosta: dwoje młodych ludzi połączyło płomienne uczucie, mimo że bohaterów dzieliło naprawdę wiele – narodowość, religia, polityka. Ona jest białoruską dziewczyną wzrastającą w tradycyjnej, katolickiej rodzinie, on – Rosjaninem, którego rodzina przybyła na polsko-białoruskie pogranicze (włączone po wojnie do ZSRR), by tam utrwalać nowy polityczny porządek. Rzecz dzieje się u progu lat 50., a miejscem akcji jest wiejska osada w pobliżu Lidy, malowniczo wtopiona w piękny, niemal idylliczny pejzaż. Nieodmiennie zatem widzimy bohaterów pośród pól, łąk i sadów, wsłuchanych w odgłosy przyrody, rozkoszujących się jej harmonią i urodą. Wszystko to tworzy niezwykły poetycki nastrój, w jakim utrzymana jest powieść Jurewicza. Najbardziej urzekającą cechą tego utworu jest szlachetna prostota, a także niepowtarzalne ciepło bijące od tej powieści. Doprawdy, trudno nie ulec wzruszeniu. Prawdziwa ballada o miłości to jedna z tych „bajek”, jakie pisarze opowiadają nam ku pokrzepieniu serc, głosząc pochwałę najprawdziwszych uczuć. Te zaś zawsze mają słodko-gorzki smak. Również w tej powieści, która – jak na prawdziwą literaturę przystało – nie może skończyć się happy endem.

-
Dariusz Nowacki

Fragment

W jej oknie nie paliło się światło. Krzyż okiennej ramy spinał inkrustowane szronem szyby; wyglądające jak srebrne witraże. Z komina wyciekały ostatki dymu i niepostrzeżenie rozpuszczały się w ciemnościach. Spod śnieżnych zasp, oprószonych błyszczącymi łuskami mrozu, wystawały czubki chruścianego płotu i krzaków porzeczek.
Wszystko wydawało się wymarłe, uśpione długim zimowym snem. Spały drzewa wzdłuż drogi, wydeptane na podwórkach ścieżki, plebania, most i ścięta lodem rzeka, ukryte gdzieś ptaki, pagórki i doliny. Posnęły sady, studnie, furtki do ogrodów, klamki u drzwi, pajęczyny w rogach futryn, łodygi lodowych sopli nad oknami, czerwone dziecięce sanki i dzwonnica przed kościołem. Sen zagarnął kuchnie, noże do chleba, skisłe mleko w glinianych dzbankach, płócienne ręczniki przy żeliwnych umywalkach, myszy w norach pod podłogą, pęki dzikich ziół na pordzewiałych gwoździach, warkocze cebuli i czosnku. Pogrążone we śnie stygły kaflowe piece, mole w szafach, niedzielne garnitury i białe bluzki, zegary z kukułką, ubrania na poręczach krzeseł, znoszone buty, serwety na stołach, stoły, rozrzucone dziecięce klocki, maszyny do szycia i ślubne portrety na ścianach. Zapadły w sen niedokończone miłości, odkładane rozstania, smutki, wspomnienia, boleści, marzenia, początki rozpaczy i resztki nadziei. Świat pogrążył się w mroźnym śnie. Ucichły głosy i szmery, zamilkł nawet wiatr, co pod wieczór odezwał się krótką, szaleńczą zawieją. Michał wpatrywał się w ciemny dom, jakby wierzył, że siłą swojego pragnienia może wywołać jej cień za oszronionym oknem. „Chociaż mi się przywidź - wyszeptał w mroczny chłód. - Proszę cię i zaklinam, chociaż w ten sposób upewnij mnie, że jesteś i że nienadaremnie ciebie wyczekuję. Daj jakiś najmniejszy znak, pozostaw choćby ślad na śniegu, odezwij się głosem przestraszonego ptaka albo błyśnij gwiazdą spadającą z nieba. To już tyle dni, Promyczku, że pogubiłem się w ich liczeniu i choć są one teraz krótkie, to wydaje mi się, że całe wieki przeminęły, od kiedy ciebie tutaj nie ma. Najgorsze są wieczory, kiedy miejsca sobie znaleźć nie mogę - pomagam ojcu w urzędowych rachunkach, czasami gramy w karty, matka zagania mnie do czytania Wojny i pokoju i wierszy Jesienina, bo ona całe dnie siedzi tylko w książkach albo przy wróżeniu, albo puszcza na gramofonie dawne romanse z płyt trzeszczących tak, że już prawie śpiewu ani muzyki nie można usłyszeć, ale nawet jak coś robię, to ty stale podchodzisz mi do oczu i wszędzie widzę ciebie - w kościanych gałkach liczydła, karcianych figurach, łyżce, którą mieszam miód w gorącym mleku i zaczyna mi się wszystko mylić. Wychodzę przed dom, a tutaj tylko wiatr, mróz i cisza przerywana szczekaniem psów albo śpiewem pijanych. Patrzę w stronę, gdzie ujechałaś i wydaje mi się, jakbym znowu widział odciski sań, jak tamtego dnia, kiedy wróciwszy z Lidy, zobaczyłem odciśnięte na śniegu ślady prowadzące z waszego podwórka na drogę. Wtedy poszedłem po nich aż za most, gdzie nałożyły się one na ślady innych sań. Patrzę więc w tamtą stronę, gdzie możesz być, i ciężko zmusić się do myśli, że gdzieś wśród nieznanych śniegów jesteś. Mam po tobie tylko niewielki znak na kurtce - ślad po urwanym guziku i nie daję przyszyć nowego, choć w domu krzyczą na mnie, że chodzę jak oberwaniec. A ja cały czas chodzę i wypatruję tych rąk, które mi go oderwały. Pomyślisz pewnie, że zdumiałem, ale dla ciebie zdumieć mi nie szkoda. Najlepiej byłoby pójść przed siebie, błądzić w zadymce i szukać domu twojego wujka, rozpoznać na jakimś podwórku ślady twoich kroków i czekać gdzieś w ukryciu, aż wyjdziesz z domu po wodę do studni albo ukażesz się w oknie. Tak często o tym myślę i tylko strach, że moglibyśmy się rozminąć, zatrzymuje mnie tutaj. Już parę razy śniły mi się rozerwane koperty, które podnoszę z podłogi, ale niczego wewnątrz nich nie znajduję i łapczywie przeszukuję wszystkie koperty na nowo, bo coś mi podpowiada, że w którejś z nich musi być niewielki zwitek papieru zapisany twoją ręką. Wtedy ktoś usiłuje otworzyć drzwi, słyszę mocowanie się z zasuwką i widzę czyjeś palce w szczelinie drzwi, w tym momencie ogłuszającymi uderzeniami odzywa się nasz stary, sprzedany przed wyjazdem zegar, budzę się i w pierwszej chwili nie wiem, gdzie jestem ani dlaczego nie mogę otworzyć zaciśniętej dłoni. Ot, widzisz, Ninka, jak mnie dopadło, że samego siebie poznać nie mogę, swojego imienia czasami nie mogę sobie przypomnieć, bo już wszystko stało się dla mnie jednym imieniem twoim..."