Biała Maria

Hanna Krall
Biała Maria
  • Świat Książki
    Warszawa 2011
    ISBN: 978-83-247-2453-6
    144 strony
    oprawa twarda

W latach 70. Hanna Krall podarowała duetowi twórców filmowych Krzysztof Kieślowski/ Krzysztof Piesiewicz pewną historię, a oni zrobili z tego film. Trzydzieści lat później Krall opowiada, co reżyser zmienił i jak było naprawdę. Opowiada w imieniu bohaterów. Albo: opowiada tak, jak oni mogliby opowiedzieć, gdyby ktoś użyczył im głosu. 
Historię znają wszyscy, którzy oglądali część ósmą Dekalogu Kieślowskiego: w czasie wojny pewna Polka obiecała, że zostanie matką chrzestną żydowskiej dziewczynki. Kobieta w ostatniej chwili wycofuje się z obietnicy, bo jako osoba wierząca nie może poświadczyć nieprawdy przed Bogiem. Matka z córką wychodzą na okupacyjną ulicę…
Zamiast prostej filmowej prezentacji Hanna Krall konstruuje narrację, której porządek wyznacza przyległość: ludzie, którzy zetknęli się z dziewczynką i jej matką, zostają przedstawieni z osobna, zyskując prawo głosu. Czasem mówią we własnym imieniu, czasem narrator rekonstruuje ich dzieje czysto hipotetycznie, opowiadając, jak mogło być. Narracja skacze, przechodzi od postaci do postaci, zmienia czasy (wojna, PRL, współczesność) i miejsca (Warszawa – Dęblin – Osmolice). Jeśli coś naprawdę łączy to wszystko – Żydów i Polaków, małą wieś i wielkie miasto, słynny porcelanowy komplet Rosenthala zwany Białą Marią z niemiecką arystokratką Marion mieszkającą po wojnie gdzieś na polskiej prowincji – to rosnąca nieobecność: nie ma tych, którzy zostali zdradzeni i zgładzeni, nie ma tych, którzy zdradzali lub pomagali. Zostały tylko cmentarze przeszłości, na których zgromadzono resztki dawnego życia: przedmioty po Żydach zebrane w jakimś muzeum, spisy osób, rzeczy rozproszone po domach. Została jeszcze ludzka pamięć, ale i ona – razem z umieraniem – odchodzi.
Więc może ta książka jest o różnych stanach rozproszenia, o narastającej intensywności znikania: zamiast kompletów pamiątek zostały resztki; zamiast uporządkowanej opowieści mamy plątaninę losów opowiadanych nie po kolei; zamiast autentycznych głosów – narracyjne hipotezy.

- Przemysław Czapliński

Fragment

1. MATKA
Masz może fałszywe świadectwo?, spytałeś. (Lubiłeś zadawać podobne pytania. Masz szlachetnego komunistę? A iluzjonistę? A antykomunistę też masz?).
Tym razem chodziło o przykazanie. Ósme, dodałeś. Nie będziesz mówił...
I owszem, miałam. W sam raz dIa twojego filmu.
O kobiecie i mężczyźnie, którzy stali u szczytu stołu...
Nie. O matce, która stała naprzeciw nich, w sporej odległości, bo stół był długi.
Też nie. O dziewczynce, którą matka trzymała za rękę…
Jednak o kobiecie i mężczyźnie. Uprzejmi, życzliwi, w średnim wieku, kobieta miała na ramionach góralską chustkę, kwiaciastą, obszytą frędzlami.
Stół był nakryty czymś białym, serwetą czy obrusem.
Matka nie chciała usiąść. Patrzała wyczekująco na gospodarzy, na tę parę za stołem, ale widać było, coraz jaśniej było widać, że nigdzie się nie spieszą.
Jak pani wie, zaczęła kobieta, my jesteśmy wierzącymi ludźmi..
(Matka skinęła głową. Poważnie, z szacunkiem).
A trzeba kłamać.
I gdzie, w kościele. W obliczu Pana Boga.
Powinna pani...
Splotła i rozplotła końce frędzli.
Powinna pani nas zrozumieć.
Jej nazwisko (gest ręką w stronę dziewczynki).
Jej imię (gest ręką).
Dlaczego duża taka, dlaczego tak późno, a z ojcem co? Jeśli ksiądz spyta, co z ojcem?
Wszystko zmyśIone, no wszystko, i gdzie, w kościele...
Mówiła coraz nieskładniej, coraz bardziej nerwowo, powinna pani...
Nie musiała tego powtarzać, matka zrozumiała za pierwszym razem. Byli wierzącymi ludźmi, nie mogą kłamać, metryki chrztu nie będzie.
Pożegnała się.
Zeszły po schodach.
Stanęły na ulicy.
Stały i stały.
Ile można stać na środku ulicy. Z włosami, które matka tleniła tego rana wyjątkowo starannie, Pasemko za pasemkiem, a które w świetle letniego dnia były jeszcze bardziej, jeszcze fatalniej żółte niż zazwyczaj. Nie mówiąc już o oczach, ile można… Chodź, szepnęła
dziewczynka. Chodź. No, chodź już.
Może być?
Jasne, ucieszyłeś się. Ale… zawiesiłeś głos, zdjąłeś okulary i sięgnąłeś po papierosa.
Ale...?
Tam było jeszcze coś.
Tak? A co?
Nie wiem.
Nic nie było.
Zacząłeś się upierać: było, tylko-nie wiemy co.
No i dodaliście gestapo – ty i twój scenarzysta. Na wszelki wypadek. No i AK -  gospodarz był w Kedywie. Ludzie, do których miała pójść z tą metryką, pracowali dla gestapo, chrzestni rodzice mogli wpaść i – co gorsza – cała akowska konspiracja. (Wiadomość była fałszywa, nikt dla gestapo nie pracował, ale okazało się za późno).
Wszystko stało się dla was jasne.
Napisaliście scenariusz.
Poza gestapo dodaliście opiekuna, to on trzymał małą za rękę. Z matki zrezygnowałeś. Postanowiliście – ty i współautor scenariusza – że wieczór. „Jest wieczór, zimno, dziewczynka jest zmarznięta”.
To nie był wieczór, dzień był. Tramwaje, ryksze, sporo przechodniów i żółte włosy.
Herbaty też nie było, ale mniejsza, chciałeś, żeby herbata, niech będzie. Postawiłeś filiżanki na stole (były z dobrej porcelany, dodałeś, choć każda inna). Napij się, zachęcała gospodyni tę małą.
Znowu pokazywali Dekalog, ósmą część. W niezłym czasie, zaraz po koncercie na plaży w Rio de Janeiro.
Znowu się dziwiłam. Że Bóg - nie uwierzyłeś? Dziewczynka uwierzyła. Wiem, znałam tę małą dość dobrze.


