Piaskowa Góra

Joanna Bator
Piaskowa Góra
  • W.A.B.
    Warszawa 2009
    448 stron
    125 x 195
    ISBN: 978-83-7414-553-4

Piaskowa Góra to nazwa wałbrzyskiego osiedla z wielkiej płyty. Na początku lat 70. ubiegłego wieku w największym bloku Piaskowej Góry zamieszkał górnik Stefan Chmura wraz z żoną Jadwigą. W 1972 roku na świat przyszła ich córka Dominika. Powieść Bator szczegółowo relacjonuje losy wymienionych tu postaci oraz matek Stefana i Jadwigi (babcie Dominiki – Halina i Zofia). Najstarsze wydarzenia, o których traktuje Piaskowa Góra, zahaczają o lata przed wybuchem II wojny światowej, najmłodsze są osadzone w aktualnym świecie. Imponująca rozmachem epickim powieść Bator jest utworem wielowymiarowym. Z jednej strony Piaskowa Góra to powieść panorama, w której w niezwykle wiarygodny i zarazem krytyczny sposób została zrekonstruowana historia społeczna Polski Ludowej. Z drugiej strony opowieść ta została upodobniona do sagi rodzinnej, przedstawia jednostkowe i kameralne dramaty zwykłych prostych ludzi. Wreszcie z jeszcze innej strony Piaskowa Góra jest opowieścią kobiecocentryczną, nie tylko w tym rozumieniu, że najważniejsze są tu cztery wymienione postaci kobiece (córka, matka i dwie babki), lecz także w tym sensie, iż Bator skoncentrowała się na pragnieniach, tęsknotach i lękach kobiet należących do trzech pokoleń, przedstawiła ich wyobrażenia o osobistym szczęściu. Te ostatnie zaś skonfrontowała z brutalnością i trywialnością tzw. prawdziwego życia. Najbardziej przejmująca jest historia Dominiki, której towarzyszymy od narodzin, poprzez lata szkolne aż do młodzieńczego romansu z księdzem, związku wprawdzie zakończonego katastrofą, ale taką, po której bohaterka się podniosła i wzmocniła. Pozostałym trzem portretom także niczego nie brakuje. Pomysłowo zostały rozpisane zarówno perypetie kobiet, zwłaszcza ich skomplikowane relacje z mężczyznami, jak i to, co złożyło się na ich życie wewnętrzne, choć lepiej powiedzieć – fantazmatyczne, pełne rojeń i zaklęć. Wyróżnić należy niejednoznaczną postawę, którą przyjęła pisarka względem bohaterek. Bator współczuje swoim postaciom, ale jednocześnie nie szczędzi im złośliwości, sarkastycznie komentuje ich nieroztropne poczynania bądź kiczowate wyobrażenia o dobrym życiu. Powieść utrzymana jest w ironicznym stylu, zwraca uwagę język utworu – mieszanina mowy naiwnej i prostackiej z mową eleganckiej, zdyscyplinowanej narracji. Wypowiedzi postaci zostały scalone z głosem nadświadomego i szyderczo usposobionego narratora. W efekcie powstał dystans. Jak gdyby pisarka chciała wyznaczyć dla siebie miejsce w połowie drogi między empatią i drwiną.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Jadzi Chmurze jest ciężko w ciąży i źle ją znosi, bo trudno znieść coś, czego nie można przestać nosić. Przez pierwsze cztery miesiące przez pół dnia ma torsje, które mogą wrócić w każdej chwili o innej porze, jeśli tylko poczuje gdzieś zapach spalenizny. Wystarczy niewinna zapałka, by rozpalić drzemiący wulkan w jej trzewiach, i już Jadzia bucha z nosa i ust. Pomaga, choć na krótko, zapach octu, Jadzia otwiera butelkę i wącha, ale tylko odstawi i już znów leci do łazienki.
Nie da się jednak wyrzygać przyczyny rzygania, a więc po czterech miesiącach Jadzia poddaje się i zaczyna jeść; jej ciało wchłania teraz z takim samym zacietrzewieniem, jak wcześniej zwracało. Jadzia pożera bułki z dżemem truskawkowym przysyłanym przez matkę z Zalesia i puszkowane sardynki, z których wypija nawet olej, wylizując na koniec puszkę do czysta jak kot i kalecząc sobie język o ostre brzegi. Pożera solone śledzie i ogórki kiszone, cukier w kostkach i wędzoną słoninę, kukułki i krupnioki. Stefan je, zasłaniając talerz ręką w obawie, że Jadzia zaraz mu coś z niego świśnie, a ona nocą drepcze do kuchni i dojada to, co zostało. Zanurza dłoń w glinianym garnku z powidłami, przebija się przez skorupkę cukru w wilgotną miękkość i wylizuje dłoń, oczyszcza każdy palec, wymiatając drobiny słodyczy spod paznokci. Czuje, jakby w środku niej coś domagało się więcej i więcej, to głód, który nie jest jej głodem, więc nie może go opanować. Ciążą ku dołowi jej wielkie piersi, a skóra na pośladkach i udach zaczyna tracić gładkość i wygląda teraz jak nierówno przepikowana, w Jadzi jest więcej, niż może się pomieścić. Widzi w łazienkowym lustrze Jadzia, że jej tyłek przypomina pomarańczową skórkę. Rzadko widuje pomarańcze, ale pamięta, jak wyglądają. W Wałbrzychu nikt jeszcze nie uważa pomarańczowych tyłków za chorobę i nie zna słowa celulitis. Przytyło jej się, mówią sąsiadki, im też się przytywało lub przytyje. Jako kobieta ciężarna wagi ciężkiej ma specjalne przywileje w kolejkach i autobusach, ludzie przepuszczają ją i jej ustępują, chociaż Jadzia ledwo się mieści w zwolnionym dla niej miejscu i boi się, że się zaklinuje na amen.
