Marsz Polonia

Jerzy Pilch
Marsz Polonia
  • Świat Książki
    Warszawa 2008
    130x215
    192 stron
    oprawa miękka
    ISBN 978-83-2471-161-1

Marsz Polonia to powieść o zbiorowej zemście, która nie może się dokonać, i pojednaniu, które nikogo nie zadowala.
Czas akcji: pierwsza dekada XXI wieku. Miejsce akcji: Polska. Ale nie są to parametry trwałe. Nic w tej powieści nie jest bowiem pewne, poza momentem, gdy główny bohater w wigilię 52 urodzin wychodzi z domu z mocnym postanowieniem, by w ramach prezentu poznać nową kobietę. Zamiar się nie udaje, za to bohater trafia na wielkie przyjęcie urządzane przez Beniamina Bezetznego – znienawidzonego w czasach stanu wojennego rzecznika prasowego komunistycznej władzy, współcześnie właściciela ogromnego majątku, którego dorobił się w wolnej Polsce jako magnat prasowy. O przyjęciach w jego pałacu krążą po całej Polsce mityczne opowieści – że odbywają się tam nieziemskie orgie i że spotykają się na nich wszyscy. Bez wyjątku. Dawni członkowie partii, prawdziwi komuniści, solidarnościowcy, katolicy, ateiści…
Siła przyciągania domu Bezetznego dorównuje sile demoralizowania ludzi. Kiedy przekraczają próg jego pałacu, tracą tożsamość, a razem z nią – nonkonformizm i zdolność obrony własnych poglądów. Zostają im rytualne spory, tym gwałtowniejsze, że kompletnie jałowe. Toczą je nad piwnicami, w których gospodarz zgromadził panoptikum XX wieku: woskowe kukły polskich pisarzy, światowych prezydentów, krajowych komunistów. Są tam także czaszki katyńskich ofiar, maski pośmiertne znanych ludzi, damska bielizna i kostiumy piłkarskie wszystkich drużyn świata. "Jak menażeria, to menażeria", stwierdza właściciel. Sercem podziemi, miejscem najpilniej strzeżonym jest jednak specjalny pokój, w którym przebywa tajemniczy męczennik – trup, pół trup, ofiara dawnej historii. Nie wiadomo, kto zacz: Żyd, którego nie do końca zamordowano w 1968 roku, zanim wygnano z Polski jego ziomków? Zakatowany przez milicję w 1976 roku student należący do ruchu oporu? Ksiądz zamordowany przez tajne służby komunistycznego państwa? A może ostatni I sekretarz komunistycznej partii, darzony przez większość społeczeństwa niepojętym sentymentem… Kimkolwiek jest, funkcjonuje w świadomości wszystkich jako wyrzut sumienia i zarazem osobowa relikwia. Wszyscy chcą go zobaczyć, niektórzy – dobić, aby naród mógł, za sprawą mordu założycielskiego, wkroczyć w prawdziwą historię.
W tym właśnie, jak się zdaje, tkwi najistotniejszy podział. Po jednej stronie zgromadzili się ci, którzy przyjęli program gospodarza – że "w życiu ma być wygodnie". Światopoglądy dla nich to tylko role w narodowym teatrze, więc każda chwila szczerości, gdy maska odkleja się od twarzy, prowadzi ku desperackiej rozpuście. Po drugiej stronie zaś są ci, którzy chcąc czynu na miarę dawnych powstań, teatralizują konflikt. Dlatego "mury" pałacu coraz ciaśniejszym pierścieniem otacza nienawiść, a pod bramy podchodzi zemsta. Czy pragną jej polscy fundamentaliści, czy raczej ludzie, którzy chcą okrutną rzezią swoją wiarę podreperować – tego nie wiadomo. Pewne jest tylko, że nad gośćmi Bezetznego zawisła groza. Z pałacu wychodzi propozycja rozegrania meczu piłki nożnej, w którym zagrają "ci sami kontra identyczni". Pojedynek ma tyleż rozstrzygnąć, co zażegnać wszystkie waśnie…
Marsz Polonia to zatem coś w rodzaju diagnozy wyobraźni tych grup, które uzurpują sobie prawo do formułowania idei zbiorowych. Na fantasmagorycznym rysunku widzimy dwa zwaśnione obozy: w jednym, zgromadzonym w pałacu Bezetznego, wszystkie dawne wyobrażenia o konfliktach przekształcają się w eksponaty muzealne, w drugim – anachroniczne idee narodowo-katolickie służą teatralnym przygotowaniom do rzezi. Pierwsi chcieliby wszystko skonsumować, drudzy – wszystko ascetycznie uprościć. Pierwsi praktykują pojednanie, które nikomu nie smakuje, drudzy pozorują powstanie, do którego nigdy nie dojdzie. Jedni i drudzy "przestali wierzyć, że w Polsce żyją normalni ludzie. Nie przyjmują do wiadomości istnienia normalnych, zdrowo myślących Polaków". Wytwarzają więc fałszywe konflikty i pozorne rozwiązania, i dlatego kwintesencją ich spotkania może być wyłącznie mecz piłki nożnej – parodia walki ideowej. W narodowym imaginarium wszystkie języki zbiorowej tożsamości stały się wymienne i wszystkie znalazły się w stanie korozji. Z tego pomieszania rodzi się perwersyjna apokalipsa: strona narodowa potrzebuje rozpusty Bezetznego, by w opozycji do niej budować swoją świętość, zaś strona ponowoczesna potrzebuje moralnego oburzenia patriotów, bo bez niego nie osiągnie rozkoszy płynącej z przekraczania narodowych przykazań.
Nie dziwi zatem, że w ostatnich scenach główny bohatera wsiada do bryczki i opuszcza ten kraj. "Normalny Polak przynajmniej raz w życiu nie wraca do Polski".

