Opowieści chłodnego morza

Paweł Huelle
Opowieści chłodnego morza
  • Znak
    Kraków 2008
    126x206
    208 stron
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-240-1031-8

Paweł Huelle jest z pewnością jednym z najlepszych współczesnych polskich nowelistów, czego dowodem kolejny zbiór jego opowiadań. Po części znajdziemy w nich kontynuację wcześniej znanych motywów, jak np. historii osiadłego na Żuławach zgromadzenia mennonitów, których tradycji i kulturze kres przyniosła II wojna światowa. Większość jednak tekstów podejmuje tematy nowe. Nie są to – jak w dotychczasowej prozie Huellego – niemal bez reszty motywy "gdańskie". Jego bohaterowie udają się tym razem w różne strony świata: na wyspę Oland, do Zurichu, do Nowego Jorku, na Saharę itd. Ich rzeczywistość zatem rozszerza się niepomiernie, choć większość wątków i tak wiedzie czytelnika w okolice rodzinnego miasta pisarza, które jest "różą wiatrów" skupiającą różne ludzkie losy. Gdańsk jest więc nadal u Huellego wylęgarnią fabuł. Pewnie dlatego, że mieszkały w nim różne społeczności, przedstawiciele różnych narodów, kultur i religii – niekiedy tragicznie skonfliktowanych, choć jednocześnie bliskich sobie poprzez związki rodzinne lub bliskość miejsca zamieszkania. Tu, w Gdańsku, rozegrały się też niezwykle ważne zdarzenia historyczne. Ale historia jest w tych opowieściach tylko tłem, czasem bardzo ważnym, jak w sięgającym do czasów powstania "Solidarności" opowiadaniu "Poczta rowerowa", ale niekoniecznie najistotniejszym.
W centrum tych opowieści jest los ludzki oglądany niczym hieroglif – bo pisarz szuka w nim sensu, jakiegoś zwieńczenia konstrukcyjnego, a znajduje najczęściej tajemnicę, nieoczekiwaną lub wręcz absurdalną koincydencję zdarzeń. Potomek pomorskiej rodziny junkrów, Joachim von Kotwitz, zmęczony i zdegustowany narodowościowymi konfliktami na swojej ziemi rodzinnej, poświęca życie i majątek poszukiwaniu mitycznego „języka pierwotnego” – wspólnego wszystkim ludziom. Ale dotarłszy na Saharę, wpada w ręce berberyjskich rabusiów i umiera w niewoli ("Abulafia"). Bohater opowiadania "Franz Karl Weber" dziedziczy niespodzianie po ojcu wielką sumę pieniędzy, ale podróżując do Zurichu po swoje złote runo, nie zachowuje się jak milioner, tylko próbuje zrealizować dziecinne i młodzieńcze marzenia: o elektrycznej kolejce, o romantycznej awanturze z przygodnie poznaną i szalejącą z zawiedzionej miłości kobietą.
U Huellego hieroglif życia nie ma więc jednoznacznego rozwiązania – w jego przypadki bohater wpatruje się tak, jak we wskazania chińskiej Księgi Przemian, udzielającej odpowiedzi mglistych i wymagających dalszej interpretacji, choć idzie może nie tyle o to, by zrozumieć sens zdarzeń, ile o to tylko, by, jak powiada tajemniczy Doktor Czeng, "wyzwolić się od myśli i przyjąć rzeczywistość".

