Wtajemniczenia

Michał Komar
Wtajemniczenia
  • Świat Książki
    Warszawa 2009
    272 strony
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-247-1319-6

Od czasu do czasu pojawiają się książki zaskakujące i nietypowe, które nijak nie przystają do specyfiki bieżącej produkcji literackiej. Bez wątpienia jest to przypadek Wtajemniczeń Michała Komara - tekstu zarazem intrygującego, jak i ekstrawaganckiego. Właściwie trudno jest dookreślić miejsce książki Komara na mapie piśmiennictwa, ponieważ jest to rzecz z pogranicza powieści fabularnej, eseju, traktatu filozoficznego i... książki kucharskiej, w której autor płynnie przechodzi od opisów powikłanych “polskich losów” w ostatnich wiekach do drobiazgowych analiz Antygony Sofoklesa czy Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, od subtelnych rozważań na temat pojęć filozoficznych do opisów wyrafinowanych potraw i ich zestawień. Głównymi bohaterami Wtajemniczenia są Pani E. oraz jej służący (zarazem narrator opowieści). Leciwa Pani E., należąca do zacnego rodu z wielowiekową tradycją, jest kobietą oczytaną, inteligentną, a przy tym obdarzoną życiową modrością, wynikającą z mnogości doświadczeń. Służący zajmuje się w domu (właściwie domach) Pani E. praktycznie wszystkim, choć głównie wyżywa się w roli kucharza, specjalisty od dań, których próżno szukać w kartach nawet świetnych restauracji, i znawcy markowych alkoholi. Jest też obiektem pedagogicznych pasji swojej chlebodawczyni, która uważa, że do jej obowiązków należy edukowanie “warstw niższych”. Narrator Wtajemniczeń przedstawia kilka ostatnich miesięcy życia Pani E., skupiając się przede wszystkim na opisach proszonych śniadań, obiadów i kolacji, podczas których prowadzi ona wraz ze swoimi gośćmi (miedzy innymi wziętym aktorem czy niezbyt poczytnym, ale ciekawym pisarzem) pełne degresji rozmowy przy suto zastawionym stole. Są to - krótko rzecz ujmując - istne orgie intelektu i smaku. Komar zdecydował się w nowej książce na niebanalne połączenie solidnego intelektualnie dyskursu z pewną krotochwilnością, widoczną choćby w przesyconych komizmem i ironią relacjach między Panią E. a jej służącym, co sprawia, że Wtajemniczenia z jednej strony zmuszają czytelnika do refleksji, z drugiej jednak - wcale nie nużą. Książka Komara skomponowana została niczym idealnie przygotowany posiłek (kulinarne porównanie jest tu jak najbardziej na miejscu) - uwodzący bogactwem smaków, syty a jednocześnie lekkostrawny.       

