Margot

Michał Witkowski
Margot
  • Świat Książki
    Warszawa 2009
    208 stron
    125 x 200
    oprawa miękka 
    ISBN: 978-83-2471-745-3

Literackim tour de force Michała Witkowskiego było Lubiewo, powieść o homoseksualnym podziemiu w komunistycznej Polsce i początkach kultury gejowskiej w Polsce dzisiejszej. W tej i w następnych swoich książkach, Witkowski objawił się jako świetny obserwator realiów obyczajowych, obdarzony humorem i znakomitym słuchem językowym, piewca świata w dobie wielkiej transformacji, kronikarz czasu końca paradygmatów i trwałych tożsamości, świata triumfujących nieoczywistości. Perypetie jego bohaterów wynikłe z inności ich seksualnych orientacji traktować można jako metaforę zmian podminowujących to, co dla wszystkich pewne i – zdawałałoby się − uniwersalne. Nie jest przypadkiem, że jego najnowsza powieść opatrzona została mottem z Metamorfoz Owidiusza: "W nową postać zmienione chcę opiewać ciała". Opowiada ona o Polsce, ale i zarazem części Europy, która gwałtownie zmienia swój kształt: wiary, nawyki, kryteria osądu, potrzeby i upodobania. Tytułowa Margot, to kobieta nieobliczalna, obdarzana wielkim erotycznym apetytem, uprawiająca bardzo męski zawód: jeżdżącego na międzynarodowych trasach kierowcy wielkiej ciężarówki-chłodni. Drugim jej bohaterem jest Waldek Mandarynka, wiejski chłopak robiący karierę w Big Brother i wkrótce wielka gwiazda estrady i telewizji. Spotykają się oni nieoczekiwanie na plebanii u księdza-biznesmena, twórcy rozrywkowo-medycznego imperium, do którego na komputerowe egzorcyzmy przyprowadzi Margot jej znajomy z hotelu-pralni pieniędzy wielkiego mafioso. Ta dwójka i cała galeria postaci pobocznych, Asia - nowa polska święta  prowadząca radiowe rozmowy, Greta, czyli będący wcieleniem machismo kierowca niemieckiej ciężarówki, obdarzany żeńskim imieniem, kochanka Waldiego, czyli Starzejąca Się z Wdziękiem Gwiazda, tłumek ludzi z telewizji i show-biznesu, uosabiający dziś nowe elity, wypełniają karty świetnej książki Witkowskiego.

- Marek Zaleski

Fragment

No jak jedziesz, chujku niedomyty?! Gdzie mi się wciskasz, baranie? Nie widzisz, że wiozę materiał niebezpieczny? Dla ciebie niebezpieczny! Rodzona matka ci niemiła?! Chcesz dzwona zaliczyć ? Jest sytuacja pogodowa? Jest. Warunki na drodze takie a nie inne?! Od tygodnia gnoi . Przyczepność nie za zajebista! Ogólnie mówiąc, chlapa, szaruga. Niż, mówią w radio, niż znad Skandynawii! Lipiec stulecia. Na głowę mi jeszcze wjedź! Ożeż ty! Chyba cię, chopie, wali trochę, nie? Tu mnie całuj! Fuck you, motherfucker! Bez odbioru.

Aż wyciągam głowę przez uchyloną szybę, żeby mój gest łatwiej się przebił do jego pustej głowy. To on trąbi i zjeżdża na margines . Pokazuje różne zbereźne miny, różne gesty, co by ze mną robił. Ha, gdybyś mógł, tatuśku! Spadaj, koleżko. Miłego dzionka. Za mały masz gaźnik na mnie, he he! Myślą, że jak baba jedzie, to zaraz musi się wlec. Honor mu nie pozwoli jechać za babą, wyprzedzi. Choć jest skrzyżowanie. A ja już i tak pędzę na złamanie karku, bo mi się roz... ale cicho. No i zaraz o zbereźności myśli. Bo babę zobaczył. Droga – babska pustynia. Zero baby na kilometr. To on mi mówi w sibi:
- Te, Margot! - Tyle tylko umie powiedzieć.
- Te, Margot, zjedź na margines, to pogadamy! Bajo, bajo. Odbiór.
- Takie rzeczy to w Erze. Jeszcze czego. Wal się, dupku, bez odbioru. Życzę ci niskich wiaduktów.
- I lustereczko !
- Lustereczko?! O żeż ty! Nie widzisz, że jestem chłodnią? A ty jesteś pekaesem, nie? Znaj swoje miejsce, chamie. I po cholerę mi dajesz te znaki wszystkimi światłami, chcesz, żeby cię krokodyle ugryzły? Misie stoją tu z suszareczką! - On ma napisane na przedniej szybie „Kazek”. Taki wypierdek z wąsikami i w bejsbolówce z napisem HBO. - Wal się, Kazek, koleżko, zaraz będzie kurwidołek, to se po Czarnej Grecie coś weźmiesz. Kulawą se weźmiesz, ha ha! A ja muszę uważać na ścieżynkę. Bajo, bajo, szerokości!
- Przyczepności.
- Szerokości.
- Przyczepności.
- Szero, powiedziałam, kurna, wiem, że przyczepność ważna rzecz. Ale jest zwyczaj święty, że się mówi szero, a ty nie będziesz mi tu nagle zmieniał obyczajów na dróżce! Przycze owszem, ale w zimie.
- A kaj tu do tego hotela bedzie takiego? Co dziołchy so? Odbiór.
- W lewo, w lewo i jeszcze raz w lewo – krzyczę, po czym szybko skręcam w prawo, w prawo i jeszcze raz w prawo. Zgubiony, kurna, zatopiony!


