Wiek biblijny i śmierć

Gustaw Herling-Grudziński
Wiek biblijny i śmierć
  • Wydawnictwo Literackie
    Krakow 2007
    123x197
    120 stron
    ISBN: 978-83-08-04093-5

Wiosną 1999 roku państwo Herlingowie zostali zaproszeni do małej miejscowości Pescasserola. Małżonka Herlinga, córka wielkiego filozofa włoskiego Benedetto Crocego, miała uświetnić uroczystości związane z opublikowaniem książki napisanej w 1921 roku przez Crocego, poświęconej właśnie owej małej wiosce. Kilka późniejszych dni małżonkowie postanawiają spędzić na luźnym zwiedzaniu okolicy, jednakże dość szybko natrafiają na trop niezwykłej historii Bartolomeo Spady. Reszta ich pobytu zamienia się w gorączkowe, fascynujące śledztwo.
Lokalne opowieści mówiły o nim, że „chciał i nie mógł umrzeć”. Urodził się na początku XIX wieku – daty mówią o 1809 lub 1811 roku – a żył jeszcze w czasie II wojny światowej. Kiedy we Włoszech nastał faszyzm, Spada stał się przedmiotem szczególnego zainteresowania, a wkrótce – kultu. Jako stuletni starzec, który zdążył zmienić sześć żon, jawił się faszystowskiej władzy jako idealne połączenie nowych walorów: długowieczności i witalności. Przekształcając Spadę w ikoniczny wizerunek, faszyści mogli za jednym zamachem zyskać wszystko, czego potrzebuje propaganda: osobowe wcielenie tradycji sięgającej przed okres walk o niepodległość, naoczny dowód żywotności świadczącej o odrodzeńczej sile nowego ustroju, człowieka wykraczającego swoim wiekiem poza podziały klasowe i generacyjne.
Gdy lekarze odkrywają u Spady chorobę, bohater przeżywa okres zwątpienia w sens długowieczności. Spada doświadcza swego życia jako fizycznego bólu, zaś długowieczność zdaje mu się karą, a nie nagrodą. Wkrótce przychodzi sprawdzian kolejny: kiedy w 1938 roku Włochy stały się państwem rasistowskim i wszystkim zaglądano w papiery rodowodowe, Spada okazuje się potomkiem żydówki. Jednakże Mussolini uznał, że semickie korzenie bohatera potwierdzają roszczenia Włoch do tysiącletniej historii. Żaden z bogów XX-wiecznej historii nie chciał zatem przynieść Spadzie śmierci.
Ale też żaden z nich nie potrafił nadać jego długowieczności głębszego sensu. Herling nie ukończył opowieści o wiekowym starcu. Można jednak sądzić, że potraktował swojego bohatera jak Wolter Kandyda: u francuskiego autora naiwny i młody bohater kompromitował optymistyczną filozofię oświecenia, w opowiadaniu Herlinga starzec nicuje koncepcje XX-wieczne.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Tajna policja faszystowska OVRA otrzymała polecenie dokładnej rekonstrukcji rodowodu Matuzalema abruzyjskiego od [dnia jego urodzin]. Wyniki tej drobiazgowej rekonstrukcji nie były oczywiście przeznaczone do skrzyni sulmońskiej. Zdecydowałem się wyskoczyć na dwa dni do Rzymu, do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdzie znajomy rodziny mojej żony dostarczył mi błyskawicznie kopię "raportu poufnego" OVRA.

Poszukiwania archiwalne dają niekiedy sposobność [przeniesienia] się od nudnych badań w sferę, którą można nazwać romansową. Tak było w naszym wypadku. W pokoju hotelu sulmońskiego siedzieliśmy nad raportem OVRA jak na pokazie filmowym.

Wśród archiwistów włoskich zdarza się spotykać ludzi, którzy z lekceważeniem odnoszą się do kartotek i opracowań włoskiej policji faszystowskiej. Lekceważenie niesprawiedliwe. Także na przykładzie Włoch faszystowskich sprawdza się zasada, że historia każdego ustroju totalitarnego rodzi się i prosperuje w foliałach tajnej policji. Jeżeli zaś prosperuje licho, Wódz - Fuhrer, Duce, Pierwyj Sekretar'- ma Prawo rozpędzić na cztery wiatry główny instrument swojej władzy. Czy potrafi go zastąpić lepszym – jest inną sprawą, najjaskrawszą być może w krajach Bormannów i Żelaznych Feliksów. OVRA, jak rzekłem już z pełną aprobatą mojej żony, była prawdopodobnie jedynym sprawnym narzędziem w ojczyźnie rózg liktorskich.

