To wszystko

Janusz Anderman
To wszystko
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2008
    125x195
    312 stron
    oprawa miękka
    ISBN: 978-83-08-04261-8

Bohaterem powieści To wszystko jest dojrzały i zgorzkniały pisarz Marek Torm. Niegdyś wielka gwiazda literacka, autor jedenastu podziwianych i drukowanych w wielkich nakładach powieści. Jego dobra passa skończyła się wraz z przełomem ustrojowym 1989 roku. Torm popadł w kryzys twórczy, przez dłuższy czas niczego nie opublikował, szybko został zapomniany. Bohater jest przekonany, iż w dzisiejszej kulturze literackiej szansę na rozgłos i uznanie mają tylko ci pisarze, którzy są w stanie wywołać sensację (najlepiej skandal obyczajowy), o których będzie się rozpisywała prasa bulwarowa i którymi zainteresuje się telewizja. Ma nadzieję, że pod wpływem sensacyjnego zdarzenia zostaną wznowione jego dzieła i nastąpi renesans zainteresowania jego osobą. Postanawia więc zarejestrować na taśmie wideo swoje samobójstwo. Chce strzelić sobie w łeb z pistoletu, wcześniej wygłosiwszy do kamery patetyczną mowę pożegnalną. W tym celu przybywa z Warszawy do Krakowa, miasta swej szczęśliwej młodości, pełnej sukcesów artystycznych i efektownych podbojów miłosnych. Instaluje się w mieszkaniu, które udostępnił mu wydawca jako dogodne miejsce pracy twórczej. Narracja To wszystko, będąca monologiem sfrustrowanego pisarza, rozwijana jest w dwóch kierunkach. W płaszczyźnie aktualnej jest to opowieść o trzech ostatnich dniach poprzedzających samobójstwo, które upłynęły Tormowi na samotnym piciu wódki i rozmyślaniach. Warstwę najszerszą stanowią właśnie owe rozmyślania – ciąg dygresyjnych wspomnień i rozrachunków. Najważniejszą sprawą są tu – nacechowane radykalną mizoginią – rozliczenia ze światem kobiecym; na pierwszy plan wysuwa się bolesny i zarazem skrajnie ironiczny bilans małżeństwa Torma. W powieści nie brakuje sygnałów, które unieważniają realistyczny charakter tej wypowiedzi. Być może mamy tu do czynienia z wyrafinowanym żartem literackim, fikcją w fikcji, ponurą i jednocześnie dowcipną fantazją na temat kondycji współczesnego artysty.