Znajome kobiety ze Szczawienka, które wyszły z ciąży, opowiadają Jadzi nowicjuszce o porodach, podczas których każda chwila groziła śmiercią, rozerwaniem na strzępy, pęknięciem na pół, i tylko wyjątkowe szczęście i hart ducha sprawiły, że żyją. Każda opowieść jest pełna bólu, strachu i krwi, o jakich pojęcia nie mają wojenni weterani, którzy mieli do dyspozycji okopy, bagnety i ostatecznie możliwość dezercji. Licytowanie opowieści porodowych polega na przebijaniu poprzedniej oferty straszniejszym bólem i większym nacięciem krocza. Krocza nienacięte pękają w poprzek (pół biedy) lub wzdłuż, jakby kobietę rozerwano końmi, od pępka po kość ogonową zieje wtedy rana, w którą jodyna chlustana jest na żywca, wiadrami. Jadzia słucha i czuje, jak dziura między jej nogami zawiązuje się w supeł, ma teraz dwa pępki. Śpi sama na kanapie i ogania się od Stefana, który na pociechę trzyma w łazience parę niemieckich pornosów ukrytych pod wanną. Jadzia liczy dni według wyznaczonego jej przez doktora Lipkę terminu i myśli, że jak będzie dziewczynka, to da jej Dominika albo Paulina. To najpiękniejsze imiona z kalendarza i trudno jej zdecydować, które woli. Jak urodzi w styczniu, to się ostatecznie wybierze. O chłopcu Jadzia nie myśli, bo wydaje jej się nieprawdopodobne, by mogła mieć w brzuchu człowieka innej płci. Wszystko jedno co, mówi Stefan, byle zdrowe.
Termin porodu, wyznaczony przez doktora Lipkę na siedemnastego stycznia,  przyszedł przed czasem i nie w porę, gdy przy kolacji wigilijnej Jadzia wstała, by dołożyć sobie śledzi w śmietanie. Nikt w kamienicy nie ma telefonu, ze Szczawienka droga do szpitala daleka, a wszędzie śnieg po pas. Jadzia pada znokautowana pierwszym ciosem bólu, który jest dopiero zapowiedzią tego, czego kobieta przy nadziei może się spodziewać, zanim ją wypchnie na świat i utraci. Ku budce telefonicznej ruszają samotrzeć, bo żadne nie chce zostać samo w domu, a już najmniej Jadzia. Ma tak spuchnięte stopy, że musi iść w sześć numerów za dużych śniegowcach Stefana, na spuchnięty brzuch mieści się tylko jego stara jesionka. Halina wciska jej jeszcze na głowę czapkę ze sztucznego lamparta i w drogę. Sunie Jadzia wydeptaną w śniegu ścieżką pod niebem twardym jak lód; tej zimy rozbijają się o nie ptaki i pękają im serca, Jadzi pękają hemoroidy i bąble na piętach. W zaspie, w którą poleciała twarzą, but Stefana zostaje do wiosny. Po obu stronach drogi kamienice, w których drzwi zamknięte, okna zasłonięte, światełka choinek przez nie mrugają wesoło. Jadzia przykuca i wyje, na śnieg wykapuje z niej parę różowych kropel krwi i dwie łzy. Halina wali w drzwi właściciela magla, Zenona Kowalskiego, który ma warszawę, ale nic z tego, benzyny nie ma, pijany, pomógłby, gdyby okoliczności tak się nie sprzysięgły przeciwko. Sanki! Stare drewniane sanki stoją oparte o ścianę i może dobrzy ludzie je pożyczą, by mogli pociągnąć na sankach ciężar Jadzi półbosy i ciężarny. Halina stuka w okno na parterze, ale dobrzy ludzie przy stole pewnie nie słyszą, tak się w kolędach rozśpiewali, i nie można ich winić, da Bóg, sama noga im się powinie. Sanki zmieniają właściciela nielegalnie. Zaprzężone w Halinę i Stefana, z Jadzią usadzoną na nich okrakiem, sanna hosanna suną przez Szczawienko, nabierają rozpędu, iskry sypią się spod płóz, wzbijają się w powietrze, strącają sople z dachów, przelatują nad drutami wysokiego napięcia, warczącymi z zimna jak psy. Śniegu kurzawa, mróz na rzęsach i brwiach, Jadzia odchyla głowę, zamyka oczy, gubi drugi but i myśli, że gdyby tak ordynat, gdyby Cudzoziemiec, to może to wszystko wyglądałoby romantyczniej i nie bolało aż tak. W budce telefonicznej lśni kałuża moczu i cicha noc jest w słuchawce, która kołysze się na naciętej metalowej łodydze. Jadzia zaparkowana przed budką zsuwa się z sanek, a tocząca się przez nią kula bólu, szybsza i większa od poprzedniczki, eksploduje w kolorze malw i georginii z zaleskiego ogrodu. Jadzia pełnym głosem ryczy NIE, pierwsze w jej życiu tak zdecydowane i niestety zmarnowane. Żabki trzymające jej pończochy otwierają pyski ze zdumienia i otwiera się matka ziemia. Skotłowane wody pełne ostro zakończonych przedmiotów prą w stronę tunelu, przez który przecisnąć się może przecież co najwyżej strumyk. Zatrzymam samochód, olśniewa Stefana, ale zaporożec na widok grupy ludzi przy drodze tylko mrugnął cyklopim okiem, przyspieszył i znikł. Jadzia wyje, i znów na NIE, bo kości jej miednicy zaczynają rozsuwać się jak płyty przy trzęsieniu ziemi. Dlaczego w tym pierdolonym kraju nie ma taksówek ani telefonów?! płacze Stefan.