Grzechotka

Joanna Jodełka
Grzechotka
  • W.A.B.
    Warszawa 2011
    123x195
    304 strony
    ISBN: 978-83-7414-901-3

Mimo iż od dobrych kilku lat polska proza kryminalna rozwija się bardzo bujnie, to jednak wciąż stosunkowo niewiele jest w niej tekstów autorek młodszego i średniego pokolenia. Jedną z najbardziej obiecujących pisarek kryminałów jest Joanna Jodełka. Już jej debiutancka powieść z roku 2009, zatytułowana Polichromia, została dostrzeżona i doceniona. Pisarka otrzymała za nią prestiżową Nagrodę Wielkiego Kalibru. Na czym polega fenomen prozy Jodełki? Autorka bardzo umiejętnie przełamuje konwencję gatunku, w ciekawy sposób łącząc kryminał miejski (z Poznaniem jako jednym z "bohaterów") z elementami powieści obyczajowej i psychologicznej.
Tak też jest w drugiej powieści pisarki, Grzechotce. Główny wątek fabuły rozwija się wokół tematu handlu noworodkami. Młoda kobieta budzi się z ciężkiego, nieprzyjemnego snu i stwierdza, że dziecko, które nosiła w łonie… zniknęło. Nie pamięta porodu, w ogóle nie potrafi sobie przypomnieć niczego z ostatnich kilkudziesięciu godzin życia. Policjant prowadzący dochodzenie podejrzewa, że mogła porzucić albo nawet zabić nowonarodzone dziecko. W śledztwie pomaga mu psycholożka, choć niechętnie, bo sama ledwo zaleczyła traumę po stracie swojego dziecka.
W Grzechotce właściwie nie ma głównego bohatera. Autorka konstruuje narrację niczym mozaikę, prowadząc symultanicznie opowieści o kilkunastu – mniej lub bardziej wyeksponowanych – postaciach. Oprócz już wymienionych są to między innymi: notariusz zdominowany przez matkę i żonę, upadły ginekolog alkoholik, bandyta, który kiedyś katowany przez matkę, mści się na kobietach. W nowej powieści Jodełki historia handlu dziećmi płynnie przechodzi w opowieści o toksycznych relacjach rodzinnych, zaburzonych związkach między ludźmi, które zamieniają codzienne życie w piekło, problemach rodzicielskich. Pogłębione portrety psychologiczne bohaterów sprawiają, że warstwa obyczajowa w Grzechotce jest niezwykle sugestywna. 
W przypadku powieści Jodełki napisać, że jest to świetny kryminał, to właściwie nie napisać nic. To raczej świetna proza z wątkiem kryminalnym. Rzecz nie tylko dla wielbicieli opowieści z dreszczykiem.

- Robert Ostaszewski

Joanna Jodełka (ur. 1973) z wykształcenia historyk sztuki, z zamiłowania autorka scenariuszy filmowych, tekstów piosenek i powieści kryminalnych. Uhonorowana nagrodą Wielkiego Kalibru za najlepszą polską powieść kryminalną.

