Śmierć czeskiego psa

Janusz Rudnicki
Śmierć czeskiego psa
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    123 x 195
    208 stron
    oprawa twarda 
    ISBN 978-83-7414-558-9

Od czasu do czasu zadaję sobie pytanie: co właściwie tak mnie do tekstów Rudnickiego przyciąga, skoro nieodmiennie, od lat pisze on tak samo (głównie w tonacji groteskowej) o tym samym (przede wszystkim o sobie)? A przecież za powtarzalnością w literaturze niezbyt przepadam… Kluczowa w moim przypadku nie jest kwestia wybornego stylu prozy Rudnickiego, choć to – bez wątpienia – jeden z tych prozaików, którzy nieźle potrafią „zakręcić frazą”, pisarz swobodnie poruszający się w rozmaitych rejestrach polszczyzny, w kunsztowny sposób mieszający wyrafinowane metafory z dosadnymi grubiaństwami. Rzecz w tym że autor Można żyć z podstawowych elementów swojej prozy (groteska, ironia, humor, dystans, prowokacja…) potrafi tworzy teksty idealnie skonstruowane, podpinane na ostatni guzik. Inaczej mówiąc – teksty, w których nie ma zbędnych słów czy zdań, prozatorskiej waty, co potwierdza nowy tom miniatur i opowiadań Śmierć czeskiego psa. Książka składa się z dwóch części, Teksty pierwsze oraz Teksty drugie, a podział ten wskazuje na dwa główne – objawione już w poprzednich książkach – obszary zainteresowań Rudnickiego, który z jednej strony przerabia własne doświadczenia „Polaka w delegacji”, zawieszonego gdzieś między Niemcami a Polską, w groteskowe, czasami obrazoburcze historie, z drugiej – swoiście przepisuje/komentuje opowieści o znanych postaciach literatury czy kultury i ich dziełach w jedynych w swoim rodzaju wariacjach biograficzno-intertekstualnych. W części pierwszej znowu wadzi się z Polską i Niemcami (na przykład w opowiadaniu tytułowym), wyśmiewa rozmaite narodowe przywary, a przy tym nie oszczędza samego siebie, mianując się ironicznie „najwybitniejszym żyjącym jeszcze pisarzem polskim”. Choć – jak mi się zdaje – w najnowszej książce Rudnickiego zdecydowanie ciekawsza jest część druga z rewelacyjną opowieścią o słabościach i dziwactwach Hansa Christiana Andersena (Andersen, Andersen) i „odbrązawiającą” mit Pisarza historią o znanych autorach, którzy osiągnęli maestrię w wyłudzaniu bezzwrotnych pożyczek (Księga skarg i zażaleń). Rudnicki w swoich tekstach nie szczędzi nikogo i niczego. Obrazoburca? Prowokator? Też, ale przede wszystkim pisarz, który od czasu do czasu próbuje „przewietrzyć” literaturę i zadać czytelnikowi kilka niewygodnych pytań.        

