Tak jest dobrze

Szczepan Twardoch
Tak jest dobrze
  • Powergraph
    Warszawa 2011
    ISBN: 978-83-61187-20-2
    135 x 205
    240 stron
    oprawa twarda

Zbiór gromadzi sześć opowiadań psychologiczno-obyczajowych o tematyce współczesnej. Nadrzędnym tematem jest tu życiowa porażka, egzystencjalna katastrofa, która przydarza się pospolitym bohaterom. Takim jak Gerd Piontek z opowiadania otwierającego tom. Gerd to Ślązak, który we wczesnej młodości był żołnierzem Hitlera. Po wielu latach spędzonych w sowieckiej niewoli wraca do domu jako człowiek do cna wydrążony. Ten żywy trup, który na froncie robił rzeczy straszne, popełnił jeszcze jedną „zbrodnię” – spłodził syna. A ponieważ był człowiekiem, w którym umarły jakiekolwiek uczucia, uczynił swego potomka emocjonalnym kaleką.
Na szczególną uwagę zasługuje dłuższe opowiadanie Masara. Tytułowe słowo to śląskie przezwisko nadawane otyłym, brzydkim dziewczętom. Kimś takim jest Paulina z potężną nadwagą, która zrazu przeżywa piekło w gliwickim liceum, później bierze swoisty odwet nie tylko na szkolnym koledze, ale całej wczesnej młodości. I tu, i w pozostałych opowiadaniach Twardoch z dużym wyczuciem ogrywa problem braku akceptacji czy to dla własnego ciała, czy to pozycji towarzyskiej, analitycznie, wnikliwie opisuje lęk przed zranieniem, upokorzeniem, szyderstwem, a zwłaszcza przed śmiesznością. „Śmieszność – czytamy w jednym z opowiadań – jest gorsza od śmierci, w śmieszności człowiek umiera najbardziej”. Twardocha zajmuje też problem nieautentyczności, maski. Najlepiej kwestia ta została ujęta w opowiadaniu Uderz mnie. Bohater tego utworu cierpi na rozdwojenie jaźni niczym Stevensonowski dr Jakyll. Zaletą tej historii o rozpadzie osobowości jest to, że została osadzona we współczesnych realiach, zaludniają ją postacie rodem z telewizyjnego serialu. To ogólna cecha tej prozy – bohaterowie i zdarzenia wydają się dobrze podpatrzone i podsłuchane, jak gdyby wydarte rzeczywistości. Opowiadania Twardocha są też świetnie skonstruowane, oparte na suspensie i narracyjnej przewrotce. Bodaj najlepszym pod tym względem utworem jest rzecz zatytułowana Dwie przemiany Włodzimierza Kurczyka.

- Dariusz Nowacki

Szczepan Twardoch (ur. 1979) Prozaik i publicysta, ostatnio wydał ciepło przyjętą przez krytykę powieść Wieczny Grunwald (2010). Znawca języka i kultury śląskiej, ekspert w dziedzinie broni.

