Niewola i dola Adama Poręby

Marian Pankowski
Niewola i dola Adama Poręby
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2009
    ISBN: 978-83-61407-10-2
    110x180
    104 strony
    oprawa miękka

W swojej twórczości Marian Pankowski wielokrotnie powraca do idei, że II wojna stanowiła punkt zwrotny XX wieku. To był moment kompromitacji wszystkich wiar, przekonań i ideologii. I tylko ciało wyszło z tej opresji cało.
Ciało było bowiem ostatecznym – choć nie zawsze jawnym – celem wojennych, obozowych czy totalitarnych działań. Wszystko, co w pierwszej połowie XX wieku próbowano zrobić, można tłumaczyć jako próbę wpisania zbiorowego ciała społecznego w porządek jakiejś idei.
W najnowszej książce Pankowski pozostaje wierny swojej intuicji, lecz tym razem cofa się do czasów I wojny światowej. Akcja jego powieści dzieje się na obszarze Galicji – w Miasteczku, które jest bardziej typowe niż konkretne. Zdolny stolarz, Adam Poręba, tuż przed I wojną poślubia córkę miejscowego rachmistrza. Ich małżeńską sielankę przerywa mobilizacja; Adam, nie powąchawszy prochu, trafia do rosyjskiej niewoli, gdzie – trochę pod przymusem, a trochę z własnej woli – zostaje kochankiem administratorki obozu jenieckiego; jego żona, Katarzyna, ma romans z Iwaszką, czeladnikiem stolarskim, potem zaś, wobec braku sygnału od męża, przeprowadza rozwód i poślubia kochanka. Kiedy kilka lat po zakończeniu wojny Adam wreszcie daje znak życia, Katarzyna decyduje się z nowym mężem wyjechać do Ameryki. Adam wraca do Miasteczka i pogrąża się w melancholii; jeszcze przeżywa krótki romans z Zosią, która przychodzi pomagać mu w obejściu, ale powoli gaśnie w nim życie. Któregoś dnia umiera, siedząc w fotelu przed ogniem i słysząc, jak wzywa go do siebie rosyjska kochanka.
O czym jest właściwie ta opowieść? Na pewno nie jest rewizją historii. Dzieje początku XX wieku zostały tu potraktowane prześmiewczo i instrumentalnie. To, co najbardziej interesowało Pankowskiego, da się chyba określić jako ujęcie historii zbiorowej poprzez przygody ciała. O czym jest zatem "Dola i niewola"? O tym chyba, że ciało chce więcej. Chce nie tylko przyjemności, ciepła drugiego ciała, lecz także równoczesności panowania i uległości, powagi i zabawy, walki i rytuału. Takie ciało przemienia pojęcia „naród”, „państwo”, „Polak”, „Ukrainiec” na doznania rozkoszy. Człowiek – jak sugeruje powiastka Pankowskiego – to tylko ciało miotane pragnieniami, a tożsamość narodowa to tylko składnik erotycznych marzeń.
Tak oto przy użyciu języka erotyki Pankowski wywraca historię do góry nogami.

- Przemysław Czapliński

Fragment

A tam, w Miasteczku, też mijały lata. Michał Iwaszko coraz rzadziej zachodził do warsztatu, żeby pożyczyć heble. Klucz, który powierzył mu „pan majster Poręba”, wydawał mu się z czasem Kuczem więziennego strażnika… Na szczęście, pani Porębowa zapraszała, od czasu o czasu, Iwaszkę na obiad, żeby załatwić sprawy dotyczące ostatnich zobowiązań firmy. I znowu leciały tygodnie, a nawet miesiące… I tych spraw do załatwienia przybywało… Sąsiad, stary kawaler, Józek, po pijanemu dobry, że do rany przyłóż… ale jak się pozłości… rany Boskie! Uciekajcie mu z drogi! Otóż ten Józek, on się wygadał w knajpie, nie wiadomo dlaczego przezywanej „Ciasna dziurka”, że Iwaszko z tą… wiecie którą… oni się tego…
Matka Katarzyny, bo ojcu się zmarło, wyspowiadała się księdzu z córczynego dramatu… „Cztery lata i żadnej wiadomości z Rosji, od Adama… kiedy wszyscy dawno już wrócili… chyba nie żyje?”.
Z konfesjonału sprawa przeszła do Urzędu Stanu Cywilnego. Koniec końców Katarzyna została wdową, a cudzołóstwo Iwaszki okazało się zalotami…

