Frascati

Ewa Kuryluk
Frascati
  • Wydawnictwo Literackie 
    Kraków 2009
    145 x 205 
    344 strony
    ISBN 978-83-08-04377-6

Frascati to ocalała ze zniszczeń wojennych ulica w pięknej dzielnicy Warszawy: po wojnie zamieszkali tam ludzie związani z nową, komunistyczną władzą. Wspomnieniowa książka Ewy Kuryluk, pisarki i malarki od dawna mieszkającej w Paryżu i Nowym Jorku, jest jednak daleko czymś więcej niż opowieścią o prywatnej ojczyźnie, o rodzinnym miejscu i o najbliższych, o raju zniszczonym przez „historię spuszczoną z łańcucha” (jak dwudziestowieczną historię określił kiedyś jeden z polskich eseistów). W książce Kuryluk dziecięca idylla jest podszyta niezrozumiałą grozą. Powoli prywatne szyfry domowników na Frascati stają się zrozumiałe dla czytelnika (jak wcześniej dla samej autorki). Opowiada ona historię swojej matki, wielbicielki poezji Trakla, polsko-niemieckiej Żydówki zbiegłej z lwowskiego getta i ocalonej przez swego przyszłego męża i ojca autorki. Miriam Kohany zdradziła tajemnicę swego pochodzenia córce dopiero, gdy ta miała czterdzieści lat. Nigdy nie uwolniła się od strachu, całe życie była nękana nawrotami psychozy − to matka jest właściwą bohaterką książki. Ale są i inni: ojciec, Karol Kuryluk, niezwykły człowiek, lewicowy redaktor ze Lwowa i organizator antyfaszystowskiego Kongresu w Obronie Kultury z roku 1936, konspirator w czasie okupacji, po wojnie attache kulturalny w Wiedniu, potem minister kultury, który szybko popadł w niełaskę. Również brat: Piotr, wunderkind naznaczony schizofrenią, który prawie całe swoje dorosłe życie spędził w szpitalach i zakładach dla psychicznie chorych. Mamy również postaci przyjaciół, tych prawdziwych i tych fałszywych, mamy panoramę ludzkich losów, zapisy spotkań z polskim antysemityzmem i z polską codziennością, dawną i dzisiejszą, widywaną nie tylko z okien mieszkania na Frascati. Mamy wycieczkę-pielgrzymkę do dzisiejszego ukraińskiego Lwowa śladami rodziców i do Izraela w poszukiwaniu nowo odnalezionych krewnych.
Książka Kuryluk jest zapisem odzyskiwanej straumatyzowanej pamięci, niekończącą się pracą żałoby po zmarłych rodzicach i bracie, rozdziałem z dziejów jakiegoś nowego Herodota: ma ona wymiar ponowoczesnej tragedii, jedynej dziś możliwej prywatnej historii ludzkości oglądanej „od podszewki” i z perspektywy ofiar. Ta świetna literacko książka jest kroniką historyczną i znakomitym przykładem literatury dokumentu osobistego. Budzi współczucie, trwogę i przywodzi do rozumienia.

