Przystupa

Grażyna Plebanek
Przystupa
  • W.A.B.
    Warszawa 2007
    125x195
    384 strony
    ISBN: 978-83-7414-345-5

Od ponad dwu stuleci doświadczenie życia na obczyźnie nierozerwalnie zrosło się z polskim losem. Można by je nawet umieścić w pierwszej dziesiątce polskich ulubionych tematów literackich. Często odnosi się wrażenie, że powiedziano już o niej wszystko. Tym większym zaskoczeniem jest więc najnowsza książka Grażyny Plebanek. A to dlatego, że pisarka oparła się na schemacie powieści łotrzykowskiej. Mocno go jednak zreformowała.
Perypetie bohaterki, dwudziestolatki ze wsi, na pozór wyglądają dość typowo. Niewykształcona, wychowana w zdegenerowanej rodzinie dziewczyna nie ma praktycznie żadnych szans na społeczny awans. Potrafi jedynie zajmować się domem albo dziećmi – i nie zamierza robić nic więcej. Na ogół zadowala się darmowym utrzymaniem oraz symbolicznym wynagrodzeniem. Kolejne miejsca pracy, do których trafia najpierw w Polsce, a potem w Szwecji, nie oznaczają stopniowej poprawy jej bytu. Lecz jak to wzorcowa „łotrzyca”: Przystupa bierze to, co przyniesie jej los i pragnie jedynie przetrwać. Zgodnie ze schematem nie ingeruje w to, co się dzieje, ale też – już wbrew konwencji – z opresji nie wychodzi dzięki życiowej mądrości. Na swoich państwa działa niczym katalizator sprawiając, że ujawniają swoje kompleksy, dopuszczają się różnych podłości, a w jednym przypadku nawet zbrodni.
Poszczególne konfrontacje Przystupy z kolejnymi rodzinami są okazją do przyjrzenia się emigranckiej społeczności w całym jej zróżnicowaniu. Zatem nie dramatyczne przygody głównej bohaterki, lecz perypetie tych, z którymi się styka są sposobem na zademonstrowanie, po co się wyjeżdża, jak się żyje nie u siebie i jak wpływa to na zmianę charakteru. A także tego, czym polska społeczność różni się od szwedzkiej. Czy ta konfrontacja uczy czegoś samą bezimienną bohaterkę? Niekoniecznie, jej podróż zakończona powrotem do Polski nie doprowadza do spektakularnej przemiany wewnętrznej, choć jednej rzeczy bohaterka się uczy – miłości. Nie takiej jednak, która pozwalałaby zakończyć tę historię romantycznym happy endem. Który zabrzmiałby jak dysonans, albowiem cała ta historia została opowiedziana surowo i bez cienia sentymentalizmu. Ostentacyjnie wręcz niekobieco, choć kobiety wysuwają się tu na plan pierwszy.

- Marta Mizuro

Grażyna Plebanek (ur. 1967) dziennikarka i pisarka. Mieszkała w Szwecji, obecnie w Brukseli.

