Zdjęcie

Leszek Szaruga
Zdjęcie
  • Forma
    Szczecin 2008
    180x180
    152 strony
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-60881-18-7

W pewnym sanatorium spotyka się czterech rekonwalescentów – mężczyzn w różnym wieku i z różnym doświadczeniem życiowym. Mają dużo czasu, dobrą pamięć, głód rozmowy. Szybko wchodzą więc w zażyłość i zaczynają wieść rozległą dyskusję, w której oceniają całe stulecie…
Tak mogłaby, od biedy, wyglądać zapowiedź Czarodziejskiej góry. Leszek Szaruga wykorzystuje trop wiodący w stronę arcydzieła Tomasza Manna i powtarza za niemieckim pisarzem: aby zobaczyć minioną historię, trzeba na chwilę wyjść z jej nurtu i stanąć w bezruchu. Trzeba też, by refleksja była wyrażana przez ludzi o zróżnicowanych poglądach.
Szaruga przejął więc koncept od Manna. Usytuował akcję powieści na początku XXI wieku, do rozmowy zaś zaprosił ludzi, którzy reprezentują różne opcje polityczne –socjaldemokrata, umiarkowany narodowiec, anarchista, demokrata z pokolenia 68’ - i różne pokolenia. W trakcie wielodniowych dyskusji panowie omawiają kluczowe doświadczenia polskiego społeczeństwa od zakończenia I wojny światowej aż po teraźniejszość. Starają się odnaleźć dziedzictwo, które mogłoby ustanowić dzisiejszą wspólnotę. Szukają też odpowiedzi na pytanie, czy możliwe jest osiągnięcie katharsis po tym wszystkim, co wydarzyło się w XX wieku, a więc po dwóch wojnach, latach kolaboracji i czasach zbiorowych zdrad. W tle powieści zaczyna się już spóźniony proces dekomunizacji. Ale opowieści biograficzne pacjentów sanatorium świadczą, że wina nie z legitymacją partyjną jest związana, lecz z konkretnymi uczynkami. Uczciwy komunista i nieuczciwy antykomunista to warianty całkiem w życiu możliwe, acz dla procesów lustracyjnych niewykrywalne.
Zderzają się więc w tych rozmowach reprezentanci dwóch stanowisk. Jedni mówią, że oczyszczenie jest konieczne, choć powinno być maksymalnie zindywidualizowane. Drudzy – zgodnie ze zdaniem, które jak leitmotiv przewija się przez całą powieść – mówią, że „wszelkie istnienie jest winą”, a więc jedyne oczyszczenie, jakie człowiek może osiągnąć, polega na oczyszczeniu się z pragnienia czystości. Lokując te dwie opcje naprzeciw siebie Szaruga skonfrontował nie tyle różne stanowiska polityczne, ile usytuował wszelką polityczność po jednej stronie, zaś gnostyckie rozwiązanie po drugiej. Kiedy kończymy czytać powieść, rozumiemy, że autor opowiedział się po stronie życia, przeciw polityce. Hans Castorp, bohater Czarodziejskiej góry, schodził w zakończeniu powieści w dolinę, by wziąć udział w wojnie. Bezimienny bohater powieści Szarugi w zakończeniu narracji przytula swoją żonę, mówiąc, że kiedyś walczył z komunizmem, ponieważ uważał, że tak robić musi. Teraz – tak chyba powinniśmy rozumieć wymowę tej książki – znajdujemy się w okresie, gdy naród przechodzi fazę rozpadu, przemiany tożsamościowej, zaniku spraw wspólnych, więc wszelkie działania wspólnotowe to uzurpacja. Uogólnienie stało się niemożliwe, zaś rozliczanie przeszłości, wymierzanie sprawiedliwości, osądzanie zdrajców, jak przekonuje Zdjęcie, każdy z nas powinien zaczynać od siebie, od swojej rodziny, od najbliższych. Szczegóły historyczne, które tam odnajdzie, powinien oglądać tak starannie, jak główny bohater powieści Szarugi, spędzający całe godziny w fotograficznej ciemni. Tak długo, aż detal przestanie być podstawą osądu, a stanie się fragmentem bytu.

