Ostatni raport

Zbigniew Kruszyński
Ostatni raport
  • Wydawnictwo Literackie 
    Kraków 2009
    123 x 197
    232 strony
    oprawa broszurowa
    ISBN 978-83-08-04386-8

Bohater najnowszej powieści Zbigniewa Kruszyńskiego jest wirtuozem języka i opisu świata. U schyłku panowania komunizmu w Polsce przydaje się bezpiece, której dostarcza – w zamian za paszport i pewne życiowe ułatwienia – raportów ze swego życia i spotkań z ludźmi. Wejście bohatera w kolaborację odbywa się dość cynicznie, z czasem jednak coraz mocniej angażuje się on w pracę dla opozycji, staje się „podwójnym agentem” o niejasnej tożsamości. W stanie wojennym wyjeżdża do Szwajcarii, gdzie organizuje zbiórkę funduszy dla podziemnej „Solidarności”. Do Polski wraca jako bohater opozycji i ukrywa się. Znużony przedłużającą się konspiracją, denuncjuje przed służbą bezpieczeństwa innego ukrywającego się działacza podziemia i sam pada ofiarą denuncjacji, zostaje aresztowany i odsiaduje kilkuletni wyrok. Po przemianach roku 1989 nie zabiega o wysokie stanowiska, wyjeżdża tylko do Sztokholmu w charakterze dyplomaty. Poza tym pozostaje outsiderem.
Demaskatorskie ostrze powieści nie trafia właściwie w postać bohatera, mimo jego cynizmu i moralnej dezynwoltury. Bo nie da się wyraźnie określić, kim on jest: zdrajcą, czy bojownikiem o słuszną sprawę. Nie jest on bowiem typem tchórza czy zdrajcy, ale prędzej już – Narcyza i hedonisty. Jeśli czymś odstręcza, to wyniosłym samozadowoleniem czy skłonnością do wykorzystywania kobiet, z którymi romansuje. W romansach chętnie realizuje model „trójkątny”, podobny „trójkąt” powstaje w jego relacjach z bezpieką i opozycją, a zatem każde zaangażowanie szuka sobie zaraz u Kruszyńskiego jakiejś antytezy.
Bohater to przede wszystkim pisarz, czyli ten, kto utrwala zdarzenia. Specyficzny dandysowski rytuał towarzyszy u niego samemu procesowi pisania. Co więcej, Kruszyński podkreśla, że styl to człowiek, tzn. – że jego bohater spełnia się głównie w języku i w swej umiejętności opisywania świata. Ale przecież w jego stylu nie sposób nie rozpoznać stylu samego Kruszyńskiego. Czy więc autor po prostu powiada: „i taki mogłem być, gdyby moja historia inaczej się potoczyła”? Czy może inaczej: „istnieje szczególne okrucieństwo i moralna dwuznaczność w samym procesie zapisywania życia”? Albo prościej: „zapis zdarzeń zawsze jest literaturą, w której próżno szukać obiektywnej prawdy”?

- Jerzy Jarzębski

 

