Była Żydówka, nie ma Żydówki

Marian Pankowski
Była Żydówka, nie ma Żydówki
  • Wydawnictwo Krytyki Politycznej
    Warszawa 2008
    125 x 195
    68 stron
    ISBN 978-83-61006-39-8

Marian Pankowski (1919) mieszkający w Brukseli w Belgii od roku 1945, prozaik, poeta i dramaturg, to autor literatury "wywrotowej", specjalista od tematów kontrowersyjnych, spraw przemilczanych i tabuizowanych. Jego najgłośniejsza i tłumaczona na wiele języków powieść Rudolf (1980) jest historią przyjaźni Polaka, starzejącego się profesora uniwersytetu, emigranta politycznego, niegdysiejszego więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych i nieco starszego Niemca wychowanego nad Wisłą, byłego żołnierza Wermachtu, frontowego dekownika i homoseksualisty. Odkrywcza językowo i śmiała obyczajowo proza Pankowskiego stała się w ostatnich latach przedmiotem fascynacji młodych polskich pisarzy i czytelników. Polski ruch gejowski i młoda lewica literacka uważa Pankowskiego za swego guru. Jego dawne książki są teraz chętnie wznawiane a nowe wyróżniane i nagradzane (Wspomnienia z obozu koncentracyjnego Z Auszwicu do Belsen były na krótkiej liście książek nominowanych do Nagrody Literackiej Nike w roku 1999, a za prozę Ostatni zlot aniołów otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia w roku 2008).
Maleńka książeczka Była Żydówka, nie ma Żydówki jest dedykowana żonie, Reginie z Fernów Pankowskiej i historia powieściowej Fajgi Oberlander, zbiegłej z transportu jadącego do obozu zagłady, jest wariantem jej okupacyjnych losów. To proza pełna fajerwerków językowych, o trudnym do zakwalifikowania rodowodzie gatunkowym: niekiedy sprawia wrażenie opatrzonych prologiem i epilogiem scen dramatycznych, tren i lament sąsiaduje w niej ze scenami ewokowanymi z pamięci i wyobraźni, fabularna opowieść przerywana jest dygresjami autora. Autor podejmuje (jak ostatnio często) temat wojny i okupacji i Zagłady Żydów, i robi to z właściwą sobie pisarska dezynwolturą: "Pan Bóg był wtedy w Castel Gandolfo i układał sobie pasjanse. Nie miał czasu być nad Auschwitz". Okupacyjna historia Fajgi to pasmo upokorzeń i dowód na obcość polskiego i żydowskiego losu, ale obrazki z jej pobytu w Ameryce, pokazują również jej obcość w tamtejszej żydowskiej społeczności, niezdolnej do zrozumienia jej wojennych doświadczeń.

- Marek Zaleski

Fragment

Fajga Oberlender, o tym jak było.

Był koniec marca. Odwilż. Rynny hałasowały aż miło. Zwoływały się kosy. Dzieci, słyszałam je przez nieszczelne deski mej szopy, bawiły się po raz pierwszy w chowankę... Jakby udzieliła mi się ich beztroska, wstałam z barłogu – zmarszczy twarz z zażenowaniem – i zaczęłam ot tak sobie wirować, niby tańczyć... I przypomniało mi się, jak mama śpiewała... Pląsałam nucąc – przejęta, zaczyna śpiewać kołysankę, „Wigełe”; opamiętawszy się, milknie.
- A dzieci? – przypomina Sara Krynitzerowa.
- Słyszałam ich krzyki, a kiedy ucichły, myślałam, że się rozeszły, że poszły do domu... a tymczasem one mnie podglądały! Przez dziury po sękach. Pobiegły do mamy Marka.

