Pingpongista

Józef Hen
Pingpongista
  • W.A.B.
    Warszawa 2008
    123 x 195
    224 strony
    oprawa twarda
    ISBN 978-83-7414-426-1

Pingpongista to powieść popularna, nie stroniąca od wątków satyrycznych i romansowych, osnuta na tle mordu w Jedwabnym, małym miasteczku na północnym wschodzie Polski, gdzie w lipcu 1941 polscy sąsiedzi wymordowali za poduszczeniem Niemców swoich żydowskich sąsiadów. Oto mamy rok 2001. Na uroczystość odsłonięcia pomnika upamiętniającego pomordowanych, przyjeżdża z Ameryki emerytowany sędzia, dawny mieszkaniec miasteczka. Wówczas, jako nastolatkowi, nie udało mu się uratować z pogromu swego żydowskiego przyjaciela, z którym namiętnie grywał w ping-ponga.  W miasteczku mieszkają jeszcze sprawcy mordu. Historia z lat okupacji jest różnie oceniana przez dzisiejszych jego mieszkańców. Rozmowy po latach, ze świadkami, sprawcami i współwinnymi pogromu, ich synami i córkami, z nowymi mieszkańcami a także z przybyłymi na uroczystości ze świata, są okazją do gorzkiego rozrachunku z przeszłością. Raz po raz wychodzą na jaw mroczne tajemnice związane z pogromem, raz po raz dochodzi do głosu mroczna natura ludzka. Historia XX wieku, zwłaszcza historia tego kawałka Europy to tragifarsa − powiada bohater powieści. Cmentarz gdzie spoczywają ofiary zostanie wprawdzie wysprzątany, ale dawni zbrodniarze i ich potomkowie ciągle tu sprawują swoją władzę. W miasteczku toczy się zwycięskie życie: zawiązują się romanse i nowe przyjaźnie, toczą się nawet istotne rozmowy, ale powieściowy happy end  jest pozorny. Rozrachunek z przeszłością jest parodią, zbrodniarze pozostają nieukarani, tajemnica naszych uczynków niezgłębiona. Sumienia niektórych zostały poruszone, obok zakamieniałych winowajców żyją także ludzie dobrej woli, ale nad wszystkim unosi się bełkot miejscowego idioty, który, zaczadzony antysemicką propagandą prasy prawicowej, uroczystości w miasteczku traktuje jako spisek żydowski, mający na celu wyłudzenie od Polski gigantycznych odszkodowań.

