Aleja Niepodległości

Krzysztof Varga
Aleja Niepodległości
  • Czarne
    Wołowiec 2010
    125x205
    272 strony
    ISBN: 978-83-7536-135-3

Aleja Niepodległości to główna arteria komunikacyjna łącząca śródmieście Warszawy z jej południowymi dzielnicami. Przebiega przez Mokotów, dzielnicę, którą rzadko opuszcza główny bohater najnowszej powieści Vargi – Krystian Apostata. Tam się urodził w roku 1968, tam też na stałe mieszka. Przyjaźni się z chłopakiem z sąsiedztwa, Jakubem Fidelisem, obaj uczęszczają do katolickiego liceum im. św. Augustyna, które mieści się przy tytułowej ulicy. Owa przyjaźń trwała ćwierć wieku, a powieść opowiada o doświadczeniach tych dwu bohaterów, zrazu wspólnych, później krańcowo odmiennych. Fidelis jest bowiem człowiekiem sukcesu – tancerzem i celebrytą, o którym rozpisują się kolorowe magazyny. Apostata to niespełniony malarz, artysta konceptualny, który zaprzepaścił swój talent. Podczas gdy ten pierwszy cieszy się sławą i opływa we wszelkie dobra, ten drugi tkwi w letargu; jego życie ogranicza się do picia piwa i buszowania w pornograficznym internecie.
Rzecz Vargi nie jest jednak prostą opowieścią obyczajową. Do głosu dochodzą metaforyczne znaczenia zawarte w nazwie warszawskiej arterii. W powieści tej Varga próbuje również opowiedzieć o losach pokolenia, które weszło w dorosłość wraz z nastaniem polskiej niepodległości. Pisarz pyta, jak owa wolność, zwłaszcza w wymiarze indywidualnym, została zagospodarowana. Ale jeszcze ważniejszy wydaje się patronat teologa z Hippony (mimo że opowieść snuje trzecioosobowy narrator, nad "Aleją Niepodległości" unosi się duch Wyznań św. Augustyna). Dwie różne drogi, którymi kroczą Apostata i Fidelis – inaczej niż u świętego – nie prowadzą do „nowego życia”. Jeden i drugi giną w wypadkach w 40. roku życia (Krystian w katastrofie lotniczej, Jakub w swoim luksusowym aucie). Nazwiska znaczące bohaterów, niektóre motywy i rozstrzygnięcia fabularne pozwalają spojrzeć na najnowszy utwór Vargi jak na nowoczesną przypowieść o tajemnicy ludzkiej egzystencji.  