(…)
- Co? Panie, za co? Co? No, nie ma tarczki ... Ale robiłam postój, Cycu może zaświadczyć. Jadę dopiero od godziny. Skończyły mi się tarczki, a muszę odwieźć mięso, bo się skiśnie.
Szefowej pan zapyta. To w ogóle stary trup jest. Teraz już się tych manów nie produkuje. Ale lubię go. Jest taki, no... taki... taki duży! Mówię do niego jak do kobiety, a raczej do zwierzęcia: „Brzydula”. Brzydula – jak Krasula - brzydka, leniwa, niezgrabna, ale jak się ma do niej podejście, to daje się nieźle wydoić. Piętnaście tysięcy mandatu? Panie władzo! Duży samochód, duży mandat? Ha ha ha, stary kawał, szkoda, że nieśmieszny. No, nieźle, tu pan ma adres firmy, Hiszpan Mariola - Mariola Spedition, spółka z o.o, niech pan to szefowej wyśle, Warszawa, ulica Radarowa, pan tam zapyta, wszyscy panu powiedzą. A tu ma pan nóż i niech mnie pan dobije. Szefową szlag trafi na miejscu. Że co? Ciśnienie nieuzupełnione. Uzupełniałam. Ile? - Pieprzone krokodyle! Facet z babą, teraz baby są krokodylkami - Mam zjechać na najbliższy parking? Już mnie nie ma! Do niewidzenia się z panem władzą - Wal się, wale, wal się, krokodylico, co to za niewdzięczny zawód być pałą, zawsze i wszędzie policja jebana będzie itd.

Niby niedopompowane, a jednak spoko gitarka dojeżdżam do „Nevada Center”. Ameryka, choć trochę w polu wybudowana. Najpierw dopompowuję te cholerne koła. No. Zmachałam się. Potem zalewam zupę  i dostaję w nagrodę bon na obiad o wartości piętnaście zeta. Ściągam rękawice, rzucam na fotel, wyłączam webasto , zabieram torbę, poprawiam sobie usta w bocznym lusterku wielkim jak talerz, zamykam kabinę i idę do kibla. Męskiego, bo innego nie ma. Tu nie świat dla bab. Wyciągam markera i piszę na ścianie:

Ja tu byłam,
ja tu stałam,
swoje życie
zmarnowałam...

bo mnie chwyta czasem takie coś za serce, że po prostu muszę pisać poezję w męskich kiblach. Wyciągam eleganckie, złote lusterko i poprawiam się. Robię sobie swój mały Paryż, zepsuty trochę koszmarnym smrodem i odgłosami z sąsiedniej kabiny. Oni jedzą te wszystkie kiełbachy i golonki, smażonki, świeżonki ociekające tłuszczem, co tu sprzedają, i potem tak to się kończy. Jeszcze tylko satyryczny rysuneczek Grety i podpiszemy Herman-Transport, to ją powinno ruszyć. Obok już ktoś przede mną narysował różowym markerem piękną księżniczkę z gwiazdkami w oczach, z różdżką czarodziejską, z olbrzymimi balonami i z CB radiem przy uchu, podpisano: święta Asia od Tirowców. A co mi tam! Wzięłam i siebie też machnęłam obok wiersza, mocno swoją sylwetkę estetycznie nadwątloną golonką wyostrzając, i włosy se trochę poprawiłam, bo wstałam dziś o piątej rano na parkingu i od dwóch dni jestem w kursie.

Odświeżona idę do McDonald’sa. Szamam przy „lepszym stole rosyjskim”, bo jestem chłodnią, czyli arystokracją. Przy akwarium. Bo w „Nevadzie” panuje ścisła hierarchia, są trzy knajpy, z których McDonald’s stoi najwyżej, a w nim znowu stoi akwarium, przy którym mogą siedzieć tylko grube ryby, czyli chłodnie: ja, Greta, Zbyszek, Ilaj itd., oraz Ruscy w futrzanych czapach, którzy kłócą się cały czas, kto w ile czasu dojechał z Amsterdamu do Moskwy. Liczą nawet minuty. Taka gra. (Tak, przyjechałeś do domu, auto ona lewarek i dalej kołami kręciłeś!). Przed McDonalds’em szef parkingu zbudował nawet mały zwierzyniec, łażą tam pawie i są klatki z królikami.

Podchodzę do lepszego stołu rosyjskiego z tacką. Akurat grają w karty. Po chłodniach w hierarchii są cysterny (jedzą w budzie), bo im zawsze dużo towaru zostaje „na ściankach” i ścieka, tak że koleżka Łysy czekoladę wozi i z każdej trasy zleje jeszcze ze czterdzieści litrów czekolady ze ścianek do takich zwykłych plastikowych butelek po wodzie mineralnej i potem to zakrzepnie, i jest pyszne! Uwielbiam te butelki! Nożem zdzierasz plastik i masz normalnie odlew butelki po kropli Beskidu. Jak mikołaje, tylko pełne w środku. Najniżej w hierarchii stoją laweciarze, pekaesy  i ci, co wożą kontenery mieszkalne do Niemiec, wiadomo, co takie kontenery, wielkie mi rzeczy, puste kontenery, też mi coś. Jedzą z miski, co ze sobą zabrali, albo se na maszynce gazowej przed kontenerem upitraszą. Jak na promie pytają o narodowość, żeby nie mieszać Polaków z innymi nacjami, to pytają pekaesa: „Polak?”, a on odpowiada: „Nie, pekaes”. Ha ha ha! No i raczej muszą mieć rozeznanie, żeby chłodni nie położyli w jednaj kabinie np. z trzema laweciarzami, bo to niehonor.