Fragment

Pracy nienawidził, jak wszystkiego. Nigdy nie zdobył się na śmiałość wysłania curriculum vitae do innej firmy. Był przekonany, że nie jest zdolny do samodzielnego zdobycia posady. Robotę w H&T załatwiła mu matka, dawna znajoma Halskiego, który zjawił się nawet na jej pogrzebie trzy miesiące temu. Raczej przez wzgląd na zmarłą, nie na jej syna, którego w pracy w ogóle nie zauważał, jakby Kurczyk był człowiekiem przezroczysty. Besztać młodszego księgowego nie było za co, chwalić Halski nie miał zwyczaju, więc w ciągu sześciu lat pracy w H&T Kurczyk rozmawiał ze swoim szefem tylko trzy razy, jeśli nie liczyć uprzejmych „dzień dobry, panie prezesie", których Halski wymagał bezwarunkowo. I nigdy na pozdrowienia nie odpowiadał.
Włodzimierza uprzejmości nauczyła matka. Mamusia — tylko tak wolno mu było ją określać w rozmowach z innymi. I tylko tak mógł się do niej zwracać, naturalnie w trzeciej osobie. Ile mamusi dać cukru do kawy? Ciągle jeszcze nosił jej zdjęcie w portfelu, nie potrafił wyciągnąć tego czarno-białego kartonika spod przezroczystej folii. Spoglądała na niego, kiedy otwierał portfel, patrzyła na niego swoimi ciemnymi oczami. Zaciskała wąskie usta z delikatną linią ciemnych włosków nad górną wargą. W tych ustach, w ich ledwo widocznym grymasie była cala wściekłość świata. Miała czterdzieści siedem lat, kiedy urodziła swojego jedynego syna. Była panną. I do śmierci panną została.
Wcisnął się do tramwaju, zatłoczonego obrzydliwie, jak zwykle o tej porze. Brzydził się ludzi, szczególnie ich zapachów: starych ubrań, tanich papierosów, niemytych zębów, przetrawionego alkoholu. Mamusia nauczyła go higieny. Higieny i abstynencji. Zdrowego trybu życia. Mycia zębów po każdym posiłku, mycia rąk przy każdej okazji. Higieny intymnej również. Stosowania talku i dbałości o systematyczność tych zabiegów. I nigdy nie pozwoliła mu nauczyć się jeździć samochodem, choć sama zawsze miała auto. Nie mógł tego auta nawet myć. To byłoby poniżej godności chłopca z porządnego domu. Za umycie auta płaci się człowiekowi gorszego rodzaju.
W latach osiemdziesiątych mamusia miała żółtego poloneza, który potem rozleciał się w wyborczą niedzielę wrześniową 1993 roku, kiedy  mamusia uderzyła nim w latarnię przed szkołą, pod którą podjechali głosować. Polonez nadawał się tylko do kasacji. Mamusia była wściekła. Dwa dni później długo rozmawiała z kimś przez telefon. Nie wiedział z kim, bo zabroniła mu wychodzić z pokoju, aż go zawoła. Wieczorem nieznajomy młodzieniec siadł przy kuchennym stole w ich mieszkaniu, podpisali jakieś papiery i zostawił mamusi kluczyki od granatowego renault 25. Auto było ośmioletnie, ale duże, wygodne i luksusowe. Miało nawet brązową tapicerkę ze skóry i elektryczne szyby. Miało też klimatyzację, mamusia jednak nigdy jej nie włączała, twierdząc, że to niezdrowe. Nie pozwalała Włodzimierzowi siadać na przednim siedzeniu i nigdy na tym przednim, wygodnym fotelu nie siedział, nawet na postoju. Próbował sobie wyobrażać, jak to musi być cudownie jechać z przodu, patrzeć na drogę przez szeroką szybę, ze wszystkimi przełącznikami tablicy rozdzielczej na wyciągnięcie rąk.
Miał wtedy czternaście lat i od kilkunastu dni chodził do ósmej klasy. Chłopakom imponowałaby elegancka limuzyna, ale na Włodka zwracali uwagę tylko wtedy, gdy chcieli go dręczyć, a dręczyli go od samego początku podstawówki.
W szóstej klasie nieco osłab im prześladowczy entuzjazm, nie ganiali już dziwaka, który nie chodził na religię ani na wu ef. W ósmej świadczyli mu już tylko drobne, nawykowe przykrości: walnęli książką w łeb, wyrzucili teczkę przez okno i podstawili nogę, kiedy Włodek zrywał się do biegu op swój tornister: skórzany, zamykany na dwie klamry – sam w sobie powód do drwin. Prosił mamusię, aby kupiła mu plecak z ortalionu, zamykany na zamek błyskawiczny, ale odmówiła. Twierdziła, że tylko z tornistrem uczeń wygląd jak uczeń. Z tego samego powodu zakładał do szkoły mundurek, chociaż dawno już obowiązek mundurkowy zniesiono i tylko on nosił tę śliską granatową bluzę z białym kołnierzykiem i naszytą tarczą szkolną.
Odpuściła mu dopiero w liceum – na wyraźną, bardzo uprzejmą prośbę wychowawczyni klasy, która skądś tam mamusię znała. Wszyscy ją zresztą skądś znali. Wychowawczyni chciała uchronić chłopca przez drwinami, choć przez parę pierwszych dni szkoły wielu zdążyło go już w tym mundurku zobaczyć. Poza tym, do tego samego liceum chodzili starsi chłopcy z jego podstawówki, więc opinii dziwaka nie musiał sobie wyrabiać. Wszyscy go już tam jako dziwaka znali.
Odpuściła więc mamusia mundurek. Zamiast niego były granatowe swetry, białe koszule i granatowe spodnie sukienne, smutne jak pogrzeb złego starca. Zamiast tornistra – skórzana teczka do ręki.
W liceum tez było bicie. Pierwsze sprowokowała pierwszoklasistka z równoległej klasy, której imienia nigdy nie poznał, tak się jakoś złożyło. Była piękna, zielonooka i włosy miała rude, ogniste. Słyszał, jak starsi chłopcy mówili o niej, że jest dziewicą, ale chętnie puszcza się na inne sposoby. Nie rozumiał wtedy, co to znaczy. Pewnego razu nieumyślnie popchnął tę rudą piękność w szkolnym sklepiku, zawsze był niezgrabny, i dziewczyna oblała się herbatą. Spłynął rudy płyn po białej bawełnie podkoszulka, załamującej się na wynio¬słych piersiach. Rudowłosa krzyknęła z bólu. Włodek nie przeprosił, bo nie umiał wydobyć z siebie ani słowa. Próbował tylko zetrzeć fusy, ale Ruda odepchnęła go z odrazą.
Dopadli go na następnej przerwie. Na bardzo długiej przerwie. Zaciągnęli do najmniej uczęszczanego mę¬skiego kibla. Ruda już tam czekała, poważna i okrutna. Jej koledzy, trzecioklasiści, byli rozbawieni i radośni. Poszturchali go, zabrali okulary, wymierzyli parę ciosów w twarz. Stał tam, jakby go nie było: nic nie mówił, nie bronił się, nie prosił, nie płakał. Zawiedzeni jego bier¬nością, wepchnęli mu głowę do kibla i spuścili wodę, ściągnęli spodnie z jego tłustych pośladków, po czym najodważniejszy kopnął go jeszcze w jądra. I tak go zostawili: półślepego, w majtkach, zwiniętego z bólu na zaszczanych kafelkach pod pisuarami. I ona tam stała. Bez wątpienia czuła siłę swojej kobiecości. Na jej skinie¬nie czterech silnych, młodych mężczyzn ukarało tego niezgrabnego karalucha, który ją poparzył. To ścierwo człowiecze, tę ludzką mierzwę, która od początku historii człowieczej ściele się u stóp wszystkich rudych piękności i silnych mężczyzn.