- Marek Zaleski

Fragment

Czekał na nich przed domem — taki, jakim go opisała dziennikarka, wysoki, żylasty, Gerwazy bez wąsów, ze szczeciną kilkudniowego szarego zarostu. Przedstawili się sobie, przeszli do sadu, pod gałęzie drzew owocowych. Może się państwo czegoś napiją? Kwasu chlebowego? Nie, dziękujemy, jesteśmy po, zresztą pan sędzia nie ma czasu.
– Panie Stefanie – zachęcała Ania – niech pan opowie panu sędziemu coś o swoim sadzie.
– Te wiśnie... widzi pan? – a tam dalej jabłonie. Trochę kwiatu powymarzało, trochę się uratowało – to widzi pan, one rosły u Ehrlichów.
Mike przyglądał się czerwieni traktora stojącego między drzewami, obsiadły go z furkotem kury i dziobały, pewnie znalazły rozsypane ziarno.
– Przyjaźniłem się z Zygą Ehrlichem – odezwał się wreszcie. – Tym, którego Waldek zastrzelił.
– Wiem, wiem. A jaki on był, ten młody Ehrlich? Jego nie pamiętam. – Nie od razu dodał: – Tylko jego siostrę, Mirkę.
– Skąd te drzewa tutaj?
– Wykopałem je w ich sadzie i przewiozłem do siebie.
– Snopek panu pozwolił?
– Jeszcze on tam nie rządził. Był taki okres, bezpański, można powiedzieć, że drzewka by zdziczały. Ja je uratowałem.
– Skorzystał pan na tym.
– Drzewo ma prawo żyć. Po to jest.
To by było zbyt proste – powiedzieć: a człowiek nie ma prawa żyć? Banał. Pan Stefan przyznał:
- Skorzystałem.
- A kota pan ma?
- Mam dwa koty. A dlaczego pan pyta?
- Chyba pan wie. Bo Kaźko Butrym...
- Tu on nie przyjdzie - powiedział ponuro sadownik.
- Skąd pan wie? To wariat.
- Wariat też wie, gdzie może oberwać.
Przeszli do mieszkania. Duży stół, krzesła. Pod ścianą znieruchomiały stojący zegar. Kwadrans po dziewiątej. Kiedy zamarł na tej godzinie? I dlaczego ten samotny mężczyzna go nie uruchamia?
Mike spytał, wskazując na zegar:
- Ich?
- Nie. WoIfowiczów. Przyszedłem do nich, powiedziałem, że trzeba iść, że Kostek kazał, wie pan który, ojciec Waldka, to on, Wolfowicz, do mnie: Bierz to, Stefan, bierz, wolę, żebyś wziął ty. - Dlaczego wolał, żeby pan? Mężczyzna rozłożył ręce.
- Nie wiem. Może czuł, że we mnie nie ma zadowolenia. Nie wiem - powtórzył. - Dał mi jeszcze zegarek na rękę: Bierz, po co kto inny ma brać?
- Gdzie ten zegarek?
- Dałem go synowi.
- Na komunię?
- No...
- Wiedział, czyj zegarek?
- Nie, skąd. Może później się domyślił. - Zafrasowany. - Nie widziałem syna od dłuższego czasu. Może wrzucił go do rzeki
- Złościłby się pan na niego?
- Za to? Nie. Chyba nie. Chociaż rzecz to rzecz. Trzeba szanować. Ale ja bym się dziś nie zdziwił. - A wtedy?
- Przecież wziąłem ten zegarek.
- Powiedział pan Wolfowiczowi: dziękuję?
- Nie wiem. Chyba nie. Może wziąłem tak, jakby mi się należało. Za ciężką pracę. Bo to była ciężka robota. jak kopanie rowu. Ten pan Wolfowicz - może to pana zaciekawi - jak wychodziliśmy z domu, to on coś mruczał pod nosem. Chyba po hebrajsku. To pytam: co pan tak mamrocze? A on: Księgę Hioba. - Sadownik kiwał w zamyśleniu głową, potem. powiedział: - Dobrałem się do tego po latach.
- Do Księgi Hioba?
- Tak, do tego. Mam Pismo Święte, mam, chociaż ewangelickie.
- I co pan wyczytał?
- Że to się kończy dobrze. Hiob założył nową rodzinę, znowu się wzbogacił.
- A ten pański Hiob zginął w płomieniach - pan chciał powiedzieć?
Zginął w płomieniach - to właśnie chciałem powiedzieć.
- Niepotrzebnie porównywał się do Hioba?
Sadownik nie odpowiedział. Kiwał tylko po swojemu głową i Mike zaczął podejrzewać, że przyswoił sobie taki tik. Spytał:
– Był pan przy stodole? jak się pan tam czuł? Słychać tykanie budzika. Sadownik podszedł do znieruchomiałego stojącego zegara. Wpatrując się w zamarły cyferblat, wydusił z siebie:
– Okropnie.
Dzisiaj tak myśli – czy wtedy też?
– Myślał pan: co ja to robię?
– Nie pamiętam. Chyba nic nie myślałem. W głowie pustka. Pamiętam, że chciało mi się pić.
– To dlaczego mówi pan ,okropnie"?
– Bo to też. Coś okropnego.
– Panie Stefanie – odezwała się dziennikarka niech pan opowie o Mirce. Niech pan słucha, panie sędzio.
Gospodarz siadł przy stole, wsparł głowę dłońmi.
– Mirka... – zaczął. – Była starsza od pańskiego przyjaciela.. Miała lat z dziewiętnaście. Nic, tylko za mąż iść. Piękna dziewczyna. Nie było jej w domu, przyszli po Ehrlichowi, ukryła się pod miasteczkiem. A pan wtedy wyprowadził swojego przyjaciela.
– Nie udało się – przypomniał Mike.
– Nie udało się. Waldek was gonił, wiem. Wracałem do domu polem, zmęczony, prawie słaniałem się na nogach, kiedy, patrzeć, biegnie mi naprzeciw to Mirka. Włosy zmierzwione, są w nich kłoski, oczy jak u szalonej. Ja krzyczę: dziewczyno, dokąd ty? Schowaj się! A ona: ja chcę do mamy, do Zygmusia! Już po nich - mówię- możesz się uratować, wracaj skąd przyszłaś! A ona buch na kolana. Panie Stefanku, niech mnie pan zastrzeli, błagam pana, ja chcę do mamy! Ja na to: coś ty, rozum straciłaś? Możesz żyć! Szkoda takiej fajnej dziewczyny!
- Pan powiedział to inaczej - stwierdził bez wahania Mike.
- No tak, powiedziałem inaczej, byłem prostak. chamowaty. Przychodziło mi czasem na myśl, że gdybym powiedział delikatniej, mądrzej... A ona: Stefan, błagam cię, zrób to dla mnie, ja chcę z mamą. przecież ja i tak umrę, moja ostatnia prośba, to się liczy, masz przecież pistolet, strzelaj.
- Płakała?
- Chyba nie. Wyjąłem zza pasa pistolet i strzeliłem w samo serce. Żeby się nie męczyła. Odciągnąłem ją ze ścieżki na bok, ułożyłem w życie, nogi miała obnażone aż dotąd, to ściągnąłem jej za kolana suknię. W nocy podjechałem furmanką, rzuciłem na wóz, kobyla zachrapała - wie pan, koń, jak niezwyczajny, to nie lubi takiego ładunku. Zawiozłem ją na kirkut, wykopałem grób, pochowałem Wszystko w tajemnicy.
- Dlaczego w tajemnicy?
– Nie pochwaliliby mnie za to.
– A księdzu pan się z tego spowiadał?
– Nie.
– Nie uważał pan tego zabójstwa za grzech?
– To był grzech. Mogłem nie zabić. – Po chwili. – Zabiliby ją tamci. A ona chciała, żebym zabił ja. Nie mogłem odmówić. No powiedz pan: mogłem?
Ania powiedziała z gniewem:
– Mógł pan ratować.
– Ona chciała do matki. – Mówił wpatrzony w stół. – Często mam to przed oczyma: ona błaga – na kolanach – Stefan, moja ostatnia prośba. I ja strzelam. Nie odmówiłem. – Podniósł głowę. — A pan sędzia co o tym myśli?
Sędzia Murphy przybrał ton prawie urzędowy.
– Nie miałem takiej sprawy,
Na pożegnanie Mike zapytał:
– Pan wie, jaka jutro jest uroczystość? Sadownik kiwnął głową.
– Wiem.
I to było wszystko.