- Przemysław Czapliński

Fragment

W Imię Ojca i Syna, i Ducha Opowieści, Amen. W przeddzień mych pięćdziesiątych drugich urodzin postanowiłem, że nazajutrz poznam nową kobietę. Myśl ta kołatała się we mnie od dawna, ale tonacji definitywnej nabierała stopniowo.
Nie wszczynałem pustej zabawy, nie była to gra ani zakład. Nie przesadzałem z lekkością - miałem ambitny i poważny zamiar w ciągu dwudziestu czterech godzin spotkać, poznać i uwieść inteligentną, szczupłą i mierzącą najmniej metr siedemdziesiąt dziewczynę lekko przed trzydziestką.
Chciałem sprawić sobie intensywny prezent i chciałem sprawdzić, czy stać mnie na sprawienie sobie intensywnego prezentu. Na oko byłem w formie, ale czułem, że mieszkający we mnie potwór zaczyna zdychać. Wciąż cieszyłem się marną reputacją - w istocie jechałem na opinii. Wbrew pozorom cynizm nigdy nie był moją mocną stroną; ironia i instrumentalna perspektywa moich opowieści o kobietach miały osłaniać wyrządzone im krzywdy - teraz resztkami cynizmu, ostatkami ironii i pozorami instrumentalizmu maskowałem rozpacz i tęsknotę.
Co najmniej od roku trawiły mnie złe przeczucia, serce dygotało, transcendencja dawała coraz wyraźniejsze znaki. Szukałem ulgi w pisaniu wspomnień i słuchaniu muzyki. Wspomnienia koiły nerwy na krótko, ale bez konsekwencji; muzyka dawała wytchnienie długie i głębokie, ale z konsekwencjami koszmarnymi: pustka po Czarodziejskim flecie bywa nie do zniesienia, kace po przedawkowaniu arii Glucka są nie do przeżycia. Mimo to ciągnęło mnie do najwyższej spośród sztuk jak jasny gwint, ciągnęło mnie do słuchania jak kiedyś do picia. Pociąg ten odzwierciedlał się w moim życiu miłosnym: muzyczne w nim przeważały muzy.
Rozdarty byłem w tym czasie pomiędzy rozpoczynającą wielką karierę tancerką baletową, rozwijającą wielką karierę śpiewaczką operową i rezygnującą z wielkiej kariery skrzypaczką o bujnej przeszłości.
Poza tym — ma się rozumieć — wydzwaniałem do rozmaitych dziewczyn, uwodziłem modelki, kelnerki 1 licealistki; pod pretekstem nauki języków obcych prowadziłem nieustanny casting lektorek; byłem w ryzykownych poufałościach z apetycznie tłustawą studentką medycyny; przepadałem za rozmowami z filigranową i zupełnie nie w moim typie historyczką literatury anglosaskiej; nie potrafiłem się oprzeć magnetycznemu urokowi poznanej zupełnym przypadkiem kruczowłosej wirtuozki interpunkcji, czekałem, aż pewna młodziutka robotnica najemna wróci z Dublina (na telefony do niej wydawałem masę pieniędzy); sławna swego czasu sprinterka, z którą w roku 1999 miałem ostry romans, mieszkała niedaleko i dalej stanowiła nie lada pokusę; nieraz wracałem myślami do Majki (wysoka, wiotka brunetka) i Magdy (masywna, przysadzista albinoska), które odwiedzały mnie zeszłego lata i były równie napalone na mnie, jak na siebie; całkiem serio rozważałem małżeństwo z pewna estońską milionerką, nie stroniłem od ulicznych dziwek i wciąż miewałem wzmagające chaos porywy, że kluczowa znajomość przede mną.