- Przemysław Czapliński

Leszek Szaruga (ur. 1946) poeta, eseista, prozaik, tłumacz poezji niemieckiej, wykładowca uniwersytecki.

Fragment

Teraz dopiero, w czasie tych długich, niekończących się rozmów z matką, dowiadywał się prawdy o ojcu, również tej najstraszniejszej, na którą nie był przygotowany, z którą nie umiał się pogodzić. Rzecz sięgała korzeniami oflagu, gdzie, w ciągu pięciu lat uwięzienia, ojciec został zwerbowany przez oficerów wywiadu. Był tym bardziej łakomym kąskiem, iż mówił płynnie i bez akcentu zarówno po niemiecku, jak po rosyjsku. Rosyjski był jego językiem domowym. Matka, Greczynka z Odessy, nigdy nie nauczyła się mówić po polsku.
Opowieść o babci znał. Rodzina ojca zesłana po powstaniu styczniowym na Sybir, do Tobolska, wracała do kraju po przewrocie bolszewickim. Droga wiodła przez Odessę, gdzie dziadek zakochał się w córce greckiego kupca, romantyczna historia, która skończyła się, wyjazdem do Polski i osiedleniem w Wolnym Mieście Gdańsk. Żałował, że nie miał, jak większość rówieśników, dziadków którzy poumierali zanim zdążył przyjść na świat. Szczególnie, myślał, byłoby interesujące poznać tę grecką babcię. To straszne, zdał sobie nagle z tego sprawę, ale ona już do końca życia nie mogła w tej polskiej rodzinie mówić w swym ojczystym języku. Choć może aż tak złe nie było, w końcu w Gdańsku akurat mogli pojawiać się i Grecy, greccy przedsiębiorcy czy ludzie morza.
Ale właśnie dzięki temu ojciec znał rosyjski, co w jego pokoleniu było dość rzadkie. I właśnie znajomość rosyjskiego stała się przyczyną jego życiowego dramatu. Siedzący w obozie dwójkarze, obserwując rozwój wypadków i utrzymując sobie tylko wiadomymi kanałami kontakt ze światem zewnętrznym, przygotowywali się do przyszłej walki z Sowietami. Do takich właśnie celów, do wywiadu ktoś z tak świetną znajomością rosyjskiego wydawał się idealnym nabytkiem. Ojciec się oczywiście zgodził, w czym spory udział miały patriotyczne emocje, które jeńcy wciąż w sobie nawzajem podsycali. Potem przyszło uwolnienie, marsz na Berlin, powrót do kraju. 0 obozowych sprawach w szybkim rytmie powojennego życia niemal zapomniał. Był jednym z redaktorów powstającego właśnie wydawnictwa muzycznego. I oto pewnego dnia pojawił się u niego wysłannik wywiadu, przypominając o podjętych zobowiązaniach.
- I wpadł - powiedziała matka. - Wpadł, ale go nie posadził. To było jeszcze w Krakowie i wybronił go znany wówczas dziennikarz, trochę literat, przedwojenny jeszcze, bardzo ideowy komunista. Tyle, że mieli już na niego haka. I dopadli go w Szczecinie. To nie tylko to zapisanie się do partii, ja nawet myślę, że ta partia miała być jakimś manewrem osłaniającym, maskującym, rodzajem barwy ochronnej. Oni by pewnie woleli mieć go bezpartyjnym. Mniejsza z tym zresztą. Dość, że go dopadli i wymusili współpracę. To zresztą zrobiono bardzo delikatnie, niemal w rękawiczkach. Był taki major bezpieczeństwa, niezwykle inteligentny, błyskotliwy, kilka razy nawet przychodził do nas do domu. On nawet specjalnie nie naciskał, zdawało się wręcz, że bagatelizował całą tę sytuację. I oto stał