Fragment

W samochodzie Weroniki Król zrobiło się co prawda cieplej, ale nie zmieniło to jej nastawienia do samego dnia. Nie miała ochoty na żadne uduszone, odstawione lub porzucone niemowlęta, ani takiego dnia, ani żadnego innego.
Na koszmar w stylu pięciorga dzieci upakowanych pomiędzy brukselkami w zamrażarce czy ukiszonych w beczkach po kapuście nie miała siły. I wiedziała, że szybko jej nie znajdzie, a szukać nie będzie.
Ze swej Dąbrówki, niegdyś wioski pod Poznaniem, do której - jak obserwowała - zamierzało się przeprowadzić pół Poznania, miała kilka możliwości, by dojechać do centrum. W niedzielny, pusty poranek mogła w nich przebierać. Minęła więc kościół w Skórzewie, w którym kiedyś mieścili się wszyscy mieszkańcy okolicznych wiosek, a teraz tłoczyli się mieszkańcy pobliskich szeregowców. Minęła dwie szkoły, jedną bardziej nowoczesną od drugiej. Mogła minąć jeszcze jedną, już w Poznaniu, i skręcić w którymkolwiek momencie, by przedostać się, na Grunwaldzką, która prowadziła ją do celu. Ale bezwiednie albo wiedziona koszmarnym instynktem, chcąc dojechać do Grunwaldzkiej, skręciła w Owczą. Była to jedna z tych możliwości, której nie powinna była wybierać.
Łatwo dać się zwieść. Przetykana leśno-łąkowymi łatami ulica Owcza, gdyby nie cmentarz po drodze, sama nawet by nie zauważyła, że już nazywa sie Cmentarna. Tak samo zresztą jak wielkie sosny nie wiedziały, że ich szyszki od dawna nie spadają na ziemię, tylko na gęsto stojące nagrobki na Junikowie.
Weronika Król nie skracała sobie tak drogi od bardzo dawna. Nie była nigdy na tym cmentarzu, odkąd chowano jej narodzone na chwilę dziecko. Nawet na Wszystkich Świętych. Tego dnia zamknęła się w domu razem z winem i dwudziestoma wypożyczonymi na tę okazję komediami. Nie odważyła się włączyć telewizora, by nie najeść się żałobnej atmosfery. Oglądała te komedie i nie śmiała się zbyt głośno. Ale też nie płakała.
Za to teraz, gdy jechała wzdłuż cmentarza, w oczach zakręciły jej się łzy. Odwróciła głowę, uważając, by nie roztrzaskać się na zakręcie. Uspokoiła się dopiero, gdy wjechała na szeroką, dwupasmową Grunwaldzką.
- Nic to! - powiedziała sama do siebie, czując nienawiść, którą wraz ze swoim bólem wylała w myślach na dziewczynę. ”Dziewczynę, która sama zabiła swoje dziecko”, co chwilę huczało jej w uszach. Tylko stwierdzi poczytalność lub jej brak, chwilową oczywiście, bo tylko chwilę tam będzie, i dalej już niech ktoś inny się tym zajmuje! Tak zadecydowała.
Skręciła z Grunwaldzkiej i dojechała na Rycerską. Nie była tam od ponad roku, ale policjant w recepcji musiał ją pamiętać. Podał jej numer pokoju. Trafiła. Zapukała i uchyliła drzwi, naturalnie spodziewając się tam jakiegoś oficera czy kogokolwiek, kto do niej dzwonił. Myliła się.
W pokoju nie było nikogo. Nikogo oprócz czegoś, co opatulone w bury koc kiwało się na krześle niczym osierocone wahadło szalonego zegara, który gdzieś zniknął. Tam i z powrotem, tam i z powrotem.
Na chwilę to coś odwróciło głowę w jej kierunku. Nie zobaczyła nic oprócz wielkich, przerażająco wielkich oczu.
Zamknęła drzwi.
Przymknęła powieki, ale i tak widziała te kołyszące się oczy, które jakby straciły twarz i same się kołysały w pustej przestrzeni.
Oszołomiona, stała tak przez moment oparta o futrynę.
- Pani Weronika Król?
- Tak. - Z chwilowego odrętwienia wyrwał ją chudy, blady facet, który ni stąd, ni zowąd wyrósł przed nią. Był w jej wieku, miał podkrążone oczy i rozciągnięty sweter. Kukuryku, które zakręciło mu się, z tyłu głowy, dowodziło, że raczej nie wstał zwyczajnie do pracy, tylko praca wyciągnęła go z łóżka i nie pytając o zdanie, postawiła do pionu.
- To ja dzwoniłem do pani. Widziałem panią tu parę razy, ale nie mieliśmy okazji się poznać. - Uśmiechnął się lekko, wyciągając rękę w jej kierunku.
- To też trudno nazwać okazją - ucięła krótko.
Wiedziała, że być może jedno zdanie wyprowadzi go z równowagi i on już do niej nie podejdzie, a wtedy ona pójdzie. Ale nie zrobiła nic.
- Słucham! - zażądała wyjaśnień dotyczących tej mało niedzielnej sytuacji.
Parę godzin temu ludzie wynajmujący jej pokój, to znaczy Edycie Skomorowskiej, usłyszeli krzyk - zaczął rzeczowo wyjaśniać policjant, uciekając przed jej wzrokiem. - Podobno przerażający, myśleli, że zwariowała, i od razu zadzwonili po pogotowie. Pogotowie zadzwoniło po nas. Nie możemy sie z nią porozumieć. Nie wiemy, co się stało, zakładamy, że coś  niedobrego.
- Wiadomo, że urodziła? - Już po drodze zastanawiała się, czy to po prostu nie urojenia, które tłumaczyłyby nieobecność dziecka.
- Tak - odparł policjant tonem, który świadczył o tym, że nie pierwszy raz to wyjaśnia. - Odwieziono ją na Polną. Lekarz, bardzo elegancki, wszystko potwierdził. Miał niewiele czasu i był też uprzejmy. - Spojrzał na nią, nawet nie drgnęła, mówił dalej: - Bo podobno pogoda taka, że z domu nie chce się wychodzić, ale na świat to i owszem. Musieliśmy ją stamtąd zabrać, źle reagowała na szpital, jakieś niemowlaki płakały, ona chciała biec...
- Ale kiedy urodziła? - szybko zapytała, bo tego, co chciał jej opowiedzieć, nie chciała słuchać.
- Podobno dwa, może trzy dni temu. Stwierdził, że wszystko jest w porządku, goi się. To wszystko.
- A co ona mówi? - dopytała Weronika Król, choć była pewna, że z dzieciobójczyń doktoratu pisać nie będzie.
- Cały czas to samo: że ktoś ukradł jej dziecko i że nic nie pamięta.
- Czy jest pod wpływem jakichś środków?
- Tak, jakichś silnych leków uspokajających. Testy narkotykowe nic nie wykazały, a na dokładniejszą analizę trzeba będzie poczekać. Mamy kilka hipotez. Optymistyczną, że zostawiła to dziecko w jakimś szpitalu, ale nie w Poznaniu, bo to sprawdziliśmy. Mniej optymistyczną, że sprzedała je komuś, tego może się dowiemy. Mimo wszystko najbardziej prawdopodobne jest to, że mogła dziecko zabić albo porzucić. - Chwycił klamkę, ale jeszcze nie zamierzał otworzyć drzwi.
- Może faktycznie nie pamięta, co się stało, a może udaje - dodał. - Wcześniej czy później to się okaże, ale wezwaliśmy panią po to, by okazało się teraz - Weronice wydało się, że ostatnie słowa policjant powiedział z wyraźnym smutkiem i niewiarą.