Ziemia Nod

Radosław Kobierski
Ziemia Nod
  • W.A.B.
    Warszawa 2010
    ISBN: 978-83-7414-738-5
    604 strony
    123x195

Ziemia Nod, obszerna powieść napisana z epickim rozmachem, przedstawia losy kilkudziesięciu postaci – zwykłych obywateli zanurzonych w codzienności, krzątających się wokół własnych spraw. Przedmiotem tej opowieści – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – jest ludzki los, życie podporządkowane rutynie. Przynajmniej do pewnego momentu – później w ów banał pospolitego życia wcina się historia polityczna (akcja utworu rozgrywa się w międzywojennym, okupowanym przez hitlerowców i tuż powojennym Tarnowie oraz w wioskach okalających to miasto). Postaci powieściowe reprezentują najrozmaitsze środowiska, choć dwa z nich zostały szczególnie uprzywilejowane: to polscy i żydowscy mieszkańcy tamtych okolic. Ale jest i Ukrainiec, są Niemcy, a nawet Ślązak, który osiadł pod Tarnowem. Powieść tę zaludniają przedstawiciele wszystkich stanów, różnych mentalności, profesji i światopoglądów. Utwór jest zbudowany z luźnych, niekiedy ledwie naszkicowanych epizodów. Pisarzowi najpewniej zależało na uchwyceniu (i uwzniośleniu) codzienności i powszechności. Jak już zasygnalizowałem, wszystko zmienia się we wrześniu 1939 roku. W uporządkowaną i nieco uśpioną rzeczywistość tarnowskiej prowincji wdziera się przemoc i wszechobecna zbrodnia. Pojawia się metafizyczny skandal, którego nikt nie pojmuje, nawet biegli w Talmudzie Żydzi. Odsłania się tytułowa kraina Nod, zlokalizowana, jak wiadomo, na wschód od Edenu, miejsce wygnania i cierpienia. Historia społeczna i polityczna – jak wszystko w tej powieści – pojawia się w migawkach. To nie na nich, czyli dziejowości i konkrecie społecznym, pisarzowi zależy najbardziej. Mają one poniekąd zilustrować czy potwierdzić szersze rozpoznania dotyczące ludzkiej kondycji, a te najlepiej zostały zapisane w Księdze zwanej Starym Testamentem. Najszersze z nich, ujawnione w finale utworu, brzmi: „Człowiek zawsze błądzi na ziemi wygnania”. Zachwyca robota rekonstrukcyjna. Świat odmalowany przez Kobierskiego jest niezwykle wiarygodny, postacie są pełnokrwiste, a sytuacje przejmujące – zupełnie tak, jakby pisarz był ich świadkiem. Powieść ta została napisana bardzo dobrą polszczyzną i chyba pomyślana jako niedzisiejsza, odgrodzona od aktualnych mód czy koniunktur literackich.  

- Dariusz Nowacki
   
Radosław Kobierski (ur. 1971) Prozaik, poeta, fotograf. Autor bardzo dobrze przyjętych przez krytykę trzech książek prozatorskich i pięciu tomów poezji.

