Kamień w sercu

Katarzyna Leżeńska
Kamień w sercu
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2008
    142 x 202
    324 strony
    ISBN: 978-83-7469-666-1

Spośród autorek debiutujących około 2000 roku, Leżeńska jest jedną z pierwszych, które starają się poszerzyć spektrum tematyczne i gatunkowe książek przeznaczonych przede wszystkim dla kobiet. Choć nie tylko: Kamień w sercu to dramat psychologiczny, w jakim obowiązuje równouprawnienie płci, bo jedna ze ścieżek narracyjnych przydzielona została mężczyźnie, a druga kobiecie.
Historia Daszy i Marcina zaczyna się w momencie, w jakim większość książkowych romansów zwykle się kończy. Trzydziestokilkuletni bohaterowie spotykają się na klasowym zjeździe, wreszcie wyznają sobie długo ukrywaną miłość, ale panicznie boją się stałego związku. Rozpoczynają proces rozliczenia się z traumatycznymi przeżyciami, nieudanymi małżeństwami i całą masą zahamowań. Do barier psychicznych dochodzą też geograficzne, bo Marcin od lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, więc powrót do kraju oznacza dla niego utratę wszystkiego, co udało mu się osiągnąć. Niemniej kochankowie pokonują większość przeszkód, a opowieść zdaje się zmierzać w stronę banalnej rodzinnej idylli. To jednak dopiero połowa dramatu, bo oto do akcji wkracza Pola, nastoletnia córka Daszy. A potem los, który zafunduje bohaterom kolejny, tym razem tragiczny sprawdzian dla uczucia.
Największym walorem tej powieści jest jej psychologiczne dopracowanie. Każdy gest wygląda tu naturalnie, a każde zdanie brzmi jak spontaniczna wypowiedź. Autorka do tego stopnia zadbała o autentyzm postaci i sytuacji, iż już samo to wystarcza, by śledzić perypetie bohaterów w napięciu. Biorącym się też z tego, że chce się ich złapać na jakimś patetycznym czy niestosownie „literackim” geście. Nie da się – nie tylko główni bohaterowie, ale wszystkie postaci są trójwymiarowe i wiarygodne. Przeto i wiarygodne stało się niezwykłe połączenie dość trywialnych dylematów z prawdziwą tragedią. Osadzoną w realiach lokalnych, które wpływają na przebieg akcji, lecz mającą wymiar uniwersalny.