- Robert Ostaszewski

Fragment

Pani E. powiedziała mi kiedyś, że jej młodsza siostra, wspomniana już Belle de Jour, w okresie pokwitania odnosiła się do ślimaków z obrzydzeniem, wprost z nienawiścią, oddawała na nie mocz, rozdeptywała, oblewała naftą i podpalała. Wszystko z przyczyn moralnych. Ślimaki kojarzyły się jej mianowicie z grzesznymi tajnikami życia płciowego, przed którym chętnie przestrzegał ją był ksiądz Wincenty. Obsesja ustąpiła z chwilą, gdy Belle de Jour zaczęła się domyślać, że gdy idzie o przeniknięcie istoty grzechu, odraza nie powinna być jedynym doradcą. Zda się tu także odrobina ciekawości praktycznej.
Co do mnie, to choć ich skubanie jest dosyć nużące, drozdy uważam za danie godne uwagi. Najprościej dusić je na cienko pokrojonych plasterkach słoniny, dodając masła, soli, pieprzu, następnie wstawić do pieca na parę minut, aby się zarumieniły. Można też inaczej: odkroić piersi wraz z kostką piersiową, resztę mięsa z żołądkiem, wątróbką, do której można dodać ze dwie-trzy wątróbki kurze, udusić z szalotką i słoniną; potem starannie posiekać, utrzeć z masłem, pieprzem, solą, można i z ziołami wedle upodobania, choć jałowca bym się wystrzegał, i dwoma żółtkami. Farsz rozsmarować grubo na krążkach ciasta francuskiego, na farszu położyć droździe piersi, przykryć je szczelnie plasterkami słoniny i do pieca. Gdy słonina zacznie się rumienić, trzeba ją wyrzucić, drozdy zaś posmarować masłem. Lubiłbym - przez szacunek dla ładu natury - gdy drozd jest obłożony ślimakami panierowanymi, smażonymi w maśle. Notuję, mając świadomość, że drozdy są objęte całkowitą ochroną, z wyjątkiem objętych ochroną sezonową kwiczoła i paszkota, soczystych, gdy się o to zadba. Rozmarzony - dałbym do ptasząt hermitage albo może st.-joseph, gdzie w obu oprócz dominującego syrah odrobina marsanne oraz rousanne. Może też być barolo od Silvia Grasso.
W tym miejscu muszę dodać, że pogrążenie się pisarza K. w milczeniu nie było aktem jednorazowym. Mówiłbym raczej o serii zdarzeń. Najpierw nasz gość opadł na fotel stojący przy kominku, a jego twarz nabrała koloru ciemnej purpury.
- Czy panu coś dolega? - spytała Pani E.
- Usłyszałem głos Pana - odrzekł i zamknął lewe oko, gdy prawe wpatrywało się nieruchomo w Panią E., złośliwie i wyzywająco, takie bowiem pozory stwarzają spojrzenia znieruchomiałe.
Na to Pani E. odwróciła wzrok od oka pisarza K. i kontynuując rozmowę o dziele Sofoklesa, powiedziała:
- Pamiętajmy, że rozkaz rzucenia zwłok Polinejkesa psom i sępom na żer nie spotkał się najsampierw z wyraźnym sprzeciwem tebańskiej opinii publicznej reprezentowanej przez starców z Chóru. Mówmy raczej o akceptacji.
O akceptacji niewolnej od zakłopotania. Bo rozkaz niby słuszny, niby sprawiedliwy, wydany przez człowieka surowych zasad, dotyczący zwłok zdrajcy, ku przestrodze innym, czyli przydatny wychowawczo, z drugiej jednak strony jakiś taki przesadny. Ponadto sprzeciw mógłby rozgniewać Kreona i ściągnąć na Chór dolegliwe konsekwencje karne, z karą śmierci włącznie. Czy warto ryzykować? Kto jest tak głupi, aby kark nadstawiał? Trzeba działać roztropnie. Toteż przyznając władcy prawo decyzji o tym, co począć z truchłem wroga miasta, Przewodnik Chóru daje jednocześnie do zrozumienia, że wolałby trzymać się od tej sprawy z daleka. Nie jest wykluczone - mówi - że Kreonowi wolno używać prawa zarówno wobec żywych, jak i wobec zmarłych, więc niech zwłoki zostaną rzucone na żer, ale pod warunkiem, że bez naszego udziału. Niech to zrobią młodsi! Sofokles był człowiekiem spostrzegawczym, zauważył więc, że czysta, naiwna Młodość jest skłonna do działań pochopnych, te zaś często prowadzą do nieszczęścia, Starość natomiast przywdziewa uroczyste szaty Roztropności, aby ukryć, że dobrze jej z głupotą, co też nie kończy się szczęśliwie, bo czy szczęśliwy ten, komu dobrze z głupotą?
