Letnik z Mierzei

Kazimierz Orłoś
Letnik z Mierzei
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    123 x 195
    152 strony
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-0804276-2

Konstrukcja fabularna Letnika z Mierzei opiera się na sprawdzonym pomyśle: żegnający się powoli z życiem bohater odnajduje pudło ze starymi listami. Lektura dwu z nich przypomina mu o wydarzeniach sprzed 50 lat, konkretnie o tym, że swego czasu zignorował wiadomość, że został ojcem. Bohater u kresu swych dni chce się dowiedzieć, co się stało z dzieckiem i jego matką. Wyrusza do miejsca, w którym spodziewa się ich zastać lub uzyskać jakąkolwiek informację mogącą być zalążkiem jego prywatnego śledztwa. Z podróży tej sporządza szczegółową relację w formie listu do syna. Ów obszerny, równy objętości utworu list nie tylko dotyczy młodzieńczego romansu i nigdy nie podjętego ojcostwa. W pierwszej kolejności jest wielką spowiedzią 70-letniego Józefa, rozrachunkiem z nieudanym życiem, próbą „objaśnienia siebie”. Miejscem, do którego przybywa Józef jest tytułowa Mierzeja Wiślana, jej największy kurort – Krynicka Morska. To tam 17-letni Józef, letnik z Warszawy, poznał miejscową, prostą dziewczynę, Mirosławę, z którą połączyła go namiętność. Józef spędza w nadbałtyckiej miejscowości dwa tygodnie. Prowadzi własne dochodzenie. Jednak bez rezultatów. Wraca do Warszawy z niczym: Mirosława nie żyje, jej córka nie poznaje prawdy o swoim pochodzeniu. Letnik z Mierzei to prosta, surowa opowieść, utrzymana w rzeczowym stylu, oszczędna, spowita melancholią i nostalgią. Józef poniekąd wie, że nie rozwikła sprawy sprzed 50 lat, że niczego nie zmieni, nie naprawi, nie uczyni za dość. Tak naprawdę przyjeżdża na Mierzeję po to, żeby skomunikować się z "niemożliwym". Ze światem własnej młodości, z dawno minionymi chwilami, kiedy był autentycznie szczęśliwy. Liczy, że w Krynicy zostały jakieś ślady na piasku. Karmi się tymi złudzeniami, ale te wcale nie poprawiają mu samopoczucia. Przeszłość jest zamknięta, nie ma do niej powrotu. Nie jest wcale jasne, dlaczego Józefowi tak bardzo zależy, żeby jego opowieść poznał syn. Ten przecież jest dojrzałym mężczyzną, niepodatnym na oddziaływania wychowawcze. Na naukę na błędach rodzica jest zdecydowanie za późno. Być może główny bohater Letnika z Mierzei chce uświadomić synowi, że małżeństwo z jego matką nie było udane. Może szuka w oczach syna jakiegoś usprawiedliwienia. Z finału powieści wynika, iż syn przeczytał list ojca już po jego śmierci. Śmierć Józef ostatecznie zamyka sprawę niechcianego dziecka i porzuconej matki.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Jadąc przypominałem sobie znajome zakręty leśnej drogi — za mną i przede mną. Do miejsca, gdzie za drzewami błysnął Zalew. Dojeżdżałem do celu. Zaczęły się domy — po lewej i prawej stronie. Jadąc bardzo wolno, starałem się zorientować, gdzie był dom Lachowiczów? Pamiętałem, że stał na wzgórzu, na zakręcie piaszczystego traktu przez wieś (asfalt położono później — zapewne w latach sześćdziesiątych). Nie mogłem sobie przypomnieć — wszystko wyglądało inaczej. Domy były inne — szare, jak betonowe bunkry z płaskimi dachami.
Znikły te, które miałem w oczach — z czerwonej cegły, kryte dachówką holenderką. Przypomniałem sobie, że na zakręcie, skąd biegła ścieżka pod górę, rósł stary dąb. Dębu nie było, ale zauważyłem pień i odrosty — pęk gałęzi, pożółkłe liście dębowe.
