Podróż ludzi Księgi

Olga Tokarczuk
Podróż ludzi Księgi
  • W.A.B.
    Warszawa, wyd. II poprawione, 1998
    123 x 195
    oprawa: miękka
    ISBN: 83-87021-20-2

Pierwsza powieść Olgi Tokarczuk opowiada o tajnym stowarzyszeniu ludzi zamierzających odnaleźć Świętą Księgę, którą Bóg miał dać Adamowi. Akcja powieści toczy się w XVII w. we Francji i Hiszpanii. Ramę fabularną tworzą przygody poszukiwaczy Księgi. Podróż jest przypowieścią o bezradności człowieka wobec tajemnicy istnienia, historią ludzkich złudzeń i niespełnienia. Drugie wydanie Podróży ludzi Księgi zostało zmienione przez autorkę. Olga Tokarczuk, mimo młodego wieku, jest bezspornie zjawiskiem we współczesnej literaturze polskiej, czego dowodem jest dwukrotnie już wydana jej pierwsza książka Podróż Ludzi Księgi. Wyborny talent autorki uwydatnia się od samego początku opowieści i stopniowo ogarnia wszystkie jej płaszczyzny, funkcjonujące w zadziwiającym współbrzmieniu: ideowo-treściową, narracyjno-fabularną i stylistyczno-językową. W dzisiejszym świecie, wyraźnie skomercjalizowanym, zautomatyzowanym i zdemoralizowanym, gdzie liczy się tylko pieniądz i pośpiesznie konsumcyjno-mechaniczne zażywanie wątpliwych przyjemności, ludzie łakną czegoś pięknego i niezwykłego. Tokarczuk daje im to, proponując swoją literacką alternatywę, która jest jak oaza dla spragnionych dusz, jak balsam dla wypalonej już wrażliwości estetycznej.
W kunsztownie wystylizowanej scenerii XVII wieku poruszają się jak w bajce, zbliżone przypadkiem, trzy główne postacie. Okazują się oni wybrańcami losu i jako jedyni całkowicie wtajemniczeni (świadomie czy okazjonalnie) poszukiwacze Świętej Księgi, z samozaparciem dążą do wspólnego celu. "Księga" zasługuje na takie poświęcenie, gdyż zawiera jedyną Boską Prawdę i kwintesencję świata. Bohaterowie są ludźmi odmiennego pokroju; różni ich wszystko: zarówno pochodzenie, edukacja, inteligencja, jak i światopoglądy, filozofia życia, wymagania wobec losu. Ciemny niemowa Gauche, wybitnie wykształcony Markiz i przepojona miłością Weronika nie tylko znaleźli wspólny język, lecz we wzajemnej fascynacji sprecyzowali i skoordynowali swoje osobiste motywacje w drodze do tajemniczej i niedostępnej "Księgi". W tym rozumieniu, szczególnej wagi nabiera nie poznanie "Księgi", ale niesamowita podróż, która odsłania indywidualne prawdy bohaterów. U samego końca tej wyprawy, przed potężnym obliczem już blisko znajdującej się "Księgi", każdy z nich poznaje swoją tajemnicę i sens własnego istnienia. Rządzona wielobarwną miłością Weronika, jakby uskrzydlona ambicją Markiza, wygasa spokojnie u boku swojego rycerza; sam Markiz przed śmiercią doznał najwznioślejszego olśnienia i poczuł się wreszcie całkowicie spełniony u progu rajskiej doliny "Księgi", a Gauche, powodowany jedynie nieprzepartą chęcią dokończenia dzieła swoich szlachetnych przyjaciół, otrzymał głos i przemówił nim po ludzku - po raz pierwszy w życiu. Jedyny dotarł do "Księgi", nie zabrał jej jednak, gdyż jeszcze do niej nie dorósł - nie umiał jej czytać i rozumieć. Przyjdzie na to dopiero właściwy czas. Sama ludzkość nie jest jeszcze przygotowana. Nie umie przyjąć tego Skarbu, poza którym nie ma i nie będzie innej wiedzy.
Książka niewątpliwie zachwyci najwybredniejszego czytelnika. Każdy znajdzie tu coś dla siebie i zasmakuje w jej uroku: będzie się rozkoszował bądź umiejętnie wplecionymi w kanwę narracji wątkami filozoficznymi, dotyczącymi semantyki snu, języka, czasu, podróży i lustra lub wciągającą, jakby bajecznie płynącą fabułą; wyrafinowanym, z lekka ironizującym stylem albo przeźroczystym, wycyzelowanym i precyzyjnie wywarzonym językiem. A może całą tą czarodziejską mieszanką...