Głos off, czyli dziejba sama się opisuje

- Mamo – woła Marek już z progu – ta Żydówka co uciekła, ona wcale nie uciekła! ona się w szopie schowała!
- Ona tam sobie śpiewa – to Jarek.
- I tańczy.
- Dzidziusia swego tuli, kołysze i tańczy... – to głosy Ani i Mani – Znowu słychać, tyle że tyle, kołysankę.
- Dzieci! Co wam się ubzdurało! – uniesie się – Ładnieście to wymyśliły, kłamczuchy jedne! Uciekajcie, niech was nie widzę!
Wyszły dzieci z domu. Skręcają w lewo, gdzie potok. I nikt nie wie, co im w głowie świta. Ani Baśka, ani jej mama; tylko autor słyszy, jak Jarek-pokaż- zegarek potrząsa głową i:
- Marek... twoja mama, co ona se myśli, że my „kłamczuchy”! I że tej Żydówki nima??? Ja ją widział, a ty Maniu?
- Ja też ją widziałam.
- Ja też – wystraszonym głosem dołączy Ania. Marek przystanie.
- Ja także ją widziałem. My ją jutro mamie i babci pokażemy! – I do trójki Indian takim szeptem się zwróci, że nawet autor nie słyszy.
Jak każdej soboty, Baśka, czyli mama Marka, prała, zaś babcia szła na zakupy. Bierze torbę, ale jeszcze sprawdza, czy ma pieniądze. A tu Marek się nawinie:
- Babciu... ja mogę pójść po chleb i po bułki.
- Dobrze synku – zdziwi się pozytywnie babcia – Wiesz jaki, połówkę... no i sześć bułek... Czekaj, masz tu pieniądze – daje mu papierowe złotówki.
Idzie Marek, dumny, jak frontowy żołnierz do szturmu, w opowieści pana Bałbeckiego, którego szlachecka dzielność przyczyniła się na pewno do zwycięstwa na opisywanym przez niego ataku, w ramach austriackiej ofensywy na Bałkanach... Idzie wyprostowany. Dopiero po chwili dołącza doń trójka spiskowców.
Razem wejdą do piekarni. Pani Podpłomykowa, zajęta połowieniem bochenka dla dwóch klientek, uśmiechnie się do gromadki. Ich kolej.
- A dla was, dzieci?
- Proszę o połowę dużego i sześć bułek... i jeszcze... małą chałę – i położy na ladę zmięty w dłoni banknot.
Już na wychodnem, obróciły się kobiety i jedna z nich potrząsnęła głową w stronę piekarzowej, którą też zaintrygował ostatni zakup dzieci.
To dla was, ta chała?
Milczenie, patrzą po sobie. Marek ma głowę na karku:
- My chcemy się bawić w Żydów, proszę pani.
Parsknie śmiechem pucołowata pani Podpłomykowa, śmiechem, który natychmiast gubi się w zmarszczkach wokół ust, wokół słowa gotowego, które w ostatniej chwili ocenzuruje.

Ciąg dalszy relacji Fajgi.

Wróćmy do domu państwa Hazenlaufów w Azojville. Fajga, jakby już opanowała tumult przykrych skojarzeń, opowiada spokojnie, jakby czytała chorym dzieciom O krasnoludkach i sierotce Marysi.
- Obudziła mnie bieganina i pokrzykiwania bachorów. Wstaję, podchodzę do mych „tajnych” drzwi... odchylam deskę... a tam... na ubitym śniegu, trzy kroki od szopy, leży rumiana chała! Boziu, to kochana Baśka pomyślała o takiej frajdzie dla mnie! Prezent taki, że płakać z wdzięczności! Wyskoczę i chap! Trzymam chałę. Jeszcze kroku nie zrobiłam w stronę mej kryjówki, a tu zza szopy dzieci się wychylą i:
Ży-dów-ka!
Ży-dów-ka!
Czarna brudna sowa,
W nocy kradnie, w dzień się chowa!
Naftą lubi studnie truć,
ją cebulą zgniłą czuć!

Tuż potem głos Baśki, nie głos ale straszny krzyk i to taki, że dzieci nadal wychylone, jak zaklęte.
- Do domu mi tu! I to już! – Oddycha tak, że słychać tamten czas, w którym to się działo. Patrzy na współbiesiadników – Kiedy pociemniało... jak gdyby nigdy nic... dostałam menażkę gorącej zupy i kromkę chleba ze smalcem... Nie spałam. W głowie tłukła mi się rymowanka dzieci, uradowanych bo upolowały głodne zwierzę, zastawiwszy chytrze dobraną przynętę.
Patrzy Fajga na Żydów z Azojville. Teraz jakby smutny uśmiech przebiegł jej twarz:
- Ciąg dalszy, niech sam autor opowie... ja bym nie potrafiła.