- Robert Ostaszewski

Fragment

Na barykadzie

Polacy wolą oddawać krew Niemcom. W centrum Görlitz niemiecka firma skupuje krew. Połowę dawców stanowią Polacy z okolicy. Zarabiają na wakacje, ciuchy, piwo. (...) W Polsce za oddanie krwi lub osocza można dostać najwyżej sześć tabliczek czekolady. W Niemczech na tym się zarabia. Firma wszystkie placówki ma we wschodniej części Niemiec. Kilka miesięcy temu zainwestowała milion euro w piętnastą stację, w Görlitz, oddzielonym tylko Nysą od Zgorzelca. („Gazeta Wyborcza", 2007)
— Jasna cholera, do stu piorunów, słyszy mnie ktoś?! Halo?! Przyślijcie posiłki! Sam barykady nie utrzymam, za dużo ich!
Przede mną nasi, idą na mnie ze wszystkich stron. Za mną, w budynku w samym sercu miasta, ubrana na biało armia niemieckich żołnierzy, wszyscy ze strzykawkami w rękach!
 Jestem agentem specjalnym rządu. Moja specjalność to ogniska zapalne, kiedy płoną niebezpiecznie, tak że trudno je ugasić, gaszę je ja, człowiek do specjalnych poruczeń. Przykłady? Pamiętacie biały szkwał na Mazurach? To ja byłem tym rzekomym jasnowidzem, który znalazł jego ostatnią ofiarę. To dzięki mnie żadne obce wojska nie weszły do Tbilisi, a w Gruzji nie zmieniła się władza. To ja przyczyniłem się do przełomu w poszukiwaniu grobu Mikołaja Kopernika. I gdybym to ja jechał z profesorem Geremkiem, ten nigdy nie zasnąłby za kierownicą. A jak Czesi dalej będą zwlekać z zamontowaniem dwujęzycznych tablic na Zaolziu, to pewnego ranka mocno się zdziwią. I to ja, jeśli nie zginę i jeśli strony nie dogadają się, to ja będę tym, który rozwiąże problem rury bałtyckiej, bo ja mianowicie, nie gaz, wydobędę się z niej po niemieckiej stronie. Wystarczy?
Ogniskiem zapalnym stało się miasto Zgorzelec: stu naszych, tygodniowo, zaczęło przelewać krew po drugiej stronie Nysy. Gdyby sprzedawać można było wyłącznie krew, sprawa rozeszłaby się po kościach, oddawać można ją tylko cztery razy w roku (za dawkę pojedynczą dwadzieścia euro), ale pies pogrzebany w tym cholernym osoczu! Tańsze od krwi (dawka pojedyncza piętnaście euro), ale w roku przelać je można trzydzieści sześć razy! Wychodzi rocznie? Plus krew? No właśnie. Stu naszych tygodniowo to, powtarzam, dane wcześniejsze, teraz sytuacja zaogniła się tak, że nie było innego wyjścia, na arenie zgorzelskich wydarzeń musiałem pojawić się ja.
Widok katastrofalny, kiedy zrzuciłem z głowy spadochron. Ludzie jak pomazańcy wampirów, bladzi, biali, niebiescy, ledwo snujący się po ulicach. Burmistrz miasta, słabym głosem przepraszając, że na przywitanie nie może podnieść się z fotela, składa mi meldunek, że pomścić mam naszą krew, bo ci za rzeką, na których jesteśmy skazani, brali więcej niż po pół litra. A płacili za pół. I że połowa mieszkańców idzie, żeby przelać, a ci, którzy nie idą, nie idą, bo już szli. I że idzie biedota z kontenerów karnych, po wyrokach eksmisyjnych z mieszkań komunalnych, i że idą też z okolicznych wiosek, bo chłopi zawsze przecież przelewali. I że nie wiadomo, kto ile razy przelał pod rząd, bo policja notuje ekstremalny wzrost liczby skradzionych lub sfałszowanych dowodów. Oraz liczby nielegalnych usunięć ciąży, bo, wiadomo, w ciąży...
Burmistrz nie skończył, a ja już na ulicy, i już zaraz blisko granicy, cholera jasna, rzeczywiście, tłumy, im bliżej mostu, tym bardziej nieprzebrane! W sensie: jedni wracają, drudzy idą. Stop! krzyczę z wojskowego jeepa, przez megafon, stać, hołoto! Oszukają was, krew wam spuszczą jak na świniobiciu! I komu to ratujecie przez to życie, dawcy-sprzedawcy?! Polskie bydło męskie! Żeńskie ścierwa krajowe! Im? Im właśnie?! U nas nie ma, do kurwy nędzy, ofiar żyjących na miejscu wypadku, bo skąd krew?!
Nic, nie reaguje pielgrzymstwo polskie, idą przeze mnie, jakbym niewidzialny był! Oto pierwszy skutek zniesienia granicy: oni oddają u nas butelki na kaucję, a my u nich krew.
Postawiłem zasieki na moście, pokrwawieni, ale przeszli.
W centrum Gorlitz, na placu, gdzie Instytut, puściłem gaz łzawiący, petardy i świece dymne, trochę pomogło, cofnęli się, ale nie na długo.
— Jasna cholera, do stu piorunów, słyszy mnie ktoś?! Halo?! Powtarzam: przyślijcie posiłki! Sam barykady nie utrzymam, za dużo ich!
Nie słyszą mnie, nie mam połączenia z bazą w tym dymie i huku. Sam nie dam rady. Położę się na progu, przejdą przeze mnie, stratują, i wyglądał będę jak obrus po weselu. Na wsi. Rozerwę koszulę, to samo, zamarznę do tego, kto wytrzyma długo w styczniu z nagim torsem?
Trudno. Rozerwę się. Wysadzę się sam, nie ma innego wyjścia. Wbiegnę do Instytutu i wysadzę. I wezmę ich tam wszystkich ze sobą. Razem z całą tą ich kwaterą główną. Czerwonego diabła. I wszyscy trafią do piekła, a ja do podręczników. A moje organy, jeśli przydatne, do jakichś innych ciał własnych.