Fragment

„Wielki wyścig samochodowy w Tarnowie!". Tak oto reklamy na słupach ogłoszeniowych i miejskie gazety anonsowały wydarzenie sportowe, które organizował i finansował Sanguszko. Zawodom miały towarzyszyć liczne festyny w mieście i parku Strzeleckim, występy muzyków oraz pokazy magiczne. Od samego rana w domu Borowiczów panował rozgardiasz. Dziewczyny, podniecone wyjazdem do miasta, biegały po izbie, skakały po łóżku i narzutach, w powietrzu unosiły się tumany kurzu i pierza. Tosia z uśmiechem wyłapywała je niczym motyle i każdą córkę z osobna stawiała przed lustrem.
- Ile wy macie lat? Popatrz, jak ty wyglądasz! A za dwie godziny musimy być w mieście.
I zaczęło się. Czesanie włosów, zaplatanie warkoczy, mycie, wycieranie, a jednocześnie dokładanie do pieca, mieszanie kaszy, pilnowanie rondla z omastą, żeby się nie przypaliła. Na szczęście chłopcy są spokojni, już w pełnej gali, pachnący i wypielęgnowani - Józio w granatowym marynarskim mundurku, Tadeusz i Wojtek, ubrani w nowo uszyte spodnie z tego samego materiału i białe koszule, prawie nie do odróżnienia. Tadeusz zaprzęga konia, zakłada chomąto i zaciąga postronki, Wojtek pokazuje Józiowi swój szkolny zeszyt i uczy go stawiać litery. Józio cierpliwie prowadzi ołówek od linijki do linijki, zakręca, prostuje, z uśmiechem pokazuje efekt bratu. Litery nie przypominają żadnego znanego rodzaju pisma, raczej tajemniczy ornament, ale Wojtek udaje, że jest zaskoczony, chwali Józia i głaszcze po ogolonej głowie.
Paweł ze swoim przyszłym zięciem, Julkiem Lipko, rozprawia o polityce. Pawłowi Julek bardzo się podoba, bo mało mówi, ale przede wszystkim umie słuchać. Julek jest flegmatyczny, jakby jego życie spóźniało się o kilkanaście sekund. Te kilkanaście sekund trzeba odczekać, zanim Julek zareaguje, obudzi się, udzieli odpowiedzi. Maryśka za to jest wygadana. Będą się w życiu dopełniać.
Wszyscy byli ciekawi wydarzeń, które głośno zapowiadano w gazetach. Zastanawiano się, którymi ulicami będą się ścigać, jakie samochody wezmą udział w zawodach. Bo książę zdążył już przyzwyczaić mieszkańców do widoku coraz to nowych modeli, lśniących karoserii, wycia silników na wysokich obrotach, które wybijało miasto ze spokojnego i sennego rytmu o wiele skuteczniej niż capstrzyki pułku piechoty czy popisówki na Musikplatz, na placu Sobieskiego. Sam książę w nieodłącznych wielkich okularach, zielonych bryczesach w szkocką kratę i kaszkiecie na bakier, przemierzał ulice, zaułki i place, wożąc agronomów, zarządców, ludzi z bohemy, a nawet dalszych krewnych infantki hiszpańskiej.
Ileż było z tego powodu zamieszania! Ludzie przystawali w połowie drogi do sklepu, kawiarni, hotelu, wsłuchując się w daleki jeszcze znajomy dźwięk. Tylko pasażerowie tramwaju, który uparcie wspinał się po Krakowskiej w kierunku Targowej, nie słyszeli warkotu samochodu, zbliżającego się od strony Gumnisk lub Zgłobic. Ale już przekupnie na Burku ściszali nawoływania i na Bernardyńskiej powoli zaczynała się ewakuacja do sieni i sklepów. Poza wieloma innymi cechami osobowości książę przejawiał słabość do motoryzacji, a w szczególności do szybkiej jazdy - był zresztą świetnym kierowcą, ale kiedy wjeżdżał do miasta, przypominał zbłąkany piorun, który nie wie, gdzie ma uderzyć. Wielką uciechę sprawiało mu zjeżdżanie na pobocza ulic, w mętne kałuże, rozlewiska po obfitych opadach, które dzień i noc sączyły się wąskimi ulicami w kierunku Wątoku. Fontanny mętnej deszczówki opadały na zadbane garnitury i suknie, płaszcze i kapelusze przechodniów. Co ciekawe, nikt tego nie miał księciu za złe, zwłaszcza kobiety - mdlały wprost na widok wysportowanego i pięknego jak Parys panicza z Gumnisk, który odrzucił profity iberyjskiego tronu, jakie zapowiadał mariaż z infantką, brylował za to w towarzystwie tarnowianek, co w każdej chwili groziło mezaliansem.
Jurowie też wybierali się na festyn. Stanisław Jur, syn Wincentego, świeżo upieczonego wójta Istowa, prowadził swoją smukłą kasztankę do bryczki, w której już siedziała Janka z mamą i machała parasolką w stronę Józia. Całą noc padało, ale już po dziesiątej znowu pojawiło się słońce. Zaiskrzyły się łąki i ziemia zaczęła parować. Delikatna mgiełka osnuła kępy olszyn, sady i rowy, które wyglądały jak zarośnięte gęstą pajęczyną. Marysia podała Tosi chleb zawinięty w płótno i całą rodziną ruszyli w drogę do miasta. Minęli karczmy pod dworskim parkiem i kościół z nowo wybudowaną plebanią. Przy drodze, w podeszczowym błocie, blakły stokrotki, płatki róż i dziesiątki kolorowych wstążek z procesji, które w owym roku jubileuszowym szły do Łukowej i świętego obrazu w Tuchowie. Przed nimi rozciągała się wielka równia pól i łąk, zagonów, które niczym szwy spajały ziemię. Tosia, szczęśliwa, wtuliła się w mocne Pawłowe ramię i zaczęła śpiewać modną ostatnio piosenkę Warsa z filmu Pieśniarz z Warszawy: „Tylko z tobą i dla ciebie, wciąż serce o tym śni. Tylko z tobą i dla ciebie, przez jasne życia dni". Olga i Renia od razu podchwyciły melodię.
Józio z promiennym uśmiechem wyglądał żółtego domu Duni. Ciągle o niej myślał. Śnił o jej dużych czarnych oczach i długim warkoczu. Na zawsze zdobyła jego chłopięce serce pewnego zimowego dnia, w styczniu, kiedy podarowała mu na urodziny ciastko z rodzynkami i miękki pocałunek. Stał po kostki w śniegu, marznął, a jednocześnie rozkoszował się wspomnieniem tego pocałunku, które zyskało realny kształt w postaci rumieńca na policzkach.
Minęli Brzozówkę i zaczęli zbliżać się do Krzyża. Domy wsi i browar znajdowały się w głębi, nieco niżej, zasłonięte kępami drzew i łanami zbóż. Przy Starodąbrowskiej rosły tylko przyciężkie, pochylone wierzby. Niektóre, wydrążone jak kontrabasy, próchniały od środka, pełne wilgoci i zapachu grzybów. Każdej wiosny ze zgrubień wystrzeliwały wiotkie pędy, witki pokryte baziami i migoczącym listowiem niczym przecinkami i wprawiały w ruch stojące powietrze. W półcieniach szpaleru wyrastały baldachy dzięglu, białe dzwonki jasnot, żółty rozchodnik i bluszcz próbowały zaanektować drogę. Ale kiedy tylko chwytał pierwszy mróz, te wszystkie niepokojące barwy płowiały, liście zwijały się w ruloniki i bezgłośnie opadały na ziemię. Drzewa wymachiwały nagimi gałęziami, na pajęczynach zarastających pnie osiadał szron, pod nogami chrzęściły pancerze martwych owadów. Józio bał się tych drzew. Wyobrażał sobie, że to zaczarowane wiedźmy, które ożywić można przypadkowym gestem, jakimś jednym prostym zaklęciem. Wiedział, jak skuteczne bywają witki wierzbowe, jeśli uczynić z nich rózgę. Powodują krótki, piekący ból i pozostawiają cienkie czerwonawe zgrubienia na skórze.