Ludzie i zwierzęta

Antonina Żabińska
Ludzie i zwierzęta
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2010
    145 x 205
    372 strony
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-08-04439

Ludzie i zwierzęta to opowieść o miejscu, w którym zwierzęta nosiły ludzkie imiona, a ludziom dla kamuflażu nadawano zwierzęce przydomki. Tym miejscem podczas II wojny Światowej i niemieckiej okupacji było warszawskie ZOO. Jego twórcy, dyrektor Jan Żabiński i jego żona Antonina Żabińska z Erdmanów uratowali około 300 wyprowadzonych z warszawskiego getta Żydów. Zanim nie znaleziono dla nich lepszego schronienia, ukrywali ich w klatkach po zwierzętach, podziemnych tunelach i kryjówkach, wreszcie i we własnej willi, stojącej na terenie ogrodu zoologicznego zniszczonego po niemieckich bombardowaniach we wrześniu 1939, a po rekwizycjach ocalałych zwierząt, zamienionego na tuczarnię świń, fermę lisów i ogródki działkowe. Żabińscy zostali w roku 1965 odznaczeni przez Yad Vashem medalem "Sprawiedliwy Pośród Narodów Świata". Ten okupacyjny epizod sportretowała Diane Ackermann w książce Zookeeper's Wife, która dotarła do 13 pozycji na liście bestsellerów "The New York Times". Wspomnienia (opublikowane przez Żabińską w roku 1968) obejmują okres 1939-1949, opowiadają o zniszczeniu i próbach ratowania ZOO, wreszcie o jego powojennej odbudowie. Przynoszą arcyciekawy obraz okupacyjnej codzienności dwojga ludzi, którzy nieraz ocierali się o śmierć i zawsze nosili przy sobie fiolki z cyjankiem. Wspomniane zasługi Żabińskich, rodziców dwójki dzieci, stanowią tylko fragment ich konspiracyjnej działalności. Ich dom był miejscem podziemnych kontaktów i służył także za kryjówkę broni i ludzi z ruchu oporu. Jan Żabiński jako żołnierz Armii Krajowej walczył również w Powstaniu Warszawskim 1944 roku, został ranny i dostał się do niemieckiej niewoli. Antonina została z dziećmi na prawym brzegu Wisły – zwłaszcza te ostatnie miesiące wojny obfitują w szereg dramatycznych epizodów: esesmani inscenizują na oczach matki zabójstwo synka. To jednak tylko żart, ofiarą padł ulubiony kogut małego Rysia... Wspomnienia Żabińskiej, równie znakomitego jak jej mąż biologa, prekursorki psychologii zwierzęcej, oprócz historii o ludziach zawierają wiele opowieści o zwierzętach- ulubieńcach domowników tej "arki Noego", jak nazwała dom Żabińskich ukrywająca się u nich Rachela Auerbach. Antonina Żabińska jest także autorką kilku książek dla dzieci, której bohaterami są jej podopieczni.

- Marek Zaleski

Antonina Żabińska  (1908-1971) autorka książek o zwierzętach, żona dyrektora warszawskiego Zoo w latach 1929-1950. W 1965 r. oboje otrzymali tytuł Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Fragment