Autor przejmuje tok opowieści.

Kiedy dzieci usiadły w kuchni, pani Basia odczeka chwilę, jak sędzia, który już samym spojrzeniem budzi poczucie winy u podsądnych. A teraz głosem pełnym nieoczekiwanej słodyczy zachęca do przyjęcia swej wersji:
- Kochane dzieci... trochę za dużo tego kina... tej bieganiny i krzyku wokół biednej szopy... Wymyśliliście sobie bajkę o Żydówce, zgoda. Zjawiła się, tańczyła i znikła. Sen mara, Bóg wiara! Koniec niemądrej zabawy... Nie zapominajcie, że trzeba powtórzyć katechizm bo Wielkanoc niedaleko... Będziecie śpiewać w dziecięcym chórze „Wisi na krzyżu”. A teraz... możecie się jeszcze pobawić.
Dzieci nawet nie drgnęły. Dalej siedzą. Ni ton polubowny, zagrany z maestrią przez panią Basię, ni jej subtelne przypomnienie rychłego czasu powszechnej pokuty, nie zrobiły na dzieciach oczekiwanego wrażenia. Dalej sobie siedzą. Nie doceniła mama Marka honoru „białych twarzy” przyjętych do szczepu Indian. Ania i Mania spojrzą pytająco na Jarka, a tuż potem na Marka. A on:
- Mamo, to nie jakaś bajka... tam jest Żydówka, bo jest  t r o p ! I to nie jeden!
- Cóż ty pleciesz, synku!
- Mamo... jak była sroga zima ... to nie było tropów. Teraz śnieg topnieje.
- I wszystko na wierzch proszę pani – wpadnie szorstkim słowem Jarek – Pełno tam takich papierów z gazety, co ze śniegu wyłażą... A jak jest trop... to na Żydówkę, proszę pani... najlepiej by było zapolować z nagonką, jak mój tata poluje na dziki!
- Dosyć! Przestańcie! To nieprawda!
- Prawda, mamo...
- Prawda, proszę pani... i ten trop... on nie „kłamczuch”. On tam jest!
Moment milczenia. Marek pomału otwiera usta:
- Mamo... ty nam szyłaś pióropusze, za to że będziemy zawsze mówić prawdę, jak... „szlachetni wodzowie Indian”! A teraz nie wierzysz Indianom, kiedy są na tropie!
Stuknięcie drzwi domkniętych. Babcia nie chciała dłużej być świadkiem sporu miłosierdzia z prawdą.
Nadszedł dzień trzeci. Rano, kiedy marcowe słonko jeszcze dobrze nie rozjaśniło świata za oknami, kobiety już nie spały. Babcia modliła się u siebie, a pani Basia zaparzała pyszną kawę z palonego owsa. Teraz usiadła. Potarła twarz dłońmi i oczy, bo naraz zaszły łzami.
Ktoś jeszcze nie spał. Nieoczekiwanie, Marek w drzwiach... ubrany! Na jego widok pani Basia – w płacz! Ale to taki, jakby sobie przypomniała przedwiośnie swego dziewczyństwa, swą porcelanową lalę, upadłą na kamienne schody, swą pierwszą miesiączkę, że prześcieradło, jak z poderżniętego na Boże Narodzenie indyka!
Marek zbliża się pomału. Po raz pierwszy idzie w stronę kogoś słabszego, kto potrzebuje pomocy. Kto pośpiesznie twarz przeciera... i słyszy głos swego dziecka:
- Nie płacz mamo... Kiedy spałaś, spadł śnieg... przed chwilą. Wszędzie biało, bielusieńko. Znowu zima – głaska jej ręce. – On ciągle będzie padać... aż do końca wojny, zobaczysz”.