- Marek Zaleski

Fragment

— Ktoś powinien napisać powojenną historię od podszewki. O skutkach szoku, psychicznej polaryzacji — cedziła wolno mama, jakby odgadła moje myśli — o nadmiarze empatii, zupełnym braku empatii. Horror uczula na zło albo prowadzi do znieczulicy. Od czego to zależy? Od predyspozycji? Poglądu na świat? Wiary? Moralności? Od miejsca, gdzie nas rzucił los? — podrapała się w głowę.
— Pewnie od wszystkiego po trochu, mamo, ale głównie od charakteru.
— Dobry charakter to mało strachu, dużo empatii, wiara w siebie — stwierdziła z przekonaniem. — Rzadka kombinacja. — Rarytas! Z byle jakich charakterów wojna wydobywa najgorsze cechy, z dobrych charakterów najlepsze — potwierdziła.
— Pasjonujący temat, co, mamo? — Chciałam o tym pisać, nie sprostałam, to coś dla ciebie — wzięła mnie za rękę. — Niewiele wiem o wojnie. — O jej śladach w psychice wiesz niejedno — mrugnęła porozumiewawczo — bez nadmiaru detali łatwiej dotrzesz do sedna sprawy.
— Frascati osculati — zanuciła po dłuższej chwili — hier ist meine zweite Heimat. — Frascati to łakomy kąsek — mamie zmienił się głos. — „Tamtej strasznej wiosny” — tak nazywała Marzec ‘68 — czatowali na nasze mieszkanie. Wiadomo, ma same atuty. Trzy pokoje w przedwojennej kamienicy, ciche, z balkonem, idealny rozkład, dzielnica willowa — liczyła na palcach — fortepian, sekretera, szafka muzyczna, komplet „Sygnałów” w przedwojennej oprawie. W spiżarce asortyment weków własnego wyrobu — cmoknęła — kompoty, musy, dżemy, orzechy w cukrze. Ile ja się nasmażyłam po powrocie z Wiednia, pamiętasz? Karolowi nie dawali pracy, to robiłam zapasy. Jak umarł, nasłali na nas zachodnich dyplomatów na usługach wywiadu. Namawiali cię na emigrację na wszelkie sposoby. — Nie, mamo — wybąkałam — kilku znajomych oferowało nam pomoc w razie wyjazdu. Wiedzieli, kim był Łapka.
— W i e d z i e l i! — zaintonowała złowieszczo. — Tu jest pies pogrzebany, meine Kleine — pogłaskała mnie po twarzy jak dziecko — w i e d z i e l i, a ty nie.
W i e d z i e l i, bo nas okablowali od podłogi do sufitu — podniosła oczy — zamontowali podsłuch w telefonie, radiu, telewizorze. W i e d z i e l i, że siedzimy jak myszy pod miotłą. W i e d z i e l i, jak zastawić pułapkę na wdowę z sierotami — przewróciła oczami. — W i e d z i e l i, jak nas wziąć na strach. — Nikt nas, mamo... — Nie udawaj idiotki! — przerwała — stuknęła ci pięćdziesiątka! Już zacierali łapska z radości, że ze strachu poprosimy o emigrację s a m i — zaakcentowała. — Niedoczekanie! — zazgrzytała zębami — s a m i to za nic! Dałam sobie partyzanckie
słowo honoru — mama podniosła do góry dwa palce — za nic nie zaskomlimy o łaskę jak skopana Zaza — zaskomlała. — Jak wam ślinka cieknie na nasze Frascati, włamcie się kolbami — zadygotała. — Odbierzcie nam dokumenty — rzuciła na podłogę gazetę. — Zabierzcie dobytek — pogłaskała kozetkę. — Konfiskujcie majątek! — zamachała kluczykiem do szafki nocnej. — Los! Włamcie się do wdowy bez piątej klepki — puknęła się w czoło. — Los! Gestapo! Przyjdźcie w nocy po meine Kleinen! Deportujcie w bydlęcych wagonach bez wody nieletnie chore dzieci. — Nie byliśmy nieletni, mamo. — Piotruś nie miał jeszcze osiemnastu lat — skarciła mnie wzrokiem — dzień i noc warował przy drzwiach na klatkę schodową, czekał z psem na ojca pochowanego na Powązkach, szykował się do emigracji na Księżyc. A dlaczego? — spojrzała na mnie. — Ze strachu, że został w barbarzyńskim kraju sam z niepoczytalną matką i siostrą astmatyczką — odpowiedziała sobie sama. — Raz na tydzień wiozło cię pogotowie pod namiot tlenowy, zapomniałaś? — Nie zapomniałam. — Wiedziałam, że nie przeżyjecie emigracji — westchnęła — musiałam postawić na Frascati — odkaszlnęła. — Ile tysięcy sprowokowali strachem do emigracji? — spojrzała na mnie. — Nie wiem dokładnie, mamo. — A nas strachem nie sprowokowali — pochwaliła się — przysięgłam sobie, że s a m i Frascati nie oddamy — przesunęła wzrokiem po ścianach — dlatego zdecydowałam się. — Na co, mamo? — W Marcu strugałam wariatkę, żeby ocalić Frascati. — Strug... gałaś? — zająknęłam się z wrażenia. — Nie było innej rady — odmruczała — wykombinowałam, że wariatki nie ruszą. — Dlatego krzyczałaś? — Darłam się na cały dom, żeby wszyscy wiedzieli — skinęła głową. — Nakręcałam się, żeby wpaść w trans — dodała — przestałam brać leki zapisane przez docenta. — Symulowałaś paranoję? — Na potęgę — odparła. — Spotkała mnie za to straszna kara, wywabiłam z siebie bestię. Przyczaiła się we mnie, po dwóch latach wyskoczyła nad ranem. O mały włos nie popełniłam zbrodni — ukryła twarz w dłoniach. — A więc to jednak prawda? — Stała nade mną z nożem kuchennym — dobiegł mnie głos brata w telefonie do Cambridge — musiałem wezwać pogotowie — silił się na spokój — zabrało mamę do Tworek.
Mama wtuliła się w róg kozetki i zamknęła oczy. „Tamtej strasznej wiosny” nie myła się, nie zdejmowała z siebie śmierdzącego szlafroka, nie wychodziła z domu. W nocy skradała się po mieszkaniu z uchem przy ścianie, pakowała i rozpakowywała walizki, darła listy i fotografie. O świcie kładła się na kanapie, po przebudzeniu człapała do kuchni. Piła wodę z kranu, napełniała wiadro i niosła do pokoju z fortepianem, a w siatce to, co znalazła w spiżarce: chleb, konserwę, cebulę, kostki cukru. Zamykała się na klucz i chowała pod fortepianem. — Los! Gestapo! — wrzeszczała, póki nie zdarła głosu. Albo, ku zgrozie Zazy, wyła, skowyczała, zgrzytała zębami. A ja? Przeklinałam mamę, wypominałam Łapce, że nie rozszedł się dawno ze starą wariatką, dusiłam się od kaszlu i planowałam final exit.
— Zdrzemnęłam się na momencik, córeczko — mama przetarła oczy. — To dobrze. — Śniło mi się, że poszliśmy z Karolkiem na spacer na Skarpę. — Ładny sen. — Nadzwyczajny — uśmiechnęła się do mnie uroczo — gwizdałam na cały głos — zagwizdała — Frascati osculati.