Niech to nie będzie sen

Daniel Odija
Niech to nie będzie sen
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    248 stron
    130 x 200
    oprawa broszurowa
    ISBN 978-83-08-04285-4

Od wydania poprzedniej powieści Daniela Odiji, Tartaku, minęło pięć lat i przez ten czas ten czas proza tego autora uległa sporym przemianom. Przed laty Odija pisał przede wszystkim ponurą prozę o zacięciu społecznym, ukazującą konsekwencje przemian społeczno-ekonomicznych ostatnich dziesięcioleci w Polsce. Natomiast nowa powieść pisarza ze Słupska, Niech to nie będzie sen, jest kameralną opowieścią psychologiczną o mężczyźnie, którego życie zawaliło się z hukiem. Na Adama Nowaka, pisarza w wieku mocno średnim, sypią się jedno po drugim nieszczęścia: jego chory psychicznie brat popełnia samobójstwo, rodzice, z którymi był mocno związany, giną w wypadku samochodowym, żona porzuca go dla bogatszego mężczyzny, co więcej: jego kolegi ze szkoły, traci kontakt z synami, a na dodatek od lat nie może skończyć powieści, nad którą pracuje. Złamany i zrozpaczony wyjeżdża do letniskowego domku na wsi, z którym wiążą się jego najmilsze wspomnienia. Narracja w powieści Odiji rozwija się dwutorowo. Z jednej strony ukazywane są zmagania Adama ze wspomnieniami, który coraz bardziej zapada się w przestrzenie pamięci (wręcz chorobliwie, bo koniec końców zaczyna widzieć zjawy swoich bliskich, realne miesza mu się ze wspominanym), próbując zrozumieć, co doprowadziło go do życiowego bankructwa. Z drugiej strony Odija pokazuje scenki rodzajowe z życia wsi, w ciągu anegdot ukazuje zarazem zwyczajnych, jak i oryginalnych znajomych głównego bohatera z sąsiedztwa, którzy próbują, jak umieją, podtrzymać go na duchu. Autor Tartaku kreśli smutno-śmieszną opowieść o pracy pamięci, oswajaniu nieszczęścia i sile życia. Koniec końców Adam wygrzebuje się z depresji, odnajduje w sobie chęć życia. Odija zamknął powieść happy endem – nieco gorzkim, ale jednak happy endem. 