- Dariusz Nowacki

Fragment

I wtedy zastanawiał się, jak to się stało, że nie jest już młody, chociaż kiedyś był. Gdzie mu uciekły te dni, miesiące, lata, strawione po prostu na życiu i niczym więcej, nawet jeśli wydawało mu się, że zapełnia je czymś bardziej wartościowym od życia. Jego sztuka była niszowa, a im bardziej Krystian starał się rozwijać artystycznie, tym bardziej się zwijał, popadał w głęboką niszowość i zapomnienie, może dlatego, że swojego własnego życia nie potrafił zrobić choćby namiastki sztuki, tak jak ze swojego życia Jakub Fidelis zrobił nieustające przedstawienie; życie Jakuba Fildelisa to być może był cyrk, to była sztuka dell’arte, ale to jednak była jakaś sztuka, a za sztukę powolnego przemijania i pozwalania światu by zapomniał nie dostaje się nagród ani aplauzu publiczności. Krystian już wiedział, że jego pięć minut dawno minęło. Pięć minut Jakuba Fidelisa trwało od lat i wcale nie chciało się skończyć, konstatował Krystian, i to wcale nie ze złością, zazdrością, czy zawiścią, ale raczej z jakąś dziwną melancholią.
Być może moim największym sukcesem artystycznym jest to, że znałem kiedyś Jakuba Fidelisa, Pierwszego Tancerza Rzeczpospolitej, myślał Krystian, i pijałem z nim dawnymi czasy piwo na ławce, paliliśmy razem wspólne papierosy, przekazując sobie dopalającego się przy filtrze peta i mówiąc „nie przeciągaj, są tam jeszcze ze dwa sztachy”, w liceum siedzieliśmy w jednej ławce i dzieliliśmy się drugim śniadaniem, przepisywaliśmy od siebie lekcje, a kiedy któryś z nas chorował, drugi go odwiedzał i referował, czego trzeba się nauczyć.
Fidelis nie pijał już piwa, oczywiście nie z powodu swego elitarnego statusu, bo zawsze pozostał egalitarystą, ale ze względu na dietę konieczną do utrzymania formy tanecznej. Kieliszek lub dwa dobrego czerwonego wina nie mogły mu zaszkodzić, ale totemiczne picie piwa nie wchodziło w grę, brzuch Fidelisa musiał być płaski jak świat. Jak świat, w którym Fidelisa żył i tworzył. Tworzył swoją legendę. Legendę, która miała go przeżyć i stać się symbolem wolnej, odrodzonej Polski.
Tak samo sprawa się miała z papierosami, których palenie Fidelis rzucił z prawdziwą przykrością, bo zawsze były dla niego – szczególnie w czasach postępującej krucjaty antynikotynowej – symbolem osobistej wolności. No, ale nie dało się inaczej, zadyszka i kaszel nie wchodziły w grę, pomijając obowiązkową biel zębów. Najważniejsza jest motywacja, powiedział kiedyś w wywiadzie poświęconym rzucaniu palenia. Miał mocną motywację. Mocniejszą niż strach przed rakiem płuc. Rak płuc nie miał szans w starciu z tańcem. Fidelis wybrał taniec.
Krystianowi zdarzało się myśleć o własnej śmierci, o jej możliwych nadejściach i czekał na nią, mając nadzieje, że będzie z nią jak z drugim przyjściem Chrystusa – jest zapowiadane od zawsze, ale jakoś wciąż nie następuje i zdaje się, że będzie miało miejsce raczej później niż wcześniej. Apostata wiedział oczywiście, że umrze nieuchronnie i czasami się zastanawiał, kiedy i w jakich okolicznościach. Na giełdzie jego lęków i obsesji czasami w górę szły choroby krążenia, a innym razem nowotwory, a kiedy indziej znów pojawiał się nagle wypadek samochodowy, a potem dla odmiany ogólne starcze zepsucie się wszystkich narządów wewnętrznych, a potem dla kolejnej odmiany wylew – jako genetyczny spadek po ojcu. W żadnej z tych spekulacji nie występowała jednak, jak się zdaje, śmierć na skutek katastrofy lotniczej – to oczywiście popularny paradoks: hipochondrycy zapadają nie na te choroby, które sobie uroili, kobiety wychodzą za mąż nie za tych mężczyzn, których sobie wymarzyły, ludzie wygrywają w totolotka nie te pieniądze, które sobie zaplanowali.
Krystian czasami więc myślał o śmierci i dziwił się ludziom wokół niego, sprawiającym wrażenie, że nie dopuszczają do siebie takiej myśli. Ludzie wokół niego nie brali śmierci pod uwagę. I to ich trzymało przy życiu. Kwestie ostateczne załatwiali sobie czytaniem kolorowych gazet za złotówkę; tam zawsze na pierwszej stronie ktoś ciekawie ginął w tragiczny sposób, ale były to śmierci tak absurdalne, wypadki tak kuriozalne, choroby tak egzotyczne, że nie mogły się zdarzyć nikomu innemu. Śmierć przeszła ze sfery metafizycznej w sferę rozrywkową i było to jej największe zwycięstwo nad życiem.
Krystiana Apostatę przy życiu trzymała ostatnio głównie przeglądarka Internet Explorer.
Jakuba Fidelisa trzymał przy życiu taniec i udzielanie wywiadów.
Kasię Kabotyn trzymała przy życiu kolejna nowa miłość.
Każdy sobie radzi, jak umie.
Krystian Apostata czasami więc myślał o tych mało popularnych sprawach ostatecznych i czekał. Czekając na śmierć zabijał czas.
Kiedy więc widzieli się po raz ostatni, czy wtedy, kiedy Jakub odnosił wielkie sukcesy taneczne i był powszechnie rozpoznawany jako Ktoś Kto Występuje W Telewizji? Rozpoznawany w sklepach, na ulicach, w kawiarniach, w taksówkach, kiedy kierowcy spoglądając we wsteczne lusterko zaczynali tę swoją mantrę: czy pan przypadkiem nie jest… a Jakub odpowiadał: No, jestem, jestem, ale niech pan nikomu nie mówi, he he, mrugał okiem. A oni wtedy prosili o autograf, nie dla siebie oczywiście, ale dla żony, albo córki, które były wybitnymi Jakuba wielbicielkami, i Fidelis pytał się wtedy, jak mają na imię, i sięgał do wewnętrznej kieszeni marynarki, gdzie zupełnie przypadkowo miał kilka swoich zdjęć, w obcisłym trykocie, w eleganckim rozkroku, z jedną ręką wspartą na biodrze, a drugą wyrzuconą przed siebie. Ta ręka wskazywała lepszą przyszłość.
Jakub Fidelis swoją osobą jednoczył naród polski, jak zwykle podzielony. Jakuba Fidelisa znali więc taksówkarze, sprzedawczynie z osiedlowych sklepów, kasjerki w hipermarketach wiercąc się w pieluchach na niewygodnych krzesełkach, tak one też go znały i kochały, i znali go policjanci i przestępcy, znał go elektorat prawicy i lewicy, tym bardziej znali go wyborcy liberałów, wierzący i ateiści, profesorowie go znali i robotnicy, znali go oni wszyscy i ciągnęli pod jego sztandary. Szanowali go, bo go znali, a nie da się szanować kogoś, kogo się nie zna, a jeśli ktoś jest znany, to znaczy że zasługuje na szacunek, to znaczy że ten człowiek coś znaczy, że sam doszedł do tej swojej znaczności.
Chcesz, żeby cię szanowali, to sam siebie szanuj, powiedział Krystianowi Jakub, kiedy widzieli się po raz ostatni. Fidelisa szanowali i nie musiał czekać przy barze w kolejce po drinka – drink sam do niego przychodził, łasząc się, by Fidelis zechciał go wypić, a Krystian czekał na swojego i nie mógł się doczekać, bo żaden barman Krystiana nie szanował, pewnie dlatego że Krystian sam siebie nie szanował. Miał co do siebie mnóstwo wątpliwości, przetykanych krótkimi chwilami nagłych napadów wiary w siebie, ale ta wiara była jak polski katolicyzm – tylko od święta.