Apokalypsis’89

Jarosław Maślanek
Apokalypsis’89
  • W.A.B.
    Warszawa 2010
    125x195
    256 stron
    ISBN: 978-83-7414-846-7

Apokalypsis’89 to powieść o degrengoladzie społeczeństwa czasów kapitalizmu i autodestrukcji pewnego człowieka. Autor przeprowadza nas od socjalizmu do wolnego rynku, ukazując, jaki typ człowieka stwarzał każdy z ustrojów.
Socjalistyczna perwersja polegała na zbudowaniu świata, w którym zbiorowość mogła czerpać rozkosz z niemożności. Socjalistyczne więzienie oferowało bowiem swoim mieszkańcom możliwość poprzestawania na tym, kim się jest, szansę wydatkowania minimum życiowej energii. „Wartość dodana” socjalizmu to rozkosz zbiorowego odgrywania spektaklu „Gdybyśmy tylko mieli wolność”. Nadejście kapitalizmu to apokaliptyczny moment prawdy, gdy nie można już skryć się za represje wczorajszego ustroju. W świecie nieograniczonych możliwości życie bohaterów szybko przemienia się jednak z gorączkowej działalności w znieruchomienie. Wszyscy zaczynają od euforii, by jakiś czas potem popaść w katatoniczny bezruch. Naśladowane początkowo wzorce „producent, posiadacz, pośrednik, polityk” to nie tyle kariery, fabuły wolnościowe, ile nędzne imitacje, które nie mają pokrycia ani w osobowościach, ani w kompetencjach, ani w kontekście społecznym. Dlatego ruch zamiera. Na naszych oczach socjalizm, który pozwalał odgrywać życie zablokowane, zamienił się w kapitalizm, który nakazuje odgrywać dynamizm. Pierwszy pozwalał oszczędzać siły życiowe, drugi wymaga, by je trwonić.
Tu wątek pierwszy splata się z drugim. Przedstawia on historię człowieka, który – alkoholem, abnegacją, okrucieństwem wobec najbliższych – zniszczył własne życie. Na dnie jego autodestrukcyjnego szaleństwa tkwi idea całkowitej wolności. Bohater sprawdza, czy w kapitalizmie możliwa jest autonomia. Kapitalizm to przecież  kłopotliwy czas, gdy każdy może być wszystkim.
W momencie ostatecznej degradacji bohatera związek obu wątków nabiera wyrazistości. Oto główny bohater okazał się prawdziwym wytworem kapitalizmu. Nie biznesmen, selfmade-man, lecz pusty byt, wydrążone istnienie, człowiek, który w odpowiedzi na kapitalistyczną zachętę do konsumpcji skonsumował sam siebie i roztrwonił wszystko.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Przeciw komunie byli wszyscy, ale tylko przy wódzie. Jak można zwalczać komunę, żądając wolnych sobót; czy walczy się z opresją systemu, wyjeżdżając na wakacje do zakładowego domu wczasowego, przyjmując pierwszomajową paczkę, żebrząc o papier toaletowy, bo od podcierania gazetą ma się czerwoną dupę?! Gadać gadali, narzekali wszyscy, siarczyście. Ale czy źle im było? Czy mój ojciec wyrzekłby się przywilejów związanych z graniem w fabrycznej orkiestrze, oddałby mieszkanie, zwrócił mundur, zwymiotował litry darmowej wódy, wyrwał z trzewi kilogramy swojskiej kiełbasy spałaszowanej na oficjalnych akademiach ku czci? Przez całe życie nasłuchałem się od ciebie, jaka ta komuna jest zła, jak niszczy ludzi, tłamsi wolność i swobodę wypowiedzi i tak dalej. Ciekawe, co byś powiedział, gdybyś pożył kilka lat dłużej i zamiast przejść na ciepłą emeryturkę, został zwolniony z Zakładów? Przecież mógłbyś robić wszystko, nie? Tak jak chciałeś. Miałbyś tę swoją wolność. Czy skorzystałbyś z niej i założył zespół disco polo? Nikt już nie wynajmuje grajków na wesela, są za drodzy. Wolność wyboru - możesz być tylko lepszy. Byłbyś lepszym  pięćdziesięciolatkiem bez pracy, umiejącym tylko grać na trąbce? Potrafiłbyś? No widzisz, truposzu. A ja musiałem spróbować być lepszym trzydziestolatkiem z magistrem ekonomii marksistowsko-leninowskiej na cztery z plusem i pięcioletnim doświadczeniem w wąchaniu bibliotecznego kurzu.
Na początku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego zwolnili mnie z pracy w Archiwum. Koniec zimy przesiedziałem w domu, z matką przechodzącą z MDWS w MZMN. Wiosna to już MZMN w pełnej krasie, to dzień w dzień harmider, krzątanina, wizyty Przebieskiego i Martynki, dawnej koleżanki matki z pracy. I namawianie mnie na wejście do tej ich sznurówkowej spółki. Jako że Manhattan dopiero raczkował, spiskowcy doszli do wniosku, że bardziej opłaci się objeżdżać okoliczne wioski i tam wystawiać stragan. Matka wstawała o piątej rano, szykowała się do wyjazdu żukiem Przebieskiego i budziła mnie szwargotaniem nad torbami podróżnymi wypchanymi różnokolorowym towarem. A ja nie chciałem mieć z tym biznesem nic wspólnego. Dla mnie to był obciach i wstyd. Magister ekonomii sprzedający wieśniakom sznurówki na bazarach?! Zapomnij, pani MZMN, zapomnij, panie Przebieski, zapomnij, Martynko!
