Gnój

Wojciech Kuczok
Gnój
  • W.A.B.
    Warszawa 2003
    125 x 195
    214 stron
    ISBN 83-89291-35-5

"Kuczok to gwiazda literacka z przyszłością"
- Henryk Bereza, Twórczość


Już jeden z poprzednich zbiorów opowiadań Wojciecha Kuczoka Opowieści słychane (1999) zyskał nominację do polskiej prestiżowej nagrody “Nike”. Nowa powieść Gnój (2003) to niby-autobiograficzna opowieść o koszmarze jakim było dzieciństwo bohatera, naznaczone upokorzeniami („Stary K.” sięgał z sadystycznym upodobaniem po pejcz jako narzędzie ojcowskiej pedagogiki). Kuczok z powodzeniem wpisuje się w tradycję literatury egzorcyzmującej zmory dzieciństwa. Daje znakomity portret ojca, “starego K”., neurastenicznego polskiego inteligenta, modelowej “osobowości autorytarnej”. Mamy tu również znakomite prozatorskie etiudy z życia rodzinnego, groteskowe i liryczne portrety współdomowników, znakomite sceny z życia Śląska (w swojej rodzinnej kronice cofa się aż w okres przedwojenny). Zakończenie książki, katastrofa rodzinnego domu tonącego w tytułowym „gnoju” (na skutek awarii kanalizacji i zapadnięcia się ziemi - co w okolicy, w której kopalnie węgla sąsiadują z miastem zdarza się niekiedy) przypomina zakończenie słynnego opowiadania Zagłada domu Usherów, klasyka opowieści niesamowitych, Edgara Allana Poe. Ale bo też i literackość tej prozy jest dodatkowym sygnałem odwodzącym od werystycznego, biograficznego czytania powieści. Przez całe życie – powiada narrator – uciekałem od tego domu, by wreszcie sam stać się jego ruiną. “Byłem, już mnie nie ma”- to ostatnie zdanie powieści brzmi niczym stara łacińska inskrypcja na kamieniu nagrobnym. Powieść jest opowieścią o przygodzie jaka staje się udziałem każdego, bo każdy ma swoje sielskie wspomnienia ale i blizny wyniesione z przeszłości rodzinnej.

- Marek Zaleski

Fragment

Stary K. wymyślił tak zwany sygnał rodowy, po to, żeby się nie musieć nawoływać w tłumie (jak mawiał), bo przecież imiona się powtarzają, jakoś się trzeba odróżnić, a po nazwisku nie wypada, po co zaraz wszyscy mają wiedzieć, o kogo chodzi (jak mawiał). Stary K. wymyślił więc sygnał rodowy, niejako zakładając, że będzie miał wiele okazji ku temu, żeby przywoływać swoją żonę i dziecko do siebie; musiał zakładać, że żona i dziecko mogą popaść w tendencję do gubienia się, znikania z oczu, wymykania się spod kontroli; stary K. wymyślił sygnał rodowy, na który można było zareagować natychmiast, chyba żeby się udało, że się nie słyszy; sygnał wywoławczy, na który n a l e ż a ł o zareