Szmuglerzy

Henryk Grynberg, Jan Kostański
Szmuglerzy
  • Twój Styl
    Warszawa 2001
    143 x 250
    156 stron
    ISBN 83-7163-207-X


Henryk Grynberg we wstępie do Szmuglerów pisze, że długo szukał tego, co znalazł we wspomnieniach Kostańskiego: całkowitego utożsamienia się nie-Żyda, polskiego chrześcijanina, z losem eksterminowanego narodu. Kostański wychowywał się na warszawskiej Starówce. Jego ojciec jeszcze przed wojną odszedł od rodziny. Matka, mająca na utrzymaniu trójkę dzieci, zajęła się wówczas handlem owocami pod Halami Mirowskimi. Wciągnął ją do tego interesu znany w tej okolicy handlarz żydowski Ajzyk Wierzbicki, wdowiec obarczony dwójką dzieci. Obie rodziny blisko się zaprzyjaźniły. Po wybuchu wojny Kostańscy przenieśli się na ulicę Krochmalną, do domu, w którym mieszkała już cała rodzina Wierzbickich. Nie minęło wiele czasu, gdy podwórko, które otaczała ta kamienica, przegrodził mur. Kostańscy i Wierzbiccy nadal byli sąsiadami, tyle tylko że każde ich spotkanie groziło teraz śmiercią. Przyjaźń okazała się jednak silniejsza od strachu - wkrótce Janek zaczął regularnie "przemycać się" przez mur, by odwiedzać Wierzbickich. Początkowo były to wizyty towarzyskie. Potem Kostański zaczął "profesjonalnie" szmuglować do głodującego getta żywność. Było to przedsięwzięcie zyskowne, ale, jak wiadomo, skrajnie ryzykowne, i parokrotnie chłopak wymykał się niechybnej śmierci. Jednak prawdziwe niebezpieczeństwo było dopiero przed nimi, gdy w obliczu pierwszej wielkiej fali wywózek do Treblinki Kostańscy postanowili ukryć Wierzbickich po "aryjskiej stronie". Lecz i wyprowadzonych z getta - oraz opiekujących się nimi Janka i jego matkę - czekała gehenna. Błąkanie się po Warszawie i okolicach, ucieczka z jadącego już do Treblinki pociągu i powrót do getta, bo po drugiej stronie nie ma gdzie się skryć. Jeśli o tego typu historiach można powiedzieć, że dobrze się kończą, ta skończy się dobrze. Janek z matką raz jeszcze wyprowadzą rodzinę Wierzbickich z getta i przechowają ich aż do wybuchu Powstania Warszawskiego. Przeżyją, przeżyje też grupka żydowskich przyjaciół Janka. To mogła być opowieść tyleż podnosząca na duchu, co czułostkowa. Gdyby nie sposób, w jaki została zapisana. Narracja Grynberga-Kostańskiego jest niemal protokolarna. Pełna znaczących niedopowiedzeń, dyskretna emocjonalnie. Owa dyskrecja wzmacnia również dramaturgię Szmuglerów. Bo początkowo nic nie wiemy o motywacjach emocjonalnych Kostańskich. Stopniowo zaczynamy się domyślać, że Janka łączy z Nechą, córką pana Ajzyka, coś więcej niż koleżeńskie rówieśnictwo (pobiorą się tuż po wojnie i spędzą razem całe życie). Ale dopiero z zakończenia książki domyślamy się (choć też nie jest to powiedziane wprost), że początkiem tej całej historii musiał być przedwojenny jeszcze romans matki Janka z panem Ajzykiem: tuż po wojnie dorosłemu już Kostańskiemu urodzi się przyrodni brat. Czy owe osobiste motywacje nie osłabiają przesłania książki? Sądzę, że nie. Szmuglerzy to, jak napisał Grynberg, opowieść o utożsamieniu. Baśniowe nieomal marzenie o tym, jak proste mogłoby być życie, gdyby ludzie mieszkający obok siebie nie wymyślili sobie, że coś ich dzieli.

