Dzidzia

Sylwia Chutnik
Dzidzia
  • Świat Książki
    Warszawa 2010
    130 x 214
    170 stron
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-247-1889-4

Sylwia Chutnik nie ukrywa w wywiadach, że nie miała zamiaru dać czytelnikom książki miłej w czytaniu. Już sama tytułowa bohaterka powieści – dziewczynka cierpiąca od urodzenia na wodogłowie, brak kończyn i wszystkie możliwe schorzenia – nie obiecuje odbiorcy żadnych atrakcji płynących zwykle z obserwacji dorastania czy edukacji normalnego dziecka. Ale Dzidzia nie jest normalnym dzieckiem, tylko znakiem, niejako karą za grzech swoich dziadków, którzy wydali na śmierć Niemcom uciekinierki z powstańczej Warszawy. Kara spada bezsensownie na ich córkę, która rodzi potworka i która bierze na siebie wszystkie cierpienia należne biednym, samotnym i odtrąconym. Tymi odtrąconymi i cierpiącymi za nie swoje winy czyni autorka generalnie kobiety. To nad nimi pastwi się historia układana przez mężczyzn, historia pełna bezsensownych rzezi, takich jak II wojna światowa, a w niej powstanie warszawskie. Ta historia produkuje patriotyczne znaki, uwzniośla męczarnie i poświęcenia, uświęca przelaną krew. Bohaterka powieści, matka Dzidzi, Danuta, przeciwstawia niejako tamtym znakom swój znak – potworkowatą dziewczynkę, która jest symbolem kobiecej klęski i cierpienia. Pod koniec książki wygłasza patetyczną tyradę, własną wersję Wielkiej Improwizacji z Dziadów, najsłynniejszego dramatu wielkiego polskiego poety romantycznego Adama Mickiewicza. Tekst Mickiewicza był wyrazem buntu bohatera przeciw milczącemu i zezwalającemu na zniewolenie Polski przez zaborców Bogu – Danuta zadośćuczynienia za swoje męki żąda od świata rządzonego przez mężczyzn i od jego instytucji. Pewnie to naiwne i może nawet śmieszne (Danuta protest wykrzykuje przed gmachem sądu, do którego jej nie wpuszczono z uwagi na dzień świąteczny). Ale protest odtrąconych kobiet nigdy nie trafia tam, gdzie powinien, bo one właśnie nie umieją włamać się do „dyskursu publicznego”, nie mają do niego klucza, a gdy nawet protestują, robią to ponoć nie tak, jak trzeba, i nie wtedy, kiedy trzeba. W finale powieści, kiedy Dzidzia-znak pojawia się na torach kolejowych, rozjechana przez pociąg, a jej odcięta głowa toczy się dalej, zgrzytając zębami i sypiąc iskrami niczym w horrorze, zdumiony i przerażony dróżnik wraca do swej budki i nastawia głośniej telewizor. 