2. RODZICE CHRZESTNI
Na głos czytaj.
Quid petis ab eccl… ecclesia… To ksiądz. A my: wiary. Po Polsku.
Co – wiary?
Że żąda. Bo spyta, czego żąda od Kościoła Bożego.
Kto?
No ona, przecież chrzczona będzie. Fides quid… to ksiądz. Co daje ci wiara.
Co daje?
Życie wieczne. To my.
A ksiądz do niej tylko?
Chrzczona będzie, to do niej.
Jak do niej, niech mu odpowiada.
Nie może. Do siedmiu lał mówią chrzestni, jak za niemowlę. A jakby rodzice umarli, to chrzestni już w ogóle.
W ogóle?
Opieka, wychowanie. Wszystko. Ksiądz mówił.
Z kartki nie można by?
Z pamięci, ksiądz prosił. Ale kościelny podpowie jakby co.
To i kościelny będzie?
Musi być. Teraz zapyta ją o szatana. Czy odrzekasz się ducha złego. Odrzekam. Powtórz.
Odrzekam.
I wszystkich spraw jego?
Odrzekam.
I wszelkiej pychy jego? No i chrzci ją. I świecę nam podaje i…
Czekaj. Jaki on jest?
Kto?
Kościelny. Pytał o coś?
Dlaczego tak późno. Dopiero chrzcicie? – dziwił się. Tłumaczyłam, że ojciec bezbożnik był, a dziadek, pyta, też bezbożnik? A matka z babką nie mogły chrztu dopilnować?
Tak pytał?
No. A jeszcze organista. O matkę. Będzie ją wpisywał do księgi chrztów. Chwali się, że kaligrafii się uczył… To chcesz słuchać? Bierzemy świecę i ksiądz mówi: weźmij świecę płonącą i nienagannie strzeż chrztu swojego, abyś, gdy Pan przybędzie na gody, mogła wyjść na spotkanie Jego… Ładne to. Jakbyśmy dzieci mieli, też byśmy chrzcili tak pięknie… Co milczysz?
Myślę.
Że co?
Że jak rodzice… Ojca już nie ma, matka w każdej chwili... Wtedy my z nią już na zawsze?
Na zawsze. Ksiądz mówił.
Co milczysz?
W zakrystii będziemy chrzcili, pod krzyżem. Krzyż aż do sufitu, z całą postacią taką wyraźną. Patrzyłam na twarz. Na stopy. Dobrze tak kłamać przy Nim? Ani wiary od kościoła ona nie żąda, ani w kościół nie wierzy, nawet imienia prawdziwego nie wymawia. Wiesz chociaż jak ma na imię?

Tak mogło to wyglądać.
Tak mogliby rozmawiać i w twoim filmie, trzeba tylko dodać okupacyjne realia. Mdłe światło karbidówki, chleb z solą i odrobiną oleju, zaciemnione okna, twój scenograf wie zresztą, jak to się robi.
No nic, innego filmu już nie będzie.