Jednakże śpiewaczka, baletnica i skrzypaczka były trzema filarami mojego zamętu. Związek ze śpiewaczką (zwaną przez krytyków muzycznych: Krtanią Anioła) był najdłuższy, najintensywniejszy i najbardziej skomplikowany. Baletnica trwała krótko: poza orgazmem żadne z ludzkich uczuć nie miało, do niej dostępu. Skrzypaczka pojawiła się dopiero co i urok roztaczała nieziemski. W domenie głębokich uczuć raczej się nie mieściła, ale widoczny w dekoltach cień pomiędzy jej piersiami miał siłę wielkich ruchów społecznych.
Była z całej trójki najstarsza, najpiękniejsza i najbardziej ześwirowana. Miała czterdziestkę z mocnym hakiem, karnację o sepiowym blasku, kruche rysy i figurę trenerki fitnessu. Czasem sprawiała wrażenie najmądrzejszej osoby na ziemi, czasem nie ulegało wątpliwości: nie kuma niczego.
Utrzymywała, że obdarzona jest darem Ducha Świętego i czyta ludzkie myśli; chodziła do psychoterapeuty, którego podczas męczeńskich seansów wykańczała nerwowo; przez pięć dni w tygodniu odżywiała się kiełkami pszenicznymi, we wtorki i czwartki ćwiczyła na siłowni; w weekendy nie wstawała z łóżka, piła gorzką żołądkową wprost z butelki i obżerała się jak zwierzę.
Przez telefon wygadywała niebywałe świństwa, pisała wstrząsająco pornograficzne esemesy i słała pełne wszelakiego zepsucia mejle — całymi jednak tygodniami nie pozwalała się nawet pocałować.
Na domiar wszystkiego uwielbiała japońskie knajpy i tylko tam się umawiała. Najprostsze w świecie wspólne pójście do kina, teatru, na koncert czy spacer — w jej wypadku odpadało. Zawsze wykręcała się brakiem czasu, choć w sumie nie wiadomo co w istocie robiła; co najmniej od roku nie grała, nie ćwiczyła, nie poszerzała repertuaru, nie miała prób, nie dawała lekcji. Była mężatką, ale od lat w separacji; nawet jeśli łączyły ją z odseparowanym małżonkiem jakieś interesy — nie były one czasochłonne. Tak wszakże czy tak — pole działania miałem ograniczone: w grę wchodziły jedynie esemesy, mejle i japońskie knajpy.
Korespondencję uprawiałem z zapałem; japońskich knajp nienawidziłem z całego serca. Nawet jakbym władał dalekowschodnimi pałeczkami, to i tak nie byłbym w stanie nimi władać: ręce mi się trzęsą jak Janowi Pawłowi II pod koniec życia.
Jedną roztrzęsioną ręką dziobałem w talerzu — drugą macałem skrzypaczkę pod stołem. — To bardzo mile, co robisz, wicehrabio — mówiła — ale nie jestem jeszcze gotowa; zdaniem mego psychologa nie jestem jeszcze gotowa. Delikatnie wycierałem zatłuszczone sushi palce w przód jej stringów i cofałem dłoń.
Rozstawaliśmy się z wystudiowanym, choć niewymuszonym chłodem; przysięgałem sobie, ze nigdy się z nią więcej nie spotkam ani się do niej nie odezwę. Po kilku dniach wyświetlał mi się na komórce ociekający wszelkimi możliwymi miłosnymi wydzielinami esemes — po godzinie odpisywałem, po tygodniu siedziałem w japońskiej knajpie, surowa ryba stała mi w gardle.