Fragment

Winda, do której weszli, była wielka, zmieściłoby się tam podwójne łóżko, w lustrze widziała tylko odbicia szerokich pleców eskortujących ją policjantów. Wyprowadzili ją na korytarz i otworzyli jedne z kilkunastu identycznych par drzwi umieszczonych po obu stronach korytarza. W pokoju pod oknem stał stół z komputerem, kręcone krzesło z miękkim oparciem, po drugiej stronie dwa zwykłe, drewniane. Kazali jej usiąść i wyszli.
Najchętniej wstałaby i czekała blisko drzwi. Albo uciekła, wszystko tu było obce, pachniało urzędem pocztowym i rozgrzaną żarówką. Przyłożyła ręce do brzucha - już nie burczało, lecz ściskało, to przez windę, nigdy taką nie jechała. Już miała o czymś pomyśleć, gdy naraz otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł jakiś mężczyzna.
- Pratar du svenska?', - zapytał.
Pokręciła głową. Z cywilem przy furtce rozmawiała po angielsku, po co jeszcze po szwedzku?
- No to musisz czekać, aż sprowadzimy tłumacza.
Znów została sama, z coraz bardziej niespokojnym brzuchem. Dotknęła go przez bluzkę - coś się tam przewalało, kurczyło, spinało resztę ciała. Zaczęła go głaskać kolistymi ruchami, trochę ulżyło, więc masowała dalej. Poza tym nic więcej od niej nie zależało. Zabrali ją, kazali czekać - nie wiedziała na co.
Po długim czasie do pokoju weszła tłumaczka w towarzystwie mężczyzny, który pytał Przystupę, czy mówi po szwedzku. Usiadł po drugiej stronie biurka, tłumaczce wskazał krzesło. Miała cienki nos i delikatne powieki, które sprawiały wrażenie, jakby przepuszczały światło i młoda kobieta nie mogła spać, przez co miała melancholijny wyraz twarzy.
- Mówię ludziom "wyroki” - powiedziała po polsku, siadając naprzeciwko Przystupy. - W szpitalach, kiedy odbierają wyniki badań. Tu czasem też.
Przystupa kiwnęła głową. Policjant już miał zacząć przesłuchanie, gdy do pokoju wszedł młody cywil i podał mu wydruk komputerowy. Pochylili się nad nim, wymieniając po szwedzku uwagi dotyczące Fina: ułożenia jego ciała, grupy krwi, sposobu i pory umierania, wcześniejszego stanu zdrowia i stanu upojenia alkoholowego, w jakim się tradycyjnie znajdował. Brzmiało to fachowo, tak można by opisać każde inne ciało.
Nagłe żołądek Przystupy zwinął się w ciasną kulę. Zrozumiała: Fina już nie ma. Została kupka medyczno-policyjnych terminów wypowiadanych w obcym języku; rozumiała niektóre słowa, ale nie znała ich zapachu ani smaku. Były jak tępe narzędzia. Tymi słowami go zabili!
- ...i to jego własnym nożem – podsumował młody policjant, pochylając się nad wydrukiem. - Po co go trzymać pod ręką?
- To Fin - mruknął mężczyzna siedzący za biurkiem. - Zawsze noszą przy sobie noże, dźgają się bójkach po pijaku. Ten nóż jest lapoński, piękna ornamentyka...
Pochyliła się do przodu, w ustach zrobiło się słodko, poczuła smak gruszek... Spojrzeli na nią badawczo, więc się wyprostowała i znów usiadła sztywno na krześle. Młody wyszedł, cywil zaczął zadawać pytania. Rozumiała bez tłumaczenia, ale i tak nie odpowiadałaby szybciej, cieszyła się z czasu, który dawała jej kobieta z cienkimi powiekami.
Na część pytań miała proste odpowiedzi. Jest Polką, przyjechała do kuzyna Mårtena, ale ostatnio mieszkała u znajomej rodaczki. Jej mąż, Fin, pił i w dodatku bił – nie ją - swoją żonę, Panią Słabą. Dwa razy widziała, jak rzucił się z nożem na pasierbicę. O mało jej nie zabił.
Skoro widziała, dlaczego nie doniosła na policję, zapytał policjant.
Obruszyła się. Miałaby donosić?! Żeby ją wytykali palcami i krzyczeli "szpieg, szpieg”?
Policjant uniósł brwi. Kto by ją wytykał? Co jest złego w próbach pilnowania porządku?
Młoda kobieta przestała tłumaczyć i zwróciła melancholijną twarz w stronę policjanta. W Polsce nikt nie chodzi na policję, żeby donosić na rodzinę, w Polsce to jest wstyd. W Polsce ludzie nienawidzą donosicieli.
Cywil odchylił się do tyłu i patrzył to na jedną, to na drugą. Jaki wstyd? Czego tu się wstydzić?
Tłumaczce wyskoczyły na dekolcie czerwone plamy, nabrała powietrza i powoli je wypuściła, patrząc w okno. Jakie jest następne pytanie?
Pytanie byto o "dom viktigaste sakerna": paszport już widział, teraz książka. O czym jest?
Tłumaczka wzięła stary tomik i spojrzała na ciemnobrązową okładkę. Mickiewicz, Ballady i romanse. Otworzyła na chybił trafił. "Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana..."
- Co to znaczy? Po szwedzku, proszę – rzucił cywil.
-  Att en dam dräper en herre - przetłumaczyła.
- Pani zabija...? Czy to "instruktion”?
- Raczej "inspiration”...
- Do zabójstwa?
Tłumaczka zaczęła się śmiać. Śmiała się i śmiała, aż zamknęły się cienkie powieki. Przeprosiła. Za nieprofesjonalne zacho... Znów ryknęła. "Instruktion” ! Ha, ha, ha, "instruktion"!

Nie wiadomo, czym by się to skończyło, bo dyskusja na temat pól semantycznych jedenastoliterowych słów na „i” nie była przedmiotem zainteresowania funkcjonariusza przesłuchującego w jednym z kilkudziesięciu identycznych pokoi sztokholmskiej Komendy Głównej Policji. Tu w centrum było martwe ciało.
O ile wylanie tłumaczki z pracy stawało się powoli oczywiste, o tyle podejrzenie Przystupy o zamordowanie Fina pod wpływem instrukcji/inspiracji nierozsądnego polskiego poety nadal było przedmiotem badań. Miała marne alibi (spontaniczna wyprawa nad morze w towarzystwie nieletniej), mętny status (wizytowanie kuzyna w celach rodzinno-turystycznych), podejrzany wygląd (brudnawa kurtka ze śladami krwi, którą juz oddano badania).
Z drugiej strony, zbyt wiele elementów się nie zgadzało: zakrwawione ubranie porzucone w łazience nie należało do niej, numer stanika był nie ten (miała mniejsze piersi), no i w ramach alibi pokazała bilety, pociągowe i autobusowe, które wyciągnęła z kieszeni pomarańczowej kurtki.