Wyżej, pod sosnami, stał dom. Zobaczyłem szare ściany. W szybach oszklonego ganku odbijało się niebo.
Zjechałem na pobocze i wysiadłem z samochodu. Stałem chwilę przy uchylonych drzwiach, wdychając chłodne powietrze. Pachniało inaczej stare zapachy, które pamiętałem z tamtych lat sosen, łąk, piasku, dymu z kominów — znikły.
Kilkadziesiąt metrów dalej, na skrzyżowaniu dróg asfaltowej z traktem przez las w kierunku morza (biegaliśmy tamtędy codziennie w stronę rybackich łódek na plaży) — zobaczyłem stację benzynową.
Powiało benzyną. Ruchliwą trasą przejeżdżały samochody — pachniało kurzem i spalinami.
Przebiegłem na drugą stronę asfaltu i powoli zacząłem iść pod górę. Pamiętam, że szedłem po płytach wąskiego chodnika, wzdłuż drucianej siatki, za którą były grządki. Trochę kwiatów, warzyw, krzewy porzeczek i agrestu. Doszedłem do zamkniętej furtki, na której wisiała zardzewiała skrzynka na listy. Stałem chwilę, patrząc na zmieniony dom: nie było drewnianej werandy ani tarasu nad nią, z którego patrzyliśmy na łąki i zalew. Na tym miejscu postawiono murowany ganek z małymi okienkami. Betonowe schodki prowadziły na podest przed gankiem. Dalej były drzwi. Tylko sosny pozostały te same. Nawet uschnięty konar jednej z nich wydał mi się znajomy. Dawniej wisiała tam huśtawka, na której Mirka huśtała bliźniaczki.
Nacisnąłem dzwonek. W domu rozszczekał się pies. Po chwili, kiedy ktoś otworzył drzwi nad schodami, ten pies — mały kundel z ogonem jak obwarzanek — wybiegi ujadając. Cofnąłem się odruchowo, bo zaczął skakać na furtkę po drugiej stronie — szczekał zajadle. W uchylonych drzwiach zobaczyłem kobietę. Była w szarej spódnicy i zielonym swetrze. Na głowie miała chustkę — coś kolorowego. Dzieliło nas kilka kroków, ale nie słyszałem, co mówiła, bo pies szczekał bez przerwy. Kobieta zeszła po schodkach i zbliżyła się do płotu. Na bosych nogach miała pantofle bez pięt — szurała nimi idąc po betonowej ścieżce. Odpędziła psa.
— Dzień dobry — powiedziałem. — Czy tu mieszkali państwo Lachowiczowie? Jan i Barbara.
Patrzyła na mnie przez chwilę, jakby zaskoczona pytaniem. Wydawała się starą kobietą — zmęczoną. Spod chustki wystawały kosmyki siwych włosów. Zwróciłem uwagę na jej ręce — skórę na dłoniach miała czerwoną, jak po odmrożeniach. Tylko niebieskie oczy były młode.
— Mieszkali. Ale już umarli — powiedziała.
Pies szczekał teraz spod krzewów porzeczek.
— A Mirosława, córka Lachowiczów?
— Matka też nie żyje. Zmarła w tym roku, na wiosnę.
— Mój Boże — powiedziałem.
I powtórzyłem po chwili: — Mój Boże.
Patrzyła na mnie bez uśmiechu. Pomyślałem, że nie ma ochoty na rozmowę. Nie otworzy furtki, nie zaprosi dalej. Nie mam na co czekać. Wewnątrz domu głośno grało radio.
— Przyjeżdżałem tu na wakacje, jako chłopak.
Bardzo dawno. Minęło pół wieku. Znałem pani dziadków i mamę — odezwałem się po chwili.
Teraz dopiero uśmiechnęła się, ale zaraz spoważniała:
— Niestety, wszyscy już nie żyją.