- Dariusz Nowacki

Fragment

Przyjechałem do tego miasta, by się w widowiskowy sposób zabić. Postanowiłem się efektownie zastrzelić, bo pragnę przetrwać. Ta szokująca śmierć, o której będzie przecież głośno, na wiele lat przywróci do życia moje książki; będą one poszukiwane i czytane, znawcy literatury z uwagą będą przesypywać w palcach paciorki moich słów, a sentymentalne studentki polonistyki napiszą o tamtych zapomnianych dziełach prace magisterskie. Może powstaną doktoraty, a ja trafię do spisów lektur szkolnych? Zapewne na długo znajdą się w podręcznikach, a w popularnych opracowaniach będę określany mianem: twórca przeklęty. Brzmi to pretensjonalnie, lecz pięknie.
Od wielu lat nie napisałem żadnej książki. Kiedyś, za dawnego ustroju, byłem na ustach wszystkich. Moje nietypowe i łatwe do zapamiętania nazwisko Torm znaczyło w literaturze wiele. Było szanowane i wysoko notowane. W ciągu kilkunastu lat wydałem jedenaście powieści. Wydawnictwa zabiegały o mnie, w każdym momencie historycznym potrafiłem działać z wyrafinowaną skutecznością, która pozwalała mi zachować miłość czytelników, uznanie środowiska i pewną neutralność ze strony władz. Wymagało to z mojej strony różnych pociągnięć taktycznych, ale nie było takie trudne. Musiałem tylko działać z wyprzedzeniem, czasem przewidywać wydarzenia i zwroty polityczne, wyczuwać moment, w którym należy się skryć w cieniu.
Najpierw pisano o mnie, że jestem nadzieją literatury, później, że nadzieją spełnioną, a pewnego dnia któryś z krytyków określił mnie mianem wybitnego pisarza.
Po upadku ustroju napisałem jeszcze dwie powieści, ale instynkt zawiódł mnie po raz pierwszy. Przede wszystkim wydałem je w nieodpowiednim momencie. Powinienem zaczekać kilka lat i dopiero wtedy o sobie przypomnieć. Pospieszyłem się i to był ruch zgubny. Co prawda nakłady były jeszcze olbrzymie, lecz rynek zawalony był książkami pisarzy emigracyjnych, które z ciekawością kupowano i trzeciorzędnymi romansami z Zachodu, które grupy wynajętych przez wydawców studentów tłumaczyły w parę nocy; każdy dostawał do przełożenia po kilkanaście stron i tak spreparowane książki natychmiast szły do druku i w atrakcyjnych, nieznanych tu dotąd złoconych okładkach z wypukłymi literami zaraz trafiały do księgarni.
W tej fali moje powieści utonęły. W dodatku, w tamtych burzliwych czasach, zainteresowanie literaturą szybko zaczęło więdnąć. Pojawiały się i znikały barwne tygodniki i miesięczniki, powstawały nowe stacje telewizyjne, a ekrany zaludniły się tłumem bohaterów niezliczonych telenoweli; nie minęło wiele czasu, a nikt już nie miał głowy ani czasu, by czytać książki. Po paru latach sytuacja nieco się polepszyła i ustabilizowała, ale ja miałem już opinię autora, który przynosi znaczne straty.
Pierwsze w moim życiu pisarskim upokorzenie przeżyłem widząc swoją powieść na wyprzedaży w Hali Koszykowej. W plastikowych pojemnikach upchnięto bez żadnej selekcji setki tytułów. Jedyną różnicę stanowiły ceny, wypisane na tekturkach. Siebie zauważyłem w skrzynce opatrzonej najniższą ceną. Szybko wyszedłem z tego cmentarzyska, bo się przeraziłem, że ktoś z nielicznych kupujących rozpozna moją twarz.
Zaraz zadzwoniłem do wydawcy i poinformowałem go, że zrywam współpracę. Nie zrozumiał mnie.
- Nie rozumiem, panie Torm — powiedział.
- Jak to nie? Co w tym, do kurwy nędzy, takiego trudnego? Moja książka na Koszykach? W skrzyni? Jak, kurwa, jakaś marchewka? Jak ziemniaki?
- Pan nie rozumie nowych czasów. Ja do tego nic nie mam, to sprawa hurtownika, który z rozpędu wziął kilkaset egzemplarzy i nie zdołał ich upchnąć w księgarniach. A większość nakładu, których ja nie zdołałem wcisnąć hurtownikom, musieliśmy skierować na przemiał.
To było nieznane mi dotąd słowo.
- To, kurwa, już jak za Hitlera? Jak za Stalina? Może w takim razie prościej będzie na stosach palić książki?
- Pan nie rozumie realiów — mówił spokojnie wydawca i nagle nerwy mu puściły. —  Czy pan, kurwa, wie, jakie są koszty magazynowania nakładu? To są koszty, które przewyższają wartość tego nakładu! Kto ma te koszty pokrywać? Może ja? A jebałżeż to wszystko wielki pies! — krzyknął ten subtelny dotąd znawca klasyki, a ja bez słowa odłożyłem słuchawkę.
A potem, przez lata, nie zdołałem napisać ani jednej powieści.
Teraz przyjechałem do tego miasta, by się w widowiskowy sposób zabić i w ten sposób zmusić czytelników, krytyków i historyków literatury, by moimi dawnymi powieściami znów zaczęli żyć.
Budowę tego planu rozpoczęło przypadkowe spotkanie na Targach Książki, na które, ze starego nawyku, poszedłem.

Miejsce, w którym się zastrzelę, jest wymarzone. To wysoka wieża zegarowa, przylegająca do budynku wydawnictwa. By się na nią wspiąć, trzeba wejść do sieni wydawnictwa, wydostać się na mroczne podwórko i skręcić w prawo, do drzwi. Potem wystarczy pokonać osiemdziesiąt dwa betonowe stopnie. Z prawej strony ostatniego podestu jest wejście do jakichś pomieszczeń, z których być może wchodzi się wyżej, tam, gdzie znajdują się mechanizmy zegarów. Z lewej są drzwi do służbowego mieszkania wydawnictwa. Wchodzi się do długiego korytarza, przy którym jest ubikacja. Za następnymi drzwiami dalej ciągnie się korytarz. Troje drzwi. Do kuchni, do łazienki i do dużego pokoju, z którego przechodzi się do sypialni. W pokoju, na wprost trzyskrzydłowego okna z półkolistym zwieńczeniem, stoi wielki stół, przy którym mam pisać książkę, ale ten stół nie będzie mi potrzebny. Do wykorzystania będzie jeden z dwóch foteli i niewielki okrągły stolik. Są tu inne sprzęty, nim ten sam budynek z wieżą zegarową; wskazówki zastygły na dwunastej trzydzieści trzy. W moim trzyskrzydłowym oknie, w środkowej części, wisi na zdjęciu firanka czy zasłona. Podpis na zdjęciu: Izba handlowo-przemysłowa. Nie sposób określić, kiedy budowla została sfotografowana, bo nie mogę rozpoznać pojazdów, tkwiących na dole, u podnóża. Dwa z nich, to dorożki. Ale trzy, ustawione tyłem? Też dorożki, z postawionymi budami? Czy może pierwsze taksówki? Raczej dorożki, bo obręcze kół są wyjątkowo wąskie. A więc zdjęcie może pochodzić z początku wieku. Nieważne.