Fragment

Markiz czuł się boleśnie rozdwojony. Żył zawsze ze świadomością, że porusza się w ramach pewnego kontinuum, którego jednym biegunem jest moc płynąca z wyzwolenia się od własnych pragnień, a drugim - bezpieczeństwo, którego istotą było zawsze pragnienie. Kryła się w tym sprzeczność nie do obejścia ani zlekceważenia. Dotąd wyboru między tymi dwiema możliwościami dokonywało za Markiza samo życie. Zrezygnował z miłości w swoim małżeństwie, ponieważ ona zrezygnowała z niego. Może i mógł walczyć - tak się zawsze mówi, oglądając czyjeś życie z daleka, ale nie bierze się pod uwagę bólu, jaki sprawia zawód.
Markiz zbudował swojemu bólowi kapliczkę i pielęgnował go jak rzadką roślinę. Ból uwalniał go powoli od miłości żony, ale czy uwalniał go od samego cierpienia? Cierpienie z powodu zawiedzionej miłości krępuje równie mocno jak sama miłość. Cierpienie jednak jest zupełnie czym innym - człowiek buntuje się przeciwko niemu, i taki bunt sprzyja próbom uzyskania kontroli nad sobą i mocy. Będę silny, będę wolny, mógł sobie mówić Markiz, poznałem tajemnicę siebie samego, moje cierpienie i moją samotność, poznam tajemnicę natury, nieba i ziemi, bo wiem, że poprzez poznanie osiąga się siłę.
Taka była być może droga Markiza do wtajemniczenia. Jak baśniowy Jeździec na Ślimaku, posuwał się słowo po słowie, krok po kroku, dzień po dniu do drugiego bieguna kontinuum, widząc z coraz większą jasnością, że poznanie daje wolność, ale nie daje bezpieczeństwa. Im głębsze, tym więcej rodzi pytań i niepewności, tym bardziej zawieszone i umowne zdaje się ludzkie istnienie, tym mniej ważna jest różnica między życiem i śmiercią. I w tym tkwi właśnie moc.
Tej nocy zaczęła opuszczać Markiza. Najpierw wylała się z niego falą nasienia, a potem, kiedy spał, wyciekała z niego powoli niby woda z nieszczelnego dzbana. Markiz tracił swoją niewinność, i nie była to kwestia fizycznego zbliżenia z kobietą; to mu się zdarzało już przedtem. Tracił niewinność przez to, że tę kobietę kochał, że chciał z nią pozostawać przez cały czas, przyglądać się jej i być przez nią oglądany, poznawać ją, wejść w jej świat, mieć z nią dzieci. Idąc dalej pod górę, Markiz zaczął przeczuwać, że sam dla siebie stał się przeszkodą w dotarciu do Księgi. I że na dodatek jakaś obca siła odebrała mu tę jego umiejętność kontroli, z której kiedyś był tak dumny.(...)
Markiz odetchnął z ulgą. Opadł na torby i spokojnie patrzył na zniżające się powoli słońce i zieloną dolinę. Czerwień i zieleń zmywały z jego oczu zmęczenie, ale jego wzrok był i tak słaby, żeby mógł dojrzeć szczegóły. Markiz widział niebo i ziemię spięte gasnącą broszą słońca, widział powolny ruch kolorów przechodzących z intensywności w uspokojenie pasteli. Nie zdziwiła go cisza, jaka nagle zapadła po odejściu Gauche'a. Wiatr mógł ustać przed wieczorem. Oczekiwanie zawsze jest ciszą.
Wiedział, że jest chory. Była to z pewnością ta sama choroba, która zabiła Weronikę, ale nie przejmował się tym. Nic nie może być silniejsze niż Księga. Z trudem poprawił się na torbach, żeby móc bez wysiłku oglądać dolinę. Wyobrażał sobie Gauche'a biegnącego przez gąszcz zielonych roślin i żółtego psa przeskakującego susami kamienie. Ale ten żywy, kojący obraz nagle spowolniał, Gauche teraz bardziej płynął niż biegł, zieleń wymieszała się z czerwienią, tworząc pęczniejące szarością cienie. Markiz usnął na chwilę albo wydawało mu się, że usnął, bo kiedy otworzył oczy, wszystko było inne. Nie siedział już na skalnym cypelku nad zieloną doliną. Zdał sobie sprawę, że znajduje się na ogromnej, rozległej przestrzeni, która lekko się wygina, tworząc pośrodku długie i regularne zagłębienia, niby otwarta książka. I wszystko co do tej pory znał, było teraz pojedynczymi literami, i on sam był jedną maleńką literą, która buduje wyraz a potem całe zdanie i cały akapit. Każda rzecz miała tutaj swój znak - jak pojedynczy głos w nieskończonym chórze głosów. Był jedną literą, nieważne jaką, to go nie obchodziło, jego radość płynęła z tego, że ma znaczenie, że bez niego wyraz, który tworzył wraz z innymi znakami, byłby okaleczony. Może być przecinkiem, banalną kropką, która kończy nieodwołalnie zdanie, może zamkniętym w sobie "o" albo sięgającym głębi igrekiem, a może po prostu tylko pustą przestrzenią między wyrazami, bez której znaczenia zlałyby się lub przemieszały. Patrzył ze spokojem na prosty, wyraźny horyzont tworzony przez krawędź białej, ogromnej karty, na tysiące znaków ustawionych w równe szeregi, ciągnące się w nieskończoność. Zastanowił się wtedy, dla kogo otwarta jest ta książka, czemu ma służyć. Podniósł wzrok i zobaczył, że niebo jest miliony razy większe niż ona i dlatego po wielokroć zawiera ją w sobie. Księga była otwarta dla nieba. Polish edition by Wydawnictwo W.A.B.