Za jej plecami, w drzwiach ganku stanęła dziewczynka — mogła mieć dziesięć lub dwanaście lat. W niebieskiej sukience. Na chudych nogach duże adidasy — pewno ojca lub matki. Na głowie szopa jasnych włosów — trochę jak fryzura afro.
— Mamo, wujek Krzysiek dzwoni!
— Przepraszam — powiedziała kobieta.
Odwróciła się i poszła w stronę domu, tak samo szurając pantoflami po betonowej ścieżce. Zaświeciły gołe pięty. Czekałem jeszcze chwilę za furtką. Drzwi pozostały uchylone. Szczekał pies — znów podbiegł blisko. Zdawało mi się, że przez szparę patrzy na mnie chuda dziewczynka. Widziała starszego mężczyznę w sztruksowych spodniach wypchanych na kolanach, w rozpiętej wiatrówce i flanelowej koszuli: kim byłem, czego chciałem, po co niepokoiłem matkę? Siwa głowa, okulary, duży nos. Położyłem dłoń na żelaznej listwie furty (co jeszcze bardziej rozeźliło psa) i czekałem. Ale matka dziewczynki już nie wróciła.
Po dwóch lub trzech minutach — zrezygnowałem. Powoli zacząłem schodzić w dół wąskim chodnikiem. Pies cały czas szczekał. Odprowadził mnie aż do drogi.
Później, stojąc koło samochodu, patrzyłem jeszcze chwilę na Zalew. Był szary, jak chmury. Daleko, zamglony, drugi brzeg. Wsiadłem do samochodu i odjechałem wolno.
Dwie godziny po tej rozmowie wynająłem pokój w pawilonie Ośrodka Turystycznego, na końcu osady, daleko od domu Lachowiczów. Byłem, zdaje się, jedynym lokatorem. Chciałem być sam przez dwa, trzy dni — zastanowić się, pomyśleć.
Mój drogi Jacku, dopiero tu, w tym obskurnym Ośrodku — dawniej zapewne Wczasów Pracowniczych — około dziesiątej lub jedenastej wieczorem, leżąc na twardej wersalce, na kocu pachnącym stęchlizną — uświadomiłem sobie, że kobieta, z którą rozmawiałem, może być moją córką! Rozumiesz? A dziewczynka z ganku — moją wnuczką. Czy to możliwe?
Leżałem wpatrując się w zapaloną lampę — białą kulę. Zamykałem oczy, a wtedy pod powiekami widziałem czerwoną plamę. Otwierałem oczy — biała kula. Zamykałem — czerwona plama. W końcu zacząłem zasypiać. Z tego półsnu obudził mnie telefon twojej matki — sygnał komórki. Przed wyjazdem od Antoniego rozmawialiśmy krótko — powiedziałem, że wieczorem zadzwonię. Olga odezwała się pierwsza. Oczywiście zaniepokojona i zdenerwowana — dlaczego nie dzwonię? Próbowałem przepraszać. Mówiłem, że jestem nad morzem, że chcę się tu zatrzymać na parę dni. Odpocząć.
— Po czym chcesz odpoczywać? Masz chyba wygodne życie.
— Olu, po powrocie wszystko wyjaśnię — powtórzyłem kilka razy.
— Co chcesz mi wyjaśniać? — podniosła głos.
— Lepiej powiedz od razu!
I tak dalej, i tak dalej. Dużo niepotrzebnych słów. Matka coraz bardziej zdenerwowana, ja bezradny. Nie próbowałem tłumaczyć, o co chodzi, poszukać tych kilku słów, które by Olgę uspokoiły. Znów nie zdobyłem się na szczerość.
Była zdziwiona, że nie nocuję u Antka, w Jeziornej. Pytała o to kilka razy:
— Dlaczego?
W końcu przerwała połączenie. Jeszcze przez chwilę słyszałem powtarzające się, krótkie sygnały. Zasnąłem dopiero nad ranem.