Innymi słowy, rok 1922 przestał być rokiem ukrywających się kochanków. Ślub był skromny, Sakramentu udzielił im… spowiednik, ksiądz Gorczyca. Owszem, małe przyjęcie, ale hojne, dla garstki osób, z księdzem oczywiście.
Rok ulgi, ale też koniec stolarni. Dzięki stosunkom rodziny małżonki, Iwaszko otrzymał pracę w octowni. Beczki i beczki, tyle że klepki dębowe. Po ślubie mieszkali, już oficjalnie, „za mostem”. Katarzyna była nadal u siebie, a Iwaszko pewnie odczuwał swego rodzaju awans społeczny: czeladnik z Olchowiec… sypia w łóżku „pana Poręby”!.
Rok 1922, powtórzmy, upływał małżonkom pogodnie. Podobno, od czasu do czasu, słychać było ostry głos Katarzyny. Ale czy można wierzyć kobietom z farbiarni, które farbą do kapeluszy króliczych futerek zanieczyszczały obficie powietrze? Niełatwo było nowozłożonej parze włączyć się w codzienność Miasteczka. Bo, jakby nie było, ślub Porębowej z czeladnikiem warsztatu usankcjonował mezalians! A nawet zdradził męża żołnierza! Tym bardziej, że wiadomo było, że Porębowa zaczęła przyjmować Iwaszkę na ciepłe nogi jeszcze prze pierwszym śniegiem. Na szczęście pojawili się nowi sąsiedzi. Z przedwojennych zostały wokół mostu trzy osoby: położna Moczajowa i Cucułowscy. Mieszkali w domu opartym o wzgórze franciszkańskie. Żal im było osamotnionej Katarzyny, toteż, współczując, sympatyzowali z wojennymi młodożeńcami. Lubiła Cucułowska Iwaszkę. Człek prosty, ale serdeczny; na ulicy witał ją głośnym „Całujęrączki!”, o tyle sympatyczniejszym, niż zdawkowe „dzień dobry”.
Niestety, rok nie do końca cieszył się pogodą. Był początek jesieni, innymi słowy ociężałość sadów i wyjście na światło orszaku grzybów pachnących korzeniami nocy. Niestety, nadszedł list Poręby, z głębi Rosji, i na jabłonkach wrony zalatujące już śniegiem, a na leśnym poszyciu zielony wąż.

Złotoust, ostatni dzień sierpnia 1922 roku

Ukochana żono!
Wczoraj przyjechał do naszej kopalni, tu, w uralskich górach, wysoki urzędnik z Petersburga. Przywiózł nam, jakże oczekiwane, zwolnienie z jenieckiej, carskiej niewoli! Wracam! Za dziesięć dni zabierze nas „pociąg lwowski”. Da Bóg, przyjadę 14 września o 5 rano! Co wieczór tak myślę o Tobie, jakbym się modlił…
Kiedy strażnik lampy zdmuchnie w baraku, tak bardzo chciałbym odwiedzić dziewczynę o imieniu Kasia… Idę, idę… wychodzę, a tu noc gęsta, bez gwiazd. Zapukać do jej snu? Nie. Może akurat śni się jej miesiąc pływający w naszej studni… Gdyby tu, na uralskim odludziu mieszkał Anioł, pożyczyłbym od niego skrzydła…
Całuję jak wtenczas,
Kiedy śmiałaś się, mówiąc:
– Młody koperek! – a ja:
– Nie, macierzanka!
Twój Adam

Piorun z jasnego nieba. Zakwestionował ich los, który dopiero co zaprzysięgli. Rozdarł lesne poszycie, skąd wychodzi jeniec z głową obandażowaną na purpurowo. Wlecze się ku nim z sinymi śladami wokół kostek, po uralskich kajdanach.

Uciec!
Do bryczki woźnica zabrał dwie walizki. Usłyszeli sąsiedzi ich ucieczkę na mostku. Nim skręcili w stronę dworca, Iwaszko do woźnicy:
– Sekundę – i ręką nakaże przystanąć. A do Katarzyny: – Ja do Cucułowskich, tam i z powrotem. – Nim zdążyła otworzyć usta, pukał już do drzwi.
– Wejść… niezamknięte… – glos Cucułowskiej. Wszedł, wbiegł przez kuchię, na próg pokoju. Oboje jeszcze w łóżkach. Nawet nie zdziwieni.
– Szanowni Państwo… my z Katarzyną… my się żegnamy… Oboje kłaniamy się i zdrowia życzymy. – I głowę skłoni.
– Szczęśliwe drogi, Drogi Panie Michale! I pomyślności w Ameryce! Nasze dobre myśli z panią Katarzyną i z Panem!
– Całym – głos mu zamilkł w gardle – całym sercem dziękujemy! – Podniósł rękę i wybiegł.