Balzakiana

Jacek Dehnel
Balzakiana
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    416 stron
    125 x 195
    oprawa twarda
    ISBN: 978-83-7414-413-1

W nowym tomie opowiadań Jacka Dehnela znaleźć można to wszystko, z czego autor Lali dał się już poznać czytelnikom: postmodernistycznej proweniencji zabawy intertekstualne, campowe pomieszanie stylistyk i elegancję frazy. Elegancja to - jak mi się zdaję - kluczowe słowo w opisie prozy Dehnela, ona właśnie przydaje smaku tej prozie, nawet wtedy gdy pisarz snuje, jak w Balzakianach, w gruncie rzeczy "proste historie" (ekstrawaganckie nawiązanie do filmu Davida Lyncha nie jest wcale od rzeczy w przypadku tej prozy, pełnej kulturowych tropów i odniesień). Na tom składają się cztery dłuższe opowiadania, przedstawiające losy nieszczęśliwego małżeństwa córki bogatego handlarza tekstyliami z modnym malarzem ze światka lansiarskiej “warszawki” (Mięso wędliny ubiory tkaniny), mini sagę rodzinną ziemian Zarębskich, którzy z trudem wiązali koniec z końcem w czasach PRL-u i III RP (Tońcia Zarębska), opowieść o młodym człowieku, który ucieka od niewesołej rzeczywistości w świat staroświecczyzny i dawnych form a żyje z udzielania korepetycji z dobrych manier i poczucia smaku (Miłość korepetytora), historię nieudanego powrotu na scenę trzeciorzędnej PRL-owskiej szansonistki (Blaski i nędze życia artystki estrady na zasłużonej emeryturze). Dehnel, czerpiąc inspirację z Balzakowskiej Komedii ludzkiej, starał się ukazać coś w rodzaju przekroju współczesnego społeczeństwa. Tyle tylko że jest to przekrój dosyć nietypowy. Znamienne jest, że autor Lali pisząc o współczesności, tak wiele  miejsca w opowiadaniach poświęca przeszłości, co więcej – niektórzy z bohaterów tomu, jak chociażby Adrian Helsztyński z Miłości korepetytora, są w niej nieomal całkowicie zanurzeni, ignorując teraźniejszy styl życia. Czyżby w ten sposób, nie wprost, Dehnel oceniał nasze „tu i teraz”? Być może. Jednak – jak mi się zdaję – w nowych opowiadaniach tego pisarza liczy się nie tyle trafność rozpoznań rzeczywistości, ile stylistyczna maestria i dbałość o szczegóły. Krótko mówiąc: proza dla smakoszy.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Halina usłyszała dźwięk komórki i pędem rzuciła się do rozpinania zamków i kieszonek torebki, bo telefon z oczywistych względów („Moska! Złodzieje! Wschód dziki i rabunek!”) chowała głęboko, a do zakamarków nowej torebki jeszcze się nie przyzwyczaiła i wszystko trwało dwa razy dłużej niż przy starej; wreszcie odebrała.
- Sznurkowski. Pani Halinko, jest sprawa.
- O, dzień dobry, miałam do pana dzwonić właśnie, wie pan, ja rozumiem, że jest tłok w Moskwie, ale ten hotel...
- Pani Halinko, pani Halinko, hotel to jest małe piwo.
- ...ja nie muszę mieć apartamentu na Kremlu...
- Chwilkę. Jest problem.
- Jaki problem.
- No z występem. Jest problem z występem.
- Właśnie! Bo to zaraz! Nie sprzedali biletów? Ale ja pana ostrzegałam, że ja nie jestem już... że nigdy nie byłam...
Prawie powiedziała „nigdy nie byłam piosenkarką”. Ale ugryzła się w język.
- Jest sprawa taka. Myśmy panią zatrudnili...
- Zatrudnili? Cały czas słyszałam, że to jest zaproszenie do współpracy.
- Nie łapmy się za słówka, pani Halinko, okej? Współpracowaliśmy, bo Kołymski nie miał terminów wolnych.
- Kołymski?
- Jarek Kołymski, nie kojarzy pani? Musi pani kojarzyć, homo, to znaczy gej, okulary, tupecik miał taki zaczesany, obcisłe spodnie, prawdziwe nazwisko Żuk, Jarosław Żuk. „Portugaaaalskie tan - go! Portugaaaaal-skie tan - go! W górze wisi mango, w dole widać step!”
- Pan mi będzie opowiadał, kim był Kołymski? Znam, wszyscy znamy, występował, jak pana... co ja mówię, jak pana rodziców na świecie nie było. Tylko co ma do tego Kołymski? Co on ma do mnie w Moskwie w hotelu Prozierpina, w którym toalety są zatkane, a na ścianie siedzi karaluch wielkości wróbla?
- Kołymski nie miał terminów, tak? Nie miał. Miał tournee po sanatoriach, głównie Ciechocinek, ale również Kołobrzeg, Busko, Polanica Zdrój, tam gdzie są emeryci. To jest dobrze płatne całkiem, ja bym to pani mógł zorganizować na wiosnę...
- Co ma do tego Kołymski? Pytam uprzejmie.
- No odwołał. Jakiś spór finansowy był, pokłócił się chyba w Szczawnicy, nie wiem, o co poszło, w każdym razie o pieniądze... a te wszystkie dyrektorki, kierowniczki to jest jedna siuchta, odwołał koncert jednej, to się zmówiły, nie miał kar w umowie za zrywanie kontraktów, no i dupa. Jest na lodzie. A wie pani, on w Rosji jest niebywale popularny, Kołymskij, Kołymskij, plakaty, na to wszyscy walą drzwiami i oknami.
