Bornholm, Bornholm

Hubert Klimko-Dobrzniecki
Bornholm, Bornholm
  • Znak
    Kraków 2011
    140x205
    240 stron
    ISBN: 978-83-240-1499-6

Hubert Klimko-Dobrzaniecki, który do tej pory dał się poznać jako autor świetnych opowiadań i krótkich powieści, tym razem porwał się na tekst o większym oddechu fabularnym. Z całkiem ciekawym efektem. W powieści Bornholm, Bornholm narracja prowadzona jest dwutorowo. Jeden wątek fabularny przedstawia historię Niemca Horsta Bartlika, zwyczajnego aż do bólu nauczyciela biologii, który w czasie II wojny światowej skierowany zostaje do jednostki stacjonującej na Bornholmie. Drugi – rozgrywa się w nieodległej przeszłości i obejmuje monologi mężczyzny, który opowiada pogrążonej w śpiączce matce o tym wszystkim, o czym wcześniej nie odważył się jej powiedzieć. Co ich łączy?
Wbrew pozorom bardzo wiele. Bartlik w czasie wojny wdał się w romans z Dunką, która zaszła w ciążę. Jest dziadkiem monologującego mężczyzny, o czym ten nie ma pojęcia. Obaj mają problemy z kobietami. Niemiec zostaje zdominowany przez oziębłą żonę. Nie kocha jej, męczy się z nią, ale trwa w małżeństwie ze względu na dzieci. Dopiero podczas służby na Bornholmie odnajduje w sobie męskość i wewnętrzną siłę. Duńczyk przez całe życie próbuje uwolnić się od toksycznego wpływu zaborczej, samotnie wychowującej go matki, która chce sterować jego poczynaniami. Stara się stworzyć pełną, szczęśliwą rodzinę, ale ponosi klęskę za klęską.
Klimko-Dobrzaniecki po raz kolejny opowiada o ludziach szamoczących się w życiu, którzy nie potrafią znaleźć własnego miejsca, zbudować opartych na zdrowych zasadach, trwałych relacji z najbliższymi osobami; ludziach samotnych, nieszczęśliwych, rozedrganych od tłumionych emocji. Pisarz ma dar opowiadania, więc przypadki obu głównych bohaterów przykuwają uwagę. Tym bardziej że Klimko-Dobrzaniecki przedstawia je w swoim charakterystycznym śmieszno-gorzkim stylu, przełamując ciemną tonację opowieści humorem i ironią.   