Na razie zająłem się przeprowadzką z mojego pokoju do większego lokum po ojcu. Wywaliłem wszystkie zbędne rzeczy po nim, wszystkie, których nie dało się sprzedać na bazarze (Przebieski opylił sporo ubrań, nawet starą pościel ktoś kupił). Wyniosłem je na śmietnik i z balkonu oglądałem, jak piętnaście minut po mnie podjechał rowerem facet, z którym pracowałem w fabryce. Znałem go z widzenia, robił na hali, nie pamiętałem, jak się nazywał, ale wiedziałem, że wyleciał z roboty ze mną i z kilkoma setkami ludzi z pierwszego rzutu. Zatrzymał się przy wejściu do śmietnika, oparł rower o murek, zapalił papierosa, obejrzał wokoło, a gdy nie zauważył nikogo, wszedł do środka i zaczął wynosić wyrzucone przeze mnie pozostałości po ojcu. Do przyczepki załadował przeżarty molami kożuch, koc przypalony papierosami, poplamioną narzutę na łóżko, metalową kasetkę na dokumenty z wyrwanym zamkiem; przy zimowych butach zastanawiał się chwilę, odrzucił je, podszedł do roweru, zawrócił, wygrzebał z powrotem i upchał pod koc. Odjechał, nie oglądając się za siebie.
Stałem na balkonie, tyłem do pustego pokoju, i patrzyłem za znikającym śmieciarzem. Po ojcu zostały mi tylko książki. I wspomnienia; nie te gazetowe, którymi żyłem przez lata pracy w Archiwum, ale prawdziwe, uwolnione dzięki rozstaniu ze śmieciami.
[…]
Debiut na Manhattanie zaliczyłem w połowie listopada. Padał deszcz ze śniegiem, a temperatura nie przekraczała sześciu stopni powyżej zera. Przebieski załatwił mi miejsce niedaleko matki i Martynki, oddzielała nas tylko Maciejowa, która zza lady w sklepie ogrodniczym przeniosła się na bazar. Też wystawiała nasiona, tylko w gorszych warunkach - bez dachu nad głową. Ja zataskałem na plac Romaniuków dwie siaty książek po ojcu, głównie historycznych, tych o partyzantce, bitwach drugiej wojny światowej i okupacji hitlerowskiej: Dla mnie spadek pozwalający uciułać trochę grosza. Matka z Martynką zajmowały kawałek ziemi dwa razy większy niż ten, który mi przypadł w udziale. obie pierwszy raz wystawiły się w naszym mieście, a ja, udając, że nie mam nic wspólnego z tymi handlarami sznurówek, rozłożyłem na gazetach książki, w końcu towar inteligencki, którym obrót nie przynosił ujmy. To były jeszcze spartańskie warunki, Manhattan dopiero stawał się Manhattanem, centrum miasta dopiero zmieniało lokalizację. Szybko uczyłem się na własnych i cudzych błędach, tydzień wystarczył, że- bym poznał kilka tajników handlu. Nie kładź niczego, co może zmoknąć, bezpośrednio na ziemi lub na gazetach (książki rozkładałem na podartych reklamówkach); zawsze trzymaj pod ręką folię do przykrycia towaru, gdyby zaczął padać deszcz lub śnieg; jeżeli to możliwe, nie rozkładaj się w pobliżu zagłębień, prędzej czy później na pewno pojawi się tam błoto lub woda; kiedy idziesz się odlać, nie powierzaj nadzoru nad towarem sąsiadowi, chyba że jest to ktoś, kogo dobrze znasz i jeżeli podchodzi do ciebie więcej niż  dwóch dzieciaków na pewno będą chcieli coś ukraść; odganiaj psy' przeważnie ochlapują towar zaszczanym błotem z łap; o odpowiednie ubranie, kiedy nagle załamie się pogoda i zrobi się zimno, nie musisz się martwić, bowiem Bóg zesłał Novego i jego ,,Padlinkę''. Dzięki Bogu za ,,Padlinkę''!
Novy to po prostu Nowy, tylko przefarbowany na kapitalizm. Nowakowski z czwartej b, koleś, który w szkole handlował obrazkami z Donaldów i podrabianymi matchboksami. Pod koniec komuny uruchomił zakład z wodą mineralną i oranżadą, a teraz wchodził z nowym towarem – cherry wiśniową, czymś pomiędzy tanim winem a wódką; butelka wystarczyła na łebka. A rano czułeś się jak padlina. Jednak na bazarze, kiedy zimno, chłodno, głodno albo gdy gorąco, duszno i na słońcu – jak znalazł.