Fragment

— Ma pan dar obserwacji — od tego zdania wszystko się zaczęło.
Mam dar obserwacji, a zatem opiszmy zachód słońca, ze szczegółami. Kiedy chowa się za obłożony karpiówką dach u jezuitów, na iglicy w dawnym kolegium pijarów nie przestaje błyszczeć.
— Ma pan dar obserwacji, niech pan obserwuje — oficer położył paszport, granatowy książeczkę, ważną na
wszystkie kraje, pieczątka na wyrost, bo nigdzie nie wyjedziesz bez zielonej karty przekroczenia granicy, kawałek kartonu, który oficer nadal trzymał w dłoni i bawił się nim jak asem albo królem. — Nie chcemy wiele — powiedział. Tyle żebym miał otwarte oczy. I tak trudno mi je będzie zamknąć i zasnąć. Wyjazd na Zachód — nie ma co ukrywać — wiąże się z pewnym szokiem wizualnym. Zachwycimy się wszystkim, sklepami, śmieciami.
Można wszystkiego dotknąć i wszystko powąchać.
Nasze zdumienie, że w puszkach od piwa mieści się opisane na nich piwo, nie powietrze. Szampony pełne są szamponu, wina wina. Wódka tak samo mocna, a pięć razy droższa. Będziemy roznosić przemycone flaszki i próbować je wcisnąć skąpym restauratorom. W drogerii poddamy się próbkom zapachów, tworząc nowe kombinacje ze słowiańskim potem. Będziemy chodzić głodni i spragnieni. Rozpuszczać zupy w proszku w zimnej wodzie z kranu, bo wrzątek trzeba mieć gdzie zagotować. Do subwencjonowanej paryskiej bagietki przegryzać jełczejącą już krakowską, przysmak, który zasłużył na lepsze traktowanie.
Dostaniemy paszporty, z zielonym kartonem — oficer rzucił go w końcu na biurko. — My? — zdziwiłem się i zerknąłem w bok. Tak, czy zamierzam się wyrzec towarzyszki? Nie zamierzałem. Dostaniemy też przydział dewiz, sto trzydzieści dolarów — zobaczymy, na ile starcza, co oznacza rynek i obłędny, niczym nie skrępowany wyścig cen. Nietrudno jest produkować w potępieńczym tempie, a potem sprzedawać z nienależnym zyskiem. W ciągu kilkunastu godzin za średnią krajową. O ile trudniej jest zachować umiar, kształtować asortyment, planować apetyt.
Nie oczekują wiele, luźne spostrzeżenia. Kto studiuje w skupieniu, w Luwrze, dzieła mistrzów. Kto trzeci miesiąc sprzedaje naleśniki, podpijając pod koniec dniówki grand marnier. Z kim sypia stypendystka, której dawno skończyło się stypendium. Dlaczego stary profesor, mając zapewniony wikt w naszej stacji nauk na rue Laurisson, co rusz pojawia się wśród studentów w stołówce na Maubillonie, w oparach podłych win, nadużywając plebejskiego prawa do darmowego supplement pommes frites. Czy ciężki tani olej nie powinien zbudzić do życia uśpionych, ale przecież czynnych kamieni żółciowych, czekających na co, na hasło? Czy rzeczywiście da się zająć pozycję strategiczną na którymś z łuków nad mętną Sekwaną, tak by zobaczyć, jak na wieżę Eiffla nadziewa się, ale nie pęka, o zmierzchu pomarańczowy balon?
Wybiegłem z komendy i czułem, jak paszport odciska mi na piersi żarliwy prostokąt. Była późna wiosna i życie w parku nad fosą w oczach się przeobrażało, w coś przyoblekało, w jakiś tren czy woal. Kolesie wyrwani z długiej hibernacji rozpijali jesiennego jeszcze jabola. Babcie odwijały chustki i ziemista pomarszczona skóra zazdrościła gładkiej opalonej. Para szpaków krzyżowała się z parą krzyżówek na rozchwianej romboidalnej szachownicy nad wodą. Para sennych milicjantów odpoczywała na zniszczonej ławce i czapki złożone po ich obu stronach wyglądały jak hołd oddawany zmarłym na służbie, brakowało trumny i całunu.
Świat, który jeszcze rano wydawał się nieznośnie rozregulowany: tępa żyletka zostawiła centymetrową opuchliznę, gaz śmierdział, śmiecie się wysypywały od razu na półpiętrze, a listonosz, zostawiając wezwanie na komendę, lustrował mnie z politowaniem ciekawe, ciekawe, skanowały spod daszka źrenice — który był chaosem spraw do załatwienia, odebrać z pralni pościel, ze znowu przedawkowanym krochmalem, jakby spać na obrusie, w aptece kupić wapno, z witaminą, jak będzie, oddać buty do szewca, wdychającego butapren, wyczerpać listę zakupów w spożywczym na pętli, na ile się da pasujących do chleba już wcześniej kupionego w piekarni, alkohol z sokiem pomarańczowym kupić za bony w hotelu, w którym nie trzeba mieszkać, żeby się upić; zapytać w księgarni, czy nadal nie ma powieści autora Rozłogów, bo zaczynamy wątpić, czy ją kiedyś napisał, oddać w uniwersyteckiej rewers na zabronioną książkę z adnotacją działu udostępniania, że wolno, i potem czytać ją po kawałku pod okiem bibliotekarki, utlenionej blondynki o ołowianym, jak czcionki, wzroku, zachodząc w głowę, co wolno, bo chyba nie zabroniono opisów wschodu słońca w Radomiu, zadzwonić do matki, z automatu pod Arkadami, który zaciął się i nie ponagla, uspokoić ją, że wszystko dobrze, tak, w porządku, odżywia się i trawi, proszę, żadnych paczek, nie brakuje niczego, może poza sensem, ale jego nie przyjmują na poczcie, w okienku z widokiem na stalową wagę.
To wszystko, co jeszcze kilka godzin temu zdawało się w rozsypce, kosmicznym rozproszeniu, nie do scalenia, pomimo wzmożonych dawek krochmalu i butaprenu, po wyjściu z komendy na zalane słońcem schody z litego granitu, nad zamknięty pierścień fosy — cóż z tego, że gnijącej, pokrytej drobną rzęsą — zyskiwało nagle jedność i splendor.
Chciałem biec przed siebie, chciałem się jednoczyć. Obserwacje zewsząd mnie osaczały, już po kilkudziesięciu metrach zarobiłem na paszport i na niejeden dokument. W oddzielonym od świata zakamarku śluzy odkryłem parę młodocianych kochanków; mocniej, mocniej, domagały się jej czerwone paznokcie, na próżno, bo jemu już dawno puściło, a poziom wód nie drgnął, nie mrugnęła rzęsa. Nieco dalej, w przejściu między parkingiem a tyłem Opery natknąłem się na kolegę z mojej grupy — wszyscy na k, przekleństwo przeludnionych kierunków — jak wysikiwał piwo z domieszką innych płynów. Ledwie zrobił trochę miejsca w pęcherzu, a zaraz zaproponował kolejne. Nie odmówiłem, poszliśmy pod namiot na placu Teatralnym, stamtąd miałem całą panoramę, a wokół kakofonię głosów.
Przekleństwa przecinały przestrzeń. Ktoś by — tutaj — zrobił, ale nie za tom sumę. Ktoś inny — tutaj, tutaj — ale nie w tym terminie. Przez chwilę wydawało mi się, że mógłbym to zorganizować, dopasować sumy i terminy. Wypełnić całą agendę i portfel zamówień. Zanotowałem. — Tutaj! — przecież brakowało mi notatnika. Przydałby się moleskine — pomyślałem na wyrost, czarny, dopasowany wielkością do dłoni i kieszeni, którym posługiwał się i Beckett, i Hemingway.