- Na mnie podobno też mieli.
- Ale nie tak, pani Halinko, nie tak. Na Kołymskim my od razu sporo zarabiamy, z miejsca, bez dodatkowej pracy, bez podgrzewania kanałów informacyjnych... dobra. I myśmy do ostatniej chwili nie byli pewni, czy to wypali, więc w rezerwie trzymaliśmy jeszcze panią. Więc robimy tak: pani tam jeszcze posiedzi, ze dwie doby, a ja postaram się coś innego załatwić, bo tamten termin oddajemy Kołymskiemu. A teraz już muszę lecieć, do widzenia.
I się rozłączył.
Ale wtedy ona się wściekła i oddzwoniła od razu.
- W rezerwie? - krzyknęła - w rezerwie? W rezerwie to można trzymać podoficera, panie Dariuszu. Pan się ze mną umówił, pan mnie w ogóle namówił na to wszystko, nie tylko umówił, ale namówił, pan to zorganizował, kazał mi brać lekcje, przyjechać tutaj, mieszkać w hotelu, job twoju, Prozierpina, i teraz mi pan mówi, że to w rezerwie?
- Ale proszę się nie unosić...
- Nie unosić? A co pan by zrobił na moim miejscu? Mamy umowę czy nie mamy?
- Technicznie rzecz biorąc, nie mamy. Niczegośmy nie podpisywali.
- Ale ustalenia... przecież wszystko było omawiane, pan się mógł wycofać, nie przekonywać mnie do tego przede wszystkim...
- Mogłem, ale sytuacja była inna. Strona rosyjska chciała mieć kogoś w odwodzie.
- W odwodzie! Kutuzow się znalazł. Ja chcę wiedzieć, kiedy jest koncert, kiedy dostanę suknię na występ i skąd będą, cholera jasna, pirotechnicy!
W tym momencie na twarzy Dariusza Sznurkowskiego, tak to sobie wyobrażała, pokazał się jego prawdziwy charakter, to, co kryło się w niskim czole, w przypominających kiwi zarośniętych policzkach, krostkach, cała ta frenologiczna bomba wybuchowa, to, co przez kolejne lata - o, pragnęła tego, jakże tego pragnęła! - będzie niszczyło jego, jego ewentualną żonę i ewentualne dzieci, co zmieni ich wieczory w niekończące się kłótnie, córkę w zdesperowaną narkomankę, a syna w drąg queen albo coś jeszcze gorszego.
- Słuchaj.... babo - powiedział - byłem miły, bo pukałem twoją wnusię, ale teraz skończyło się, nie ma, będzie szczerze i otwarcie. Miałaś szansę? Miałaś. Na swoją odpowiedzialność? Na swoją. Pojawił się Kołymski, szansy nie ma. Co ty myślisz, że my tutaj staniemy na rzęsach, żeby promować jakieś stare próchno, o którym nikt nie pamięta, jakieś złogi gomułkowsko-gierkowskie, jak jeden mądry facet powiedział? Halo, tu Ziemia, tu rzeczywistość! Emeryturka, kapcie i herbatka, kurwa, ziołowa.
A potem był już tylko sygnał, i tu, pod bajkową cerkwią Wasyla Błażennego, która wyglądała jak kolorowy, lukrowany torcik wniesiony na wielki stół Putina, Halina Rotter pojęła, że miała całkowitą rację, kiedy pierwszego dnia chciała wyrzucić za drzwi Sznurkowskiego Dariusza, impresario artystycznego.
Przystała na jego propozycję nie dlatego, że była żądna sławy, że chciała raz jeszcze stanąć w świetle jupiterów, w snopach iskier, zaprojektowanych przez austriackich pirotechników, otoczona gibkimi tancerzami z Władywostoku, prężącymi muskuły pod opiętymi strojami ze skóry; owszem, zawsze lubiła kłaniać się na scenie, rozdawać autografy i cieszyć ludzi tym, co robiła, w swoim pojęciu, najlepiej, czyli śpiewaniem. Ale nauczyła się żyć bez tego, nie czekała na tony listów, noszenie na rękach, kąpiele w szampanskom igristom i odbieranie Złotych Płyt transmitowane na żywo (z przerwą na reklamy jogurtów). Za tym miało przyjść coś innego, większego: życie, które można było jeszcze poprawić i pchnąć na lepsze tory. Z ładniejszymi meblami, z cojesiennymi wycieczkami do ciepłych krajów, długimi lipcowymi spacerami wzdłuż polskiego morza, między Sopotem a Oksywiem. Młodość? Tak naiwna nie była, ale jakieś złudzenie młodości? Czemu nie. Romans z atrakcyjnym reżyserem po przejściach albo dystyngowanym profesorem, flirty na rautach, może jakiś lifting, malutki. Przede wszystkim jednak poczucie, że znalazło się swoje miejsce w życiu i tworzy się coś, co zostanie, co jest trwalsze niż faktury sprzedaży i kupna nieskończonych kubików świerku i dębu. Trasy koncertowe, austriaccy pirotechnicy i tłumy Rosjan skandujących „Rot-tier, Rot-tier” miały być tylko mało znaczącym dodatkiem, chodziło o pełnię.