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Gdy spojrzał na Łąkę tego poranka, ani jedna plama śniegu nie pokrywała płowej, poszarzałej trawy. Z ciężkich, nisko sunących chmur siąpił deszcz. W tym samym miejscu co poprzednio rozbity był natomiast ten sam namiot. Bez emocji, jak gdyby wybierał się do sklepu, włożył kurtkę z kapturem, buty i wyszedł z domu.
 – Czy jest tam kto? – zapytał stając przed zasznurowanym niezbyt ściśle wejściem – mam mówić po angielsku?
 – Nie, ja rozmawiam w każdym języku – usłyszał głos – proszę wejść do przedsionka.
Wewnątrz niezwykle ciasnego pomieszczenia paliła się mała, spirytusowa lampka. Twarz gospodarza nie była mu znana, choć może był to ten sam człowiek, którego widział w obiektywie.
 – To pan jest doktorem Czengiem? Pan dał ogłoszenie do gazety?
 – Tak.
 – Dlaczego pan mnie szuka? Czego ode mnie chce? Po co nęka?
 – Chcę, żebyś uwierzył.
 – W co? Handel snami? Przepowiednie? Bzdury.
 – Nie sprzedaje snów, tylko je oferuję. Pamiętasz swój heksagram, w którym żywioł ognia ostrzegał przed wspinaczką?
 – To jeszcze niczego nie dowodzi.
 – Jestem zmęczony. Mam mało czasu. Jeżeli chcesz spróbować, powiedz tak.
 – Spróbować czego?
 – Sen nie jest marzeniem. Ani odbiciem. To druga strona twojej koszuli.
 – Ale w co mam uwierzyć?
 – W to, co zobaczysz.
 – Zgoda. Więc co mam robić?
Doktor Czeng odsunął go delikatnie o pół kroku i zgasił lampkę. Nagle podniósł wewnętrzną połę namiotu. Wyglądało to tak, jakby za niewidzialnym progiem, w środku, znajdowała się inna przestrzeń. Zobaczył górski potok, kładkę, dalekie szczyty. Jeżeli była to iluzja, to doskonała. Potok huczał na głazach, poczuł na twarzy mgiełkę rozbitych kropelek wody. Czyste powietrze wypełniało płuca. Doktor pchnął go nieznacznie do przodu i nagle znalazł się w środku tego, co przed sekundą obserwował. Jacyś ludzie wołali do niego z drugiej strony kładki, po chwili rozpoznał w nich rodziców. Matka dawała mu znaki dłonią, ojciec uśmiechał się jak zawsze. Przeszedł na drugą stronę kładki, uścisnęli sobie dłonie, rozmawiali. Zrozumiał, że za chwilę chcą ruszać dalej, ale bez niego. Mieli plecaki i odpowiednie buty, on ich nie miał. Teraz zdał sobie sprawę skąd tu trafił, ale na próżno się rozglądał: łąki przed jego nowym domem, czy choćby namiotu, do którego wszedł – nigdzie nie było widać. Ojciec i matka odeszli już daleko, widział ich mało postacie na skalnej ścieżce, machali mu na pożegnanie. Przemył twarz zimną wodą strumienia i wtedy ujrzał zamykającą się przed nim połę wewnętrznego namiotu.
– Piękne – powiedział do doktora Czenga – ale to tylko sztuczka. Widziałem ich, dotykałem, ale nie żyją. Nie może ich pan wskrzesić.
– Jeżeli coś wiesz, powiedz o tym. Jeżeli nie wiesz – nie mów. Taka jest zasada. A przecież nie wiesz czego oni pragną.
Doktor znów zapalił lampkę i znów ją zgasił.
Tym razem był w chińskiej dzielnicy, tam gdzie zmarła Zofia. Ale to ona pochylała się nad nim, nie on nad nią. Widział jej łzy i usta szybko wymawiające słowa modlitwy, których nie słyszał. Okropny ból w okolicy mostka uniemożliwiał mu jakikolwiek ruch, czy odpowiedź. Wreszcie, gdy skurcz ustąpił, w zupełnej ciemności poczuł jej dłoń na twarzy i dosłyszał szept – lepiej ja, lepiej ja, niż on, ja, nie on, boże, boże...
– Na czym polega pana misja – zapytał, kiedy znów znalazł się w przedsionku – do czego ma przekonać?
– Mam już naprawdę mało czasu. Czekają inni. Czasami lepiej wyzwolić się od myśli i przyjąć rzeczywistość. Gdybyś przyszedł za pierwszym razem, poznałbyś znacznie więcej. Nie szukaj mnie tu, ani nigdzie indziej. Ze mną można się spotkać tylko raz.
Mówiąc to, doktor Czeng odsunął zewnętrzną połę przedsionka i wypchnął go z namiotu. Musiał w nim spędzić dużo czasu, bo nad łąką panował mrok i napadało sporo śniegu. Widocznie wychodząc z domu nie pstryknął kontaktu, bo widział w swoich oknach jasne światła. Szedł w ich stronę, mając poczucie, że wszystko co się wydarzyło, zdarzyło sie naprawdę. Tak jak wigilijnej nocy, kiedy zatrzymali się z ojcem przed chińskim domkiem. I nagle przypomniał sobie imię z tamtej książki: Paj Chi Wo – krzyczał na całe gardło, uszczęśliwiony, aż ludzie idący na pasterkę oglądali się za nim z niepokojem. Potem biegł prędko, nie zdając sobie sprawy, że obejmuje go coraz jaśniejsza, idąca w głąb ziemi szczelina oślepiającego blasku.