- Marta Mizuro

Fragment

Trudno powiedzieć, o czym myślałam, wybierając się do terapeutki Marcina. Zaniepokoiła mnie ta dziwna rozmowa o ojcostwie. Niby wiedziałam, że to Marcin zarabia na nas wszystkich i na wszystko. Niby widziałam, że ledwie żyje, ciągle z czymś spóźniony, ciągle coś nadrabiający, z pracy do domu, z domu do pracy, tu Rzym, tu Krym, a w domu zawsze to samo. Ale ja też ledwie ciągnęłam. Ja też ze wszystkiego zrezygnowałam. Ja też nie miałam czasu dla siebie. Dlatego w pierwszej chwili odebrałam tę rozmowę raczej jako przyzwolenie, zachętę do tego, żeby Marcin się ode mnie oddalił. Może więc chciałam ocenić skalę zagrożenia, nie wiem.
Jechałam do niej trochę nastroszona, ale już w trakcie pierwszej rozmowy zrozumiałam, że się mylę.
To nie ja wiem lepiej, to nie ja widzę więcej - z tego prostego powodu, że jestem częścią naszego układu i naszej sy¬tuacji. Ona, ta spokojna i wyciszona kobieta, widzi nas jak na dłoni, co więcej, dla niej jesteśmy jedną z wielu rodzin do¬tkniętych takim czy innym kryzysem. Może nas porównać z innymi - bez oceniania - po to, żeby pokazać nam, jak wy¬glądamy widziani oczami kogoś z zewnątrz.
Początkowo irytowały mnie jej ciągłe pytania o to, co Pola dziś zrobiła, czego się nauczyła w tym tygodniu, co my ro¬biliśmy i jak się z tym czujemy. Dopiero po kolejnym spotka¬niu zrozumiałam, o co jej chodzi.
Żeby odpowiedzieć sensownie na takie pytania, musieliśmy się zmusić do wyłuskiwania z pamięci zmian i nowości, które umykały nam w codziennym kontakcie i mechanicznych posługach. A przecież, może nie z dnia na dzień, ale z tygodnia na tydzień coś tam się zmieniało, a to Poli udało się przejść sa¬modzielnie parę kroków, trzymając się poręczy, a to włosy za¬czynały odrastać śmiesznymi loczkami jak po trwałej, a to słów przybywało i Pola zaczynała coraz więcej mówić. Śmialiśmy się nawet, że jej słownik już teraz jest bogatszy od tego, którym dysponują całkowicie zdrowi bywalcy nocnych kursów WKD.
Dużo rozmawialiśmy o normie, o powrocie do normy, o normalności i o tym, że teraz walczymy, ale kiedyś, potem, za jakiś czas wszystko będzie dobrze.
- Co to znaczy? - zapytała za którymś razem terapeutka.
Zaskoczyła mnie, przez chwilę musiałam zbierać myśli. Tyle razy od czerwca powtarzałam sobie i innym, że „wszystko będzie dobrze"... że już dawno przestałam się zastana¬wiać, co to znaczy. Tak jak nikt się nie zastanawia, co to zna¬czy „czary-mary".
Terapeutka milczała, a ja patrzyłam na nią i na swoje myśli. Już wiedziałam.
„Wszystko będzie dobrze" oznaczało, że pewnego dnia obudzę się, a Pola zbiegnie ze schodów i będzie śpiewać w kuchni przy obieraniu ziemniaków.
- To znaczy... — potrząsnęłam głową i zaczęłam płakać. Marcin przysunął się z krzesłem, chciał wziąć mnie za rękę, ale ja zacisnęłam dłonie jedna w drugiej i płakałam.
Płakałam ze złości. Płakałam z bezsiły.
„Tak się nie robi!” - tłukło mi się w głowie. Nie ściąga się ludzi na siłę do rzeczywistości! Tak nie wolno!
A jednak z każdą wypłakaną łzą docierała do mnie praw¬da, z której zdawałam sobie sprawę, ale - jak dziecku - wy¬dawało mi się, że jeśli nie będę na nią patrzeć, nie będę zwra¬cać uwagi, sama zniknie, wyparuje, ulotni się.
Uświadomiłam sobie z całą - tak, tak - „z całą jaskrawością", że moja córka już nigdy nie zbiegnie z żadnych schodów, bo nowotwór nieodwołalnie zniszczył tę część jej mózgu, która odpowiada za utrzymywanie równowagi.
Nigdy nie będzie obierać ziemniaków, bo jej dłonie nie wiedzą, jak wykonywać tak precyzyjne ruchy.
No i nigdy, Boże kochany, nigdy nie będzie już śpiewać, bo nie odzyska pełnego panowania nad mięśniami aparatu głosowego, głos jej będzie drżał, nie będzie trafiać w dźwięki. Co z tego, że nadal będzie umiała je nazwać jeden po drugim, skoro nie da rady utrzymać linii melodycznej.
Nigdy! Drzwi zamknięte.
Płakałam i nie mogłam przestać, zużyłam połowę chustek z pudełka, które stało na stoliku koło mojego fotela. Marcin siedział nieruchomo z twarzą zakrytą ręką.
Terapeutka czekała cierpliwie, aż się trochę uspokoję, a potem powiedziała coś, co trawiłam przez parę następnych tygodni, ale kiedy w końcu to zrozumiałam, wszystko inne powoli mi się poukładało.
- Na to, co się stało - powiedziała - trzeba spojrzeć jak na zmianę. Nieodwołalną zmianę, coś, co się nie odstanie. Jest inaczej i tak już będzie. Nie gorzej, nie tragicznie, nie po¬twornie, tylko inaczej.
Nie wiem, może użyła innych słów, może nie powiedziała tego tak wprost, ale ja tak to zapamiętałam. Że się zmieniło i muszę się z tą zmianą pogodzić. Nie wywalczę powrotu do poprzedniej sytuacji, choćbym nie wiem jak tego chciała.
Wszystko będzie dobrze, ale dopiero wtedy, kiedy ja, Mar¬cin, Pola, pogodzimy się z tym, że wszystko się nieodwołalnie zmieniło. Każde z nas musi to zrobić po swojemu, we własnym tempie, na swój sposób. A ja muszę odpuścić najpierw sobie, potem Marcinowi, a na końcu reszcie świata.
Muszę „pogodzić się ze światem".
Nie mam innego wyjścia.
Zajęło mi to dużo, dużo czasu. Być może w jakimś sensie zajmie mi to resztę życia, ale zaczęło się tam, w ciasnawym gabinecie tej kobiety, która powiedziała mi coś, co od początku powtarzało mi mnóstwo ludzi. Ale dopiero ją usłysza¬łam. Uwierzyłam, że już zrobiłam wszystko, co w mojej mo¬cy, wywalczyłam, co dało się wywalczyć. A teraz muszę pogodzić się z tym, co mam.
Tak to działa.