- Robert Ostaszewski

Fragment

Czy Ewa go kochała? Może na początku. A później? Przez ostatnie lata małżeństwa? Co tak naprawdę było między nimi? Na pewno dominowała nad nim nie tylko w łóżku, ale i w życiu. Później tylko w życiu, bo w łóżku stała się niedostępna. Wbrew swojej ognistej naturze zamieniła się w sopel lodu. Z początku Adamowi było to nawet na rękę. Nie dążył do namiętności, zbyt pochłonięty użalaniem się nad sobą. Pisał dzieło, którego nie potrafił napisać. A Ewę, w miarę jak dorastali Adrian i Kamil, zajmowało coraz więcej spraw. Był czas, że utrzymywali się wyłącznie z jej sklepiku z odzieżą dziecięcą, wózkami i pieluchami. Miała smykałkę do interesów i gdyby nie jej pracownica, której bezgranicznie ufała, a ta ją notorycznie oszukiwała, można by powiedzieć, że sklep przynosił nadspodziewane zyski. Tymczasem przynosił tylko zyski spodziewane. Mieli jednak na opłaty i jakie takie życie. Przy okazji Ewa zaangażowała się w kilka kobiecych ruchów emancypacyjnych, chodziła na szkolenia – i prowadziła je – z asertywności, pisania podań o dotacje z unii na kobiece imprezy kulturalne. Adam patrzył na jej działania z cichą dumą, ale i zazdrością, że sam nie jest w stanie wykrzesać z siebie więcej energii niż na jedną stronę dziennie zapisaną wątpliwą fabułą.
Tymczasem Ewa, rozpędzona i zwycięska, zaczęła go naciskać, by znalazł sobie lepszą pracę niż bezproduktywne wykłady na akademii. Dzieciaki zaraz pójdą na studia, wzrosną wydatki. Adam musi znaleźć sobie robotę, najlepiej za granicą, bo najwyższe stawki. Niech znajdzie cokolwiek. Cokolwiek? Cokolwiek, byle coś robił... Adam uległ. Wyjechał na roboty do Irlandii. Zmieszany z tłumem młodszych od siebie czuł się jak ślepy przewodnik, zagubiony na początku drogi. Wiesiu, kumpel z uczelni, załatwił mu dobrą pracę przy wykończeniówce. Dużo się wtedy nauczył. Postawić ściankę działową, ułożyć glazurę, terakotę, parkiet, zbić schody – nie ma problemu, tylko wysiłek i precyzja, i trochę cierpliwości. Przyda mu się dzisiaj przy przebudowie domku.
Pracował tak dwa lata, odwiedzając rodzinę w święta. Ewa była wtedy dla niego nad wyraz miła. Gdyby wiedział, że gdy on tam nad młotkiem, piłą, z gwoździami w zębach, to ona nad Baranem, pod Baranem, z językiem Barana w język...
On harował w Irlandii, a Baran i Ewa spotkali się we wspólnym śnie o politycznej karierze. Dostali się do rady miasta. W takim Kostyniu to wcale nietrudne. Wystarczy odrobina popularności, którą Ewa miała wśród wyemancypowanych kobiet, kilka wywiadów w regionalnych gazetach, radiu czy telewizji (wszyscy dziennikarze to przecież kumple, znajomi i znajomi znajomych), no i trochę pieniędzy na podkupienie kilkuset głosów – pieniądze Adam skwapliwie przesyłał na konto rodzinne. I jeszcze drobiazg: Ewę poparła partia, której regionalnym liderem był Baran.
Tak to Ewa twarda i nieugięta, stała się nagle uległa i miękka. Adam przyglądał się temu z zażenowaniem. Jego żona, zimna intelektualistka, analityczny umysł przewidujący ewentualne potknięcia i eliminujący je bez mrugnięcia okiem, ucząca ich synów beznamiętnej walki o swoje („Kochani chłopcy, w dzisiejszym świecie sumienie to antyk”), teraz rozpuszczała się w Baranim uroku, zdominowana jego osobowością, zapatrzona w oblicze Pana! A może po prostu zakochana?
Podczas przyjęcia w ogrodzie śmiała się z każdej anegdoty swojego chłopaka. Jednocześnie uważnie przyglądała się reakcji Borusewicza, który wyraźnie z nią flirtował. Baran był na tyle tępy, że nic nie widziała poza czubkiem własnego nosa, ale jak każde zwierzę miał silnie rozwinięty instynkt. Cokolwiek by się działo, czuł swoją przewagę nad emocjami Ewy. I choć Ewę podniecało zainteresowanie Borusewicza, Baran wyczuwał, że to nic poważnego. Dlatego ze spokojem opowiadał kolejną anegdotę, tym razem ze wspinaczki, a Borusewicz i Ewa swobodnie tarzali się w sosie erotycznej wyobraźni. Ewie zawsze schlebiało, gdy interesowali się nią mężczyźni wykształceni. W dodatku u szczytu kariery i... bogaci.
Adama mdliło. Chciało mu się płakać. Twardą gulę w przełyku próbował rozbijać kolejnymi łykami piwa. Ciężko udawać twardziela, gdy szczęście i miłość, jakie do tej pory znaliśmy, okazały się fałszywe. I nie były niczym więcej poza naszym wyobrażeniem o tym, jak powinny wyglądać.
Podszedł Adrian. Coś tam próbował zagadnąć. Chyba nawet rozweselić, ale był zbyt zaaferowany imprezą i po chwili pozostawił ojca samemu sobie. Adamowi to bardzo odpowiadało. Przyglądał się z boku, właściwie bez udziału w zabawie. Widział ruchome eksponaty, których przesunięcia można było rozpatrywać niczym ruchy figur na szachownicy. Baran nosił się jak król, Borusewicz był hetmanem, a Ewa królową, czyli żeńską wersją tej samej figury. Teściowa Adriana poruszała się między nimi ruchem skoczka, podobnie jak złotowłosa piękność między dwoma braćmi, dwoma lauframi z przeciwnych drużyn, którzy mieli sobie coraz więcej do powiedzenia. Ze skrzywionych ust, zaczerwienionych twarzy i gwałtownych gestów można było wnioskować, że nie była to rozmowa dwóch braci, którzy powinni być przyjaciółmi. Wrogość istniała między nimi, odkąd Adam pamiętał. Był już tym naprawdę zmęczony.
Dlatego uciekał w czasy odległe. Najbardziej lubił wspominać brata i jego grę na gitarze. Zanim Adam poznał Ewę, grali z Sylwkiem przez jakiś czas w jednym zespole, można powiedzieć bluesowo-jazzowym. Młodziaki zachwycone muzyką. Adam próbował wyrabiać się na basie, ale nie za bardzo mu szło. Gdyby nie to, że też śpiewał, Sylwek pewnie kopnąłby go w dupę. A tak został obdarowany wspomnieniem setek wieczorów spędzonych na próbach, kilkudziesięciu koncertów, jakie zagrali! Twarze dziewczyn, z którymi spali, jakoś się rozmazały. Podobnie jak imprezy w mieszkaniu rodziców, którzy w każdy weekend wyjeżdżali na wioskę.