Wtedy pisarz K. otworzył lewe oko i zamknął prawe.
- Tak, tak, z głupotą! Nie ma co udawać! - zakrzyknęła Pani E. - Czy pamięta pan chwilę, w której Strażnik przynosi Kreonowi wiadomość o przysypaniu zwłok Polinejkesa przez nieznanego sprawcę? Co wtedy robi Przewodnik Chóru? Drogi panie, Przewodnik Chóru zaczyna kombinować! Dlaczego? Bo widzi, że choć za sprzeciw wobec rozkazu Kreona grozi kara śmierci, znalazł się jednak ktoś, kto podjął śmiertelne ryzyko. Kto, na Boga? Kto jest taki głupi? A może niegłupi? Może tylko głupiego udaje?
Pierwszym przykazaniem starości, tym, co ją trzyma przy życiu, jest kurczowe wczepienie się w życie. Za wszelką cenę i dla wygody. Wysnuta z doświadczenia starcza roztropność każe więc pomyśleć, że skoro pojawił się śmiałek łamiący zakazy Kreona, to pewnie stoi za nim jakaś siła. Jaka siła? Wystarczająca, by wypowiedzieć posłuszeństwo Kreonowi. Czyli siła znaczna. Że nienazwana? Ludzie z Teb już nie takie cuda widzieli! Czy nie byłoby więc roztropnie jakoś tę siłę z góry udobruchać, nie narażając się przy tym Kreonowi? I dlatego Przewodnik Chóru zaczyna bełkotać do Kreona o rozumie, który mu podpowiada, że w dziele przysypania zwłok Polinejkesa mogli mieć udział bogowie... Rozum? Przecież to ostatnia rzecz, której można by się od Chóru spodziewać. Wie o tym Kreon, bo kwituje słowa Przewodnika: ...przestań gadać, nim się okaże, żeś stary i głupi.
A co na to Antygona?
W oczach Antygony Chór to gromada starców, których strach pozbawił przyzwoitości. Starzy i głupi! Zawsze gotowi do snucia rozważań o człowieku w ogóle. Że choć taki mocarny, aż strach, przemyślny, bo i żeglować umie, i ziemię zaorać z pomocą ujarzmionych wołów, i zbudować dom, i utrzeć lekarstwa, to przecież los i tak mu dopiecze, śmiertelnemu, bo przed Hadesem nie ma ucieczki. Jezu, jakie to podniosłe! Jakie namaszczone! Ale gdy przychodzi czas, by zająć się nie człowiekiem w ogóle, lecz kimś żywym, cierpiącym, jak ta, co stoi przed Kreonem, starcy z Chóru mogą co najwyżej stwierdzić, że miast trwać w uporze, dziewczyna powinna poddać się nieszczęściu, gdyż inaczej napyta sobie biedy, tak jak jej ojciec Edyp. Bo ta sprawa jest dla nich za trudna, tak umysłowo, jak moralnie! Powiem krótko: umierać trzeba za młodu, z duszą czystą i naiwną. Jeśli się nie uda, to na starość należy wystrzegać się zarówno starczej roztropności, jak i młodzieńczej egzaltacji. I nie zawierać znajomości z chórzystami!
Na to pisarz K. zamknął lewe oko i otworzył prawe. Purpura na jego policzkach jęła się mieszać z bladością, zupełnie jak sos z wiśni w chwili dolania doń śmietany. Wspominam o sosie z wiśni, bo wiem od młodszych kolegów, że w szkołach nouvelle cuisine traktują nim dzikie ptactwo, jakby zapomnieli o sosie głogowym. Z pewnością zapomnieli. Weź szklankę owoców głogu, oczyść je z włosków i ziaren, gotuj, a gdy miękkie, przetrzyj przez sito. Zmieszaj z zasmażką z masła i mąki, kieliszkiem czerwonego wina, goździkiem oraz z bulionem, gotuj pół godziny, przecedź, dodaj sosu z pieczonego ptactwa. Za mojego dzieciństwa sos głogowy towarzyszył także pieczeni z dzika, wtedy dawano doń parę przetartych jagód jałowca.