-
Piotr Bratkowski

Fragment

Postawili go przez środek podwórza. Z początku nie rozumieliśmy, co to. Kiedy był jeszcze niski, skakaliśmy z jednej strony na drugą, dopiero jak urósł, poczuliśmy lęk. Berkowie, którzy znaleźli się po naszej stronie muru, musieli się przeprowadzić i oddali swoje piękne mieszkanie dozorcy z Krochmalnej 12 za jego suterenę. Pan Ajzyk pozostał w swoim mieszkaniu, jak większość ludzi z głębi podwórza. I mój najlepszy kolega, Władek Cykiert, który mieszkał w drugim podwórzu. widzieliśmy ich codziennie z okna, a oni nas. Wołaliśmy jedni do drugich, machaliśmy rękami. Ktoś naraz ułożył piosenkę: "Ty jesteś tam, gdzieś za murami, a z tobą serce me..." Po naszej stronie pilnowali polscy policjanci, po tamtej żydowscy, a jednych i drugich niemieckie patrole. Przy rogu Solnej stała wacha - z naszej strony polski policjant, z tamtej żydowski, a pośrodku żandarm. Podszedłem do polskiego policjanta i mówię: - Panie władzo, tam Żydzi są nam winni pieniądze, a nie mamy z czego żyć, może mnie pan przepuścić?... Popatrzył na mnie o poszedł porozmawiać z żandarmem. - Dobrze, ale za godzinę musisz wrócić, bo zmiana wachy! Sama droga w tamtą stronę zajęła mi blisko godzinę, bo wyloty ulic były zamurowane i musiałem iść okrężną drogą, a chodnik i jezdnie tak zatłoczone, że trudno się było przedostać. Na podwórku patrzyli na mnie, jakbym z księżyca spadł. Dopytywali o Rosję i Amerykę. Dorośli ludzie pytali mnie, piętnastolatka, co robić. Poważni kupcy zwracali się do mnie, żeby im to i tamto załatwić po tamtej stronie. Nieraz później zastanawiałem się, kiedy to ja zgubiłem swoje dzieciństwo. Chyba właśnie wtedy. Zostałem na szabas, a nazajutrz założyłem na rękaw białą opaskę z niebieską gwiazdą jak wszyscy i zabrałem Nechę na Leszno do cukierni. Przepychaliśmy się przez ulicę pełną żebraków, śpiewaków, skrzypków. Wciśnięto tu nie tylko wszystkich Żydów z lewobrzeżnej i prawobrzeżnej Warszawy, ale i dziesiątki uchodźców z Łodzi i innych miast i miasteczek przyłączonych do Reichu, którzy znaleźli się bez środków do życia i żebrali od rana do wieczora. Jeszcze nigdy nie słyszałem tyle muzyki naraz i nie widziałem tyle żebrzących dzieci. A wszyscy, i biedacy, i ludzie dobrze ubrani, mieli lęk w oczach i pierzchali na widok każdego Niemca jak gołębie. Tylko wariat uliczny, Rubinszjtain, nie uciekał. Przeciwnie, podbiegał do Niemcówi wołał: Alle gleich! Alle gleich! - co miało oznaczać, że w getcie wszyscy są równi i wszystkich to samo czeka - a Niemcy śmiali się i nic mu nie robili. Wbiegł za nami do cukierni, wołając: - Alle gleich, alle gleich!... - Rubinsztajn, zjesz coś? - zapytałem. - Teraz nie jestem głodny, ale później będę - powiedział i nadstawił rękę po pieniądz. W niedzielę po południu mama krzyknęła z okna, że czas wracać. Bo krzyczało się z okien - zawołaj mi tego, zawołaj tamtego. Przez wachę wyjść nie mogłem, ale mama dała dziesięć złotych polskiemu policjantowi, a pan Ajzyk żydowskiemu, Jakub mi przystawił do muru drabinkę i za chwilę byłem w domu. Przez pierwszy rok za nielegalne przejście groziła grzywna, areszt, obóz pracy, ale nie śmierć, to policja jeszcze niedużo brała. Z naszej strony przylegały do muru drzwi hurtowni, nad którymi znajdowało się zakratowane okno, to w piątek po zamknięciu hurtowni, nad którymi znajdowało się zakratowane okno, to w piątek po zamknięciu hurtowni policjant wchodził na chwilę do bramy albo na schody, a ja się wspinałem po sztabach, chwytałem za kraty okna i już byłem po tamtej stronie. Zanosiłem im żywą kurę, żeby mieli koszerne na szabas, i zostawałem przez sobotę i niedzielę. Jadzia tez przychodziła i Danusia, czasem mama. Jakub rzucał im linkę, którą się przewiązywały, i przeciągał je jak szmugiel. Danusia miała w getcie wszystkie swoje koleżanki i więcej tam przebywała niż w domu. Kawałek Krochmalnej od dziewiątego do trzynastego był cofnięty i nazywano to miejsce "placyk". Zachodziliśmy tam z mamą do "Dorotki", kawiarenki przy placyku po drugiej stronie Krochmalnej, bo znaliśmy właścicielkę - miała najlepsze w mieście bajgle na gorąco jeszcze przed wojną. Na ścianie wisiał zegar z kukułką. Władek Cykiert też chodził tam i z powrotem. Miał klucz do naszego mieszkania i nocował u pani Rejerowej na kanapie. Chodziliśmy do teatru. Przeważnie we czworo, ja z Nechą i Jakub z Jadzią. Grano po żydowsku, Necha mi tłumaczyła. Sala była zawsze pełna, nawet kiedy ludzie umierali na ulicach, bo nie kosztowało drogo, a każdy chciał posiedzieć w kulturalnym miejscu i na pare godzin zapomnieć o tym, co się naprawdę dzieje. Wracaliśmy rikszami, żeby zdążyć przed godziną policyjną, jedną Necha z Jadzią, drugą Jakub i ja. Jedziemy Lesznem i nagle na jezdnię schodzi żandarm: - Halt! Miałem żydowską opaskę na rękawie, ale może jakiś łobuz doniósł, bo bywało, że Polacy ukrywali się przed Niemcami w getcie. Żandarm podprowadził nas pod posterunek, gdzie stały dwa zabłocone rowery, i kazał je czyścić. Zacząłem się rozglądać, czym te rowery czyścić, to dostałem w twarz z obu stron. - Wyjmij chustkę! - powiedział Jakub. Wyczyściliśmy oba rowery chustkami do nosa i śliną. Żandarm obejrzał, czy błyszczą, i dał nam w nagrodę po kopniaku.