- Robert Ostaszewski

Fragment

Zawsze bałaś się o moje zdrowie. Matki pewnie tak mają, że to, co nosiły w sobie przez dziewięć miesięcy, chcą dalej chronić. Chcą chronić, nawet gdy ta ochrona nie jest potrzebna. Mnie się wydaje, że chorowałem w miarę, to znaczy nie za często. Tobie się pewnie wydawało, że choruję zbyt rzadko, i może z tego powodu próbowałaś mnie zabić. Bo ja wtedy uważałem, że mnie mordujesz tymi wszystkimi niepotrzebnymi, nadprogramowymi lekarstwami. Przecież doktor ich nie przepisywał, prawda? Raz kazał mi się dobrze wypocić, nie wychodzić z łóżka i dużo pić. A ty wytrzasnęłaś bańki… Poparzyłaś mnie wtedy strasznie. Nigdy nie przeprosiłaś, choć musiałaś wiedzieć, że zrobiłaś mi krzywdę. Ale byłaś zbyt
dumna, żeby przeprosić. Ty nigdy nikogo nie przeprosiłaś, to słowo nie istniało. Dlaczego niektórzy nie potrafią przepraszać, dlaczego wymazują to słowo z głowy? Pamiętasz, jak chodziłem z ogromnymi bąblami na plecach? Jasne, że pamiętasz. Grałaś współczującą pielęgniarkę. Mówiłaś mi, żebym się nie opierał za bardzo na krześle, bo mi pęcherze popękają i będzie mnie jeszcze bardziej boleć.
Jak mi już popękały, to wtedy dopiero się cieszyłaś, bo trzeba mi było te dziury na plecach opatrzyć. A pękające strupy to był już szczyt. Na koniec kremik i twoja radość. Mówiłaś: „O, jak się pięknie zagoiło, prawie nic nie widać”. Prowadzisz mnie za rękę do dużego lustra w przedpokoju, każesz odwrócić się plecami i tak stać. Biegniesz do łazienki po swoje okrągłe zwierciadło w zielonej ramce i wciskasz mi je do ręki. Mówisz: „Patrz!”, nakierowując je tak, żeby objęło odbicie moich pleców, a jednocześnie żebym mógł z łatwością skierować wzrok w stronę mniejszego lusterka. Patrzę i aż płakać mi się chce, bo moje plecy przypominają szorstki koc w brązowe grochy.
A te tabletki i witaminy – to już było apogeum. Wchodzisz do mojego pokoiku. W jednej dłoni trzymasz kubek z mlekiem, druga jest zaciśnięta. A potem siadasz w nogach mojego łóżka i ją otwierasz. Widzę, jak poprzylepiały się do siebie kolorowe groszki, ale to nie są cukierki. Żaden z groszków nie jest słodki. Wręcz przeciwnie. Są gorzkie. Wiem, bo kiedyś je rozgryzłem i poszedłem zwymiotować. Siedzisz z tą szklanką mleka i z tą kolorową trucizną, patrzysz w moje wystraszone oczy i pytasz: „Po jednej czy wszystkie naraz?”. Wtedy odpowiedziałem, że połknę wszystkie. Otwieram buzię, a ty wpychasz mi tabletki i każesz połykać. I ja to robię, choć czuję, że większość z nich staje mi w gardle i za chwilę przestanę oddychać. Ale ty, widząc, że moje oczy zaczynają łzawić, przezornie podajesz mi kubek z mlekiem. Nie duszę się. Wszystko spływa do żołądka, a potem całujesz mnie na dobranoc i wychodzisz, a ja po chwili czuję straszliwe pieczenie, które wcześniej czy później mi pewnie przejdzie. Tak, kiedy przestanie piec, zasnę. Obudzę się bardzo zdrowy, bo przecież znowu wpakowałaś we mnie tyle proszków uzdrawiających. Jeszcze przez wiele lat będziesz eksperymentować z moim zdrowiem. To wszystko w dobrej wierze, ja wiem. Ty wszystko robiłaś dla mnie w dobrej wierze. Wiesz co? Powiem ci coś, bo teraz mogę. Ani tobie, ani mnie to teraz nie zaszkodzi. Ja już nie mogłem tych tabletek, czułem, że mi kiedyś w nocy brzuch rozsadzi albo mi tak napęcznieje, że zamienię się w ogromny balon i uniosę razem z łóżkiem, i poszybuję najpierw nad naszym sadem, potem nad domami sąsiadów, aż znajdę się nad plażą. Potem wiatr skieruje mnie na zachód. Opuszczę naszą wyspę. Ty obudzisz się rano i wpadniesz w trwogę, bo w pokoiku nie będzie ani mnie, ani łóżka, i w panice zaczniesz biegać po sadzie. W pewnym momencie zahaczysz o kreci kopiec i upadniesz. Z kopca wyjdzie kret, który swoją wielką łapą przypominającą łopatę wskaże ci drogę. Pójdziesz tam i zobaczysz przed sobą krzaki czerwonych porzeczek. Te porzeczki będą miały gigantyczne owoce, wielkości śliwek. Zdziwisz się, ale zerwiesz taką jedną zmutowaną porzeczkę i wsadzisz sobie do ust. Zbierze ci się na wymioty, bo owoc będzie smakował jak fabryka lekarstw, a wiesz dlaczego? Pewnie się teraz domyślasz albo już wiesz. Jest mi to obojętne, więc i tak ci powiem. Kiedyś popełniłaś błąd. Wiesz, mamo, kiedy już któryś raz z rzędu z dłonią pełną lekarstw przyniosłaś mi ten kubek mleka i zobaczyłaś, że je pięknie łykam, uwierzyłaś, że nie wylądują pod językiem, że nie ukryję ich, że jestem dobrym chłopcem i dobrym synem. Nabrałaś do mnie zaufania i pewnego dnia zaczęłaś kubek z mlekiem i tabletki zostawiać na mojej szafce nocnej. A potem tylko przychodziłaś po pusty kubek i pytałaś, czy tabletki połknięte. Kłamałem i kiwałem głową. Ty z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku względem jedynego dziecka odnosiłaś pusty kubek i gasiłaś światło. Ja te tabletki wyrzucałem za łóżko. Wiedziałem, że sprzątasz nasz dom w soboty, więc w piątek po południu, kiedy szłaś na zakupy, wybierałem te wszystkie medykamenty zza łóżka – była to całkiem niezła kolekcja – szedłem do ogrodu i zakopywałem je pod krzakami porzeczek. Powiem ci, mamo, że robiłem to z prawdziwą satysfakcją, bo wiedziałem, że mnie trujesz, choć pewnie robiłaś to z miłości. Z tym balonem to prawie się spełniło, prawda? Aż sam się dziwię, jak dziecięce sny i rojenia potrafią się urealnić, obawy też, bo pamiętasz, co się zaczęło dziać z krzakami. Sama nie mogłaś się nadziwić, jak marnieją i zaczynają usychać. Widzę cię w ogrodzie. Znowu siedzę na parapecie. A ty stoisz przy nich i dokładnie oglądasz. Dotykasz liści. Odwracasz je jak monety. Nie rozumiesz, skąd się ta choroba wzięła, przecież wokół wszystko rośnie, zieleni się, owocuje. A te biedne krzaki umierają. A potem wołasz mnie i pokazujesz, mówiąc: „Widzisz, synku, to samo stałoby się z tobą, gdybyś był uparty i nie brał lekarstw, przyjrzyj się dobrze tym krzewom”. Głaszczesz mnie po głowie i przytulasz. „Te krzewy umierają, bo dopadła je jakaś straszna choroba. Gdybyś regularnie nie łykał tabletek, które ci daję, też mógłbyś skończyć jak te porzeczki. Uschnąć byś mógł, umrzeć. Nie wiem, co bym wtedy zrobiła. Jesteś dla mnie wszystkim”.