Bardzo szybko ustaliła, że Bartolomeo Spada urodził  się w grudniu roku 1809 (nareszcie dokładna data) w Rieti. Był dzieckiem córki miejscowego rabina i kleryka z seminarium duchownego w Teramo. Córka rabina zdołała zataić ciążę aż do rozwiązania. Urodziwszy synka, oddała go za dużą opłatą zawodowej mamce, nazwiskiem Spada, w Teramo. Ojciec - kleryk, uciekł z seminarium i znikł bez śladu, mówiono, ze udało mu się wstąpić do seminarium duchownego na Sycylii i przypuszczalnie tam został wyświęcony pod zmienionym nazwiskiem. Rabin w Rieti odkrył wreszcie skandal i córkę wyprawił do krewnych w Anglii, także  ortodoksyjnych Żydów, lecz przez palce patrzących na pewne odstępstwa od wiary ojców. Nigdy nie próbowała odzyskać dziecka, czyli odkupić go od mamki w Teramo. Tak więc Bartolomeo (imię nadane mu na chrzcie przez mamkę nazwiskiem Spada, nazwiskiem wpisanym do ksiąg ludności w Rieti, obok specyfikacji, że chodzi o nieślubne dziecko). W wieku siedemnastu lat opuścił przybraną matkę i rozpoczął życie sezonowego robotnika rolnego w Abruzji, aż do osiedlenia się pod Sulmoną na kupionym skrawku ziemi. Rósł i mężniał na schwał, nikt jednak nie mógł przypuszczać, że stanie się kiedyś fenomenem długowieczności. Nic nie wiedział o swoim prawdziwym pochodzeniu, nikt też nie poszukiwał go nigdy - ani sycylijski ksiądz, ani córka rabina, która w Liverpoolu stała się wkrótce żoną tamtejszego rabina, obdarzoną przez szczodrą naturę licznym potomstwem.

Konkluzja OVRA, będąca odpowiedzią na pytanie sekretarza Duce, brzmiała: "Według naszej <> po matce Semita, po ojcu Aryjczyk. Może podlegać ustawom rasowym zatwierdzonym przez rząd faszystowski z 9 kwietnia 1939 roku”. Mussolini własnoręcznie przekreślił tę konkluzję i zamiast niej dopisał wielkimi literami, z których każda podobna była do uderzenia kułakiem w kosmatą, męską pierś: „Ja decyduję, kto jest, a kto nie jest przedmiotem ustaw rasowych”. Małpował oczywiście w ten sposób decyzję Hitlera o aryjskiej nobilitacji admirała niemieckiego, który na swoje nieszczęście urodził się w rodzinie żydowskiej, a mógł oddać (i oddał) nieocenione usługi w służbie antysemickiej i czysto aryjskiej Trzeciej Rzeszy.

W pewnym sensie można w obu tych wypadkach widzieć częstą u wojennych przywódców tęsknotę do maskotki. Mussoliniemu, niezbyt pewnemu, że otwiera się nowy i długi okres historii, zależało przede wszystkim na żywym symbolu długowieczności reżymu; stąd słabość do Matuzalema abruzyjskiego. Element semicki, po aprobacie Włoch dla "doktryny rasy" był jedynie dodatkiem i fakt semickości jego długowiecznego ulubieńca potwierdzał jakby rojenia o tysiącletnim Imperium Rzymskim, był jego swoistą gwarancją. Hitler nie miał ani przez chwilę wątpliwości, że jest założycielem tysiącletniej Rzeszy, ale jak każdy zaciekły antysemita, przekonany głęboko o sile Żydów, wolał się po cichu ubezpieczyć przed niespodziankami Historii udziałem żydowskiego admirała Milcha w wiekopomnym zamiarze zbudowania świata oczyszczonego z Żydów. Nie rozumie się w pełni wypadków dziejowych bez dostrzeżenia kaprysu Wodzów.

Z tym że kaprys Mussoliniego był silniejszy i trwalszy od kaprysu Hitlera. Duce - wolno to powiedzieć w tym stadium naszej narracji - z mocą ślepego zaufania do zabobonu zakochał się w swoim poręczycielu długowieczności [i w] imperium. Podczas gdy Hitler władny był w każdej chwili wyrzucić na śmietnik, a nawet skazać na śmierć, żydowską maskotkę tysiącletniej Rzeszy, podobny los Matuzalema abruzyjskiego był nie do wyobrażenia. Przeciwnie, Mussolini przywiązywał. się doń coraz gwałtowniej, nie bez podskórnej obawy, że każdy nierozważny krok grozi katastrofą Spada otrzymał z woli Duce nominację na pułkownika (comandante) i został duchowym (jeśli nie wojskowym) dowódcą doborowego batalionu szturmowego. Paradoksalnie, ujawnienie rasowych powiązań wiekowego czarodzieja spod Sulmony umocniło jego pozycję wśród żołnierzy, jak niegdyś podniosło go w oczach młodych chłopców i dziewcząt z balilli fizyczne odżycie w rękach wojskowego duszpasterza, który posiadał władzę nad ludzkim ciałem.

Nic zatem nie stało na przeszkodzie, by człowiek, który wbrew swym pragnieniom nie mógł umrzeć, obrastając w lata jak w nową skórę, przekonywał się stopniowo o prawdzie biblijnej nagrody za posłuszeństwo wskazaniom Jedynego (niech imię Jego pławi się w nieskończonej chwale). Odróżniał Boga Starego Testamentu od Boga Ewangelii? Sam już nie wiedział. Wiedział tylko, i to instynktownie, a nie w języku modlitw, że człowiek posłuszny woli Boga w każdej dziedzinie życia nie ma prawa sądzić, że upragniona śmierć musi wieńczyć pochód  naszych lat. Słowem, pogodził się w duchu ze swoją naturalną rękojmią (czy boską obietnicą) nieśmiertelności.