Dziwnym zrządzeniem losu właśnie dzięki przyjaźni z Tenenbaumami poznaliśmy kogoś, kto pośrednio i niezupełnie świadomie ułatwił nam bardziej stałe kontakty z gettem. Początek owej historii przyprawił mnie o palpitację serca. Pewnej niedzieli latem 1941 zobaczyłam przed naszym domem niemiecką limuzynę. Z limuzyny wysiadł jakiś
Niemiec w cywilu, zadzwonił do drzwi i po chwili wszedł do stołowego pokoju.
— Czy tu mieszka dawny dyrektor zoo?
— Tak jest.
— Jestem Ziegler. Ależ tu u was wesoło! — wskazał ręką w stronę gabinetu, gdzie oszalały fortepian rozbrzmiewał kupletem z Pięknej Heleny — „Jedź na Kretę”. Był to sygnał, który zawiadamiał wszystkie „nielegalne osoby”, że muszą ukryć się w schowkach, bo zbliża się niebezpieczeństwo.
— A tak, nasz dom jest muzykalny... Lubimy Offenbacha.
— Przyjemny, ale płytki kompozytor — odrzekł Niemiec.
— Choć trzeba przyznać, Żydzi na ogół są bardzo uzdolnieni.
Spojrzeliśmy po sobie: do czego zmierza, czego chce?
— Państwo się dziwią — zaczął widząc pewnie nasze zakłopotanie — a ja mam upoważnienie od doktora Tenenbauma do obejrzenia kolekcji owadów, która znajduje się tutaj.
Znów minął ułamek sekundy, jakże męczący! Trzeba było natychmiast coś odpowiedzieć. W sposób naturalny, nie dający przybyszowi do myślenia, że obawiamy się z jego strony podstępu.
— Tak... Doktor Tenenbaum przenosząc się do getta zostawił u nas swoje zbiory... mamy suche pomieszczenie, centralne ogrzewanie... pan rozumie: w lokalu zimnym i wilgotnym mogłyby się zniszczyć.
— Wiem o tym doskonale, sam jestem entomologiem, choć raczej z amatorstwa. Pełnię tutaj funkcje kierownika żydowskiego Arbeitsamtu. Leczę się u pani doktor Tenenbaum, często widuję profesora... Wywożę go niekiedy za miasto samochodem... szuka w przydrożnych rowach swoich
owadów. To bardzo uczony człowiek.
Słuchaliśmy ze zdumieniem. Prowokacja? Ale w jakim celu? Zbiory i tak w każdej chwili mógł zabrać. Przywiozła je nam z narażeniem życia Irena Tenenbaumówna. Ośmiuset
oszklonych pudeł nie sposób ukryć. Nawiasem mówiąc zbiory zachowały się: przed powstaniem zawieźliśmy je do muzeum na Wilczej; w 1946 Tenenbaumowa przekazała je Instytutowi Zoologicznemu... Zaprosiliśmy Zieglera do obejrzenia kolekcji.
Dorwawszy się do przepięknych chrząszczy i motyli kierownik Arbeitsamtu zapomniał o bożym świecie.
— Wunderbar! Wunderbar! — mruczał. — Co za kolekcja! Ile w tym pracy! A teraz... — strzepnął dłonią, lekko zaciskając palce, a na jego różowej, gładko wygolonej twarzy pojawił się wyraz niesmaku.
Ale my patrzyliśmy wciąż na niego z niedowierzaniem.
— Doktor prosił, aby go odwiedzić... Mógłbym to może ułatwić, tylko... — urwał. Odgadliśmy, co ma na myśli: ryzykował, sprawa była nader delikatna. Ale Jan z miejsca podchwycił tę pełną wahań propozycję: byłoby naprawdę znakomicie, gdyby Ziegler zabrał go teraz do getta, bo akurat musi się zobaczyć z Tenenbaumem i poradzić się, jak zabezpieczyć pleśniejące pudło z owadami. I robiąc minę z głupia frant, Jan pokazał Zieglerowi swoją przepustkę do getta, aby nie było wątpliwości, że chce się tam dostać drogą legalną. Uprzejmość Niemca ograniczyłaby się tylko do podwiezienia limuzyną. Ziegler zgodził się po chwili wahania i pojechali.
Później dopiero zrozumiałam, o co Janowi chodziło. Budynek na rogu Leszna i Żelaznej, w którym mieścił się tak zwany Arbeitsamt dla Żydów, miał bramę od strony aryjskiej. Była ona stale zamknięta, ale nie pilnowała jej żadna wachta z ramienia Gestapo czy Wehrmachtu. Nie postawiono tam nawet granatowego policjanta; po prostu stróż kamienicy otwierał bramę urzędnikom Arbeitsamtu, którzy idąc do biura lub wracając z pracy do domu nie chcieli przechodzić przez getto. Wykorzystując pomyślny zbieg okoliczności, czyli towarzystwo Zieglera, Jan postanowił przeprowadzić mały rekonesans i przekonać się, czy tą drogą nie uda mu się zrealizować planu, nad którym przemyśliwał od chwili, gdy dalszy los getta stał się dla< wszystkich jasny.
Limuzyna podjechała do Arbeitsamtu, oczywiście od strony aryjskiej, szofer dał sygnał klaksonem i furtka w bramie natychmiast się rozwarła. Jan przekroczył ją u boku Zieglera, rozwlekle i gorąco wyrażając mu swoje podziękowanie, na które nieco zaskoczony Ziegler odpowiadał uprzejmie, choć jedną nogą stał już na pierwszym stopniu schodów prowadzących do biur; stróż natomiast cały czas obserwował ich obu z ciekawością. Jan przeciągał tę chwilę, jak mógł, popadając nagle
w nieprzezwyciężone trudności z dobieraniem właściwych niemieckich wyrazów, wtrącał ni stąd, ni zowąd polskie słowa i wreszcie zapytał niecierpliwiącego się już Niemca, czy w razie nowych kłopotów ze zbiorami będzie mu wolno tą drogą Zieglerowi o tym zameldować. Nie domyślając się sensu tej gry, Ziegler zgodził się i powiedział do stróża: „Tego pana proszę wpuszczać, ilekroć
do mnie przyjdzie”, po czym razem udali się na górę, gdzie Ziegler wskazał Janowi drogę do swego gabinetu oraz wejście do getta.
Jan nie pobiegł jednak na Orlą do Tenenbaumów. Pokręcił się trochę po brudnych salach Arbeitsamtu, wśród tłumu nędzarzy; zszedł na dół, w bramie od strony aryjskiej przywołał stróża, chcąc, żeby go dobrze zapamiętał, i pewnym głosem kazał mu otworzyć furtkę.
W dwa dni później Jan załomotał do bramy i tym samym tonem kazał się wpuścić, co stróż uczynił z pokornym ukłonem. Jan nie miał naturalnie żadnej sprawy do kierownika Arbeitsamtu, przeszedł na inną klatkę schodową, znalazł się w getcie i odwiedził tam Szymonów, którym zdał dokładną relację z wizyty u nas Zieglera, i spytał ich, co myślą na temat nietypowego zachowania się Niemca. Mając jakieś bardzo poważne komplikacje ze szczęką, zaczął
leczyć się u doktor Leonii Tenenbaumowej; nie dość więc, że trafił na znakomitą dentystkę, ale w dodatku całe to długotrwałe leczenie miał za darmo. W każdym razie należało — póki się da — wykorzystać jego zapały entomologiczne.