się nagle, jakby to powiedzieć? Nie, nie brutalny, to niedobre słowo. Stanowczy - też nie pasuje. Może tak - nieustępliwy. Chodziło o człowieka nieco chyba od nas starszego, który akurat wyszedł z więzienia, a który wcześniej także, jak ojciec, pracował w urzędzie miejskim, ale w innym wydziale. Ta sprawa musiała mieć dla nich specjalne znaczenie. Nie można się było z tego wykręcić. I wiesz, co on zrobił? Owszem, odegrał tę całą scenę niby przypadkowego spotkania na ulicy, zaprosił go do domu, ale też niemal od razu wyjawił mu swoją rolę. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, jakie to było ryzyko. Co się potem z tym człowiekiem stało, tego po prostu nie wiem. Kilkanaście dni mieszkał u nas, potem zniknął. A oni też jakby się odczepili, może ze dwa czy trzy razy ojciec pisał w tej sprawie jakieś raporty, ale to już nie miało większego znaczenia.
Słuchał tego wszystkiego z przerażeniem. Myśl o tym, że jego własny ojciec przez lata całe, ba, dziesiątki lat był ubeckim szpiclem, porażała go. Powracał do tej sprawy jeszcze wiele razy, lecz matka albo więcej nie wiedziała, albo uznała, że nie powinna nic więcej mówić. Pewnego dnia jednak, gdy rozmawiali o latach powojennych, raz jeszcze powr6cila do tego tematu.
- Straszne to były czasy. Ale też i niełatwe dzisiaj do zrozumienia. Było i tak, że dosłownie z chwili na chwilę znikali ludzie i nikt nie śmiał pytać, gdzie się podziali. Do dziś nie wiadomo, co się z nimi stało. A jednocześnie spotykałeś wśród tych komunistów ludzi, z którymi znajomość mogłeś sobie poczytać za zaszczyt, uczciwych, moralnie bez skazy, autentycznie zajętych pomocą innym, słabszym, zagrożonym. Też się wówczas bali i to o tyle było przerażające, że bali się swoich. Mówili jakimś szyfrem, porozumiewali się dziwacznym językiem, którego znaczeń już dzisiaj nikt nie byłby w stanie odszyfrować.
Znał już ciąg dalszy opowiadanej historii, ale nie miał dalszego ciągu tego ciągu dalszego. Już wiedział, a właściwie wiedział już chwilę wcześniej, że mowa o jego ojcu, o ojcu, który był tajnym informatorem urzędu bezpieczeństwa. Nie było dlań jasne czy ojciec podpisał jakiś dokument, deklarację współpracy, czy coś w tym rodzaju, było jednak oczywiste, że nie brał za to żadnych pieniędzy i niemal pewne, że raczej wykręcał się sianem, niż rzeczywiście donosił. Tak było i tym razem, co poświadczało opowiadanie, kt6rego słuchał.
- Zaryzykowałem więc i okazało się, że uczyniłem słusznie. Miałem też rację, obawiając się prowokacji. To miała być prowokacja. Tyle, że człowiek do niej użyty okazał się moim sojusznikiem. Już w domu, niemal natychmiast po przyjściu, wyjawił mi swoją sytuację. Do współpracy bezpieka zmusiła go szantażem. Uprzedził zresztą, że będzie musiał złożyć raport z naszego spotkania i wspólnie, prawda, ustaliliśmy, co w tym raporcie winno się znaleźć. Przyznam, że z przyjemnością zadomowiłem się w tym mieszkaniu. Nie na długo zresztą, na niecałe dwa tygodnie. Miła, typowo inteligencka atmosfera, jakby jeszcze przedwojenna, sporo książek, w tym wiele poniemieckich. Znalazłem wśród nich nawet Heinego.