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Drzwi ani drgnęły. Spróbowała jeszcze raz i jeszcze. Wiatr mielił krople ulewy, które niemal oślepiały kobiecinę. A ta coraz bardziej desperacko próbowała otworzyć drzwi. Jak nie jedne, to następne. Podlatywała do całego szeregu masywnych bram i dobijała się do środka. W końcu za jednymi z nich coś szczęknęło, pyknęło i wyłoniła się twarz wąsatego strażnika.
- Czego chce?
- Panie, wpuść mnie pan do środka, no co to za porządki? Człowiek jedzie pół dnia, błądzi po mieście, a tu drzwi takie ciężkie, że wejść nie można.
- Ano nie można. Każdy by sobie tak chciał wejść i coś załatwić.
- Ale ja tu dowód wpłaty mam, dokumenty, sprawy pilne i cierpiące od zwłoki zbyt wiele lat. Koniecznie należy je pozałatwiać, kiedy, jak nie teraz, kto, jak nie ja. Córka czeka na mamusię, ja muszę.
- Przecież dziś zamknięte sądy są, no. Niedziela przecież. Poza tym szykowana jest inwentaryzacja całego budynku, spisują togi, peruki, papier toaletowy i krzesła. W gazetach pisało, że nieczynne przez dwa dni będzie, bo listę rzeczy robią. Nie przeszkadzać!
Danuta poczuła, jakby ją ktoś zdzielił czymś ciężkim po tej zmoczonej głowie. Coooo? Tyle czasu, taka sytuacja nagła, a oni liczą w środku śrubki? Właśnie teraz, kiedy ona tu przyjechała, wybrała się do stolicy od lat tylu po raz pierwszy. To są kpiny. Potwarz i skandal. Nic ją to nie obchodzi, ona wchodzi.
Włożyła szybko czubek buta w zamykające się drzwi i unieruchomiła je. Strażnik zdenerwował się i szarpnął z całej siły skrzydłem do siebie. Danucie ścisnęło boleśnie stopę, ale jej nie cofnęła. O nie, ona nie jest głupia, ona wie, co tu się wyprawia! Pewnie zobaczyli z okna, że się zbliża i wystawili ze strachu jednego dziada, co by ją przepędził. Szkoda jeszcze, że barykad nie zbudowali, bo podobno warszawiaki to uwielbiają pasjami. Jak nie mają się przed kim bronić, to się czasem bawią w wojny i na największych ulicach usypują górki. Że niby taka zabawa.
To jest właśnie traktowanie ludzi ze wsi przez wywyższających się miastowych. No tak, myślą, że głupia wieśniara z piórami kur w bucie się przywlokła i będzie chciała o miedzę się wykłócać. A przecież oni tu mają swoje poważne przestępstwa, mafiosów do rozwikłania, oni mają gangi narkotykowe na głowie.
Takiego wała! Życie matki i córki ważniejsze niż przemyty i alfonsi. Koniec ery dyskryminacji ze względu na wsiowość. Basta.
- No babo, weź te kulasy z progu, bo obetnę.
- A obcinaj sobie szpotawe nogi, ty taki owaki, moja córka nóg żadnych nie ma i też żyje. Także ja się amputacji drzwiami nie boję, ja nie z tych. Ustąpić nie mam zamiaru i do skutku tu stać będę, aż ma sprawa doczeka pozytywnego rozpatrzenia, amen.
Chcę raz na zawsze podkreślić, że dość mam już szykan – wystarczą mi te od sąsiadów. Rzucanie na wycieraczkę kawałków bułki, pączka, paluszków, opakowania po gumie do żucia, a pod wycieraczkę – pomidorów i śliwek. Poza tym pomalowanie części ogrodzenia zielonym flamastrem, krzyczenia pod oknami „jude raus”, zaklejenia otworu zamka w skrzynce na listy gumą do żucia oraz dzwonienie do furtki przez przyklejenie na dzwonek gumy do żucia. Dalej: karmienia ptaków specjalnie przy domu Danuty, a wiadomo, że ptaki, jak to ptaki, z przodu dziobią, z tyłu robią – w tym wypadku na chodnik przed oknami Danuty. Mało tego, z powodu niemocy i nazizmu rasistowskiego odczuwa coraz częstsze bóle w żyłach w zgięciu rąk i zimne poty. Ślepnie, niedługo będzie musiała nosić okulary minus sto dioptrii.
I co? – krzyknęła Danuta do dziada zza drzwi. – Myśli pan, że nie znam swoich praw? Że prosta kobiecina ze wsi zabitej dechami jestem? Aha, no i co z tego. Zgodnie z paragrafem 666 kk, mam prawo. Kiedy ta gehenna się skończy, co pan sobie w ogóle wyobraża! Poza tym pan, jako ochroniarz, dopuścił się absolutnie haniebnego znieważenia mnie, kobiety, za które wkrótce i pan zostanie pozwany, tak że spotkamy się na ławie w sądzie. Honoru i mojego dobrego imienia bronić będę zawsze, słyszy pan?
Facet tymczasem próbował wykopać nogę Danuty spomiędzy drzwi, jednocześnie je zamykając. Przez głowę przemknęła mu myśl o niekompatybilności jego zarobków z trudem pracy, jaką wykonuje. Dlaczego to właśnie na jego dyżurze pojawia się najwięcej wariatów? Może on ma coś takiego w sobie, co przyciąga niezrównoważonych psychicznie.
Ostatnio jakiś menel chciał koniecznie wejść na teren sądu z wielkim tasakiem, twierdząc, że był umówiony z pewną adwokat w sprawie przyszłych planów matrymonialnych. A znowuż kilka tygodni wcześniej baba przyjechała na własną rozprawę z psem rasy pinczer, który głośno ujadał od chwili wejścia do budynku, na próby uspokojenia go i wyproszenia kobieta reagowała nerwowo. Skończyło się na tym, że pies go pogryzł, a baba położyła się w bramce ze smyczą i zepsuła mechanizm do wykrywania metalu. Trzeba było wzywać policję. Że nie wspomni, jak został również pogryziony przez człowieka, który próbował z rozbiegu przeskoczyć zamknięte wejście, które normalnie otwiera się specjalną przepustką.
A ta baba ciągle jazgocze. Pani, przyjdzie pani we wtorek, pojutrze, Od kiedy to urzędy w dni święte są czynne. No co też Pani, Boga w sercu nie ma. Pcha się tu i ją wpuść, jeszcze czego. Czy ja odźwierny jestem, czy ja klucznik jakiś w niebie.
Wykorzystując moment nieuwagi, dziadu wypchnął nogę kobiety i z hukiem zatrzasnął drzwi.
Na zewnątrz grzmoty, huki, nietoperze. Wszystko stało się jasne, nic się dziś nie załatwi, choćby się miało kolekcję najlepszych papierów i pieczątek świata. Podpisy od samego Ojca Świętego i jeszcze jego odbite wargi. Nic to nie znaczy, można sobie to włożyć wiadomo gdzie i jak.
Są sprawy nie do załatwienia, gdzie oburzony obywatel może co najwyżej westchnąć przeciągle, wypuścić głośno powietrze i wrócić do domu.
Czarne chmury zasłoniły całkiem niebo, tak że człowiek już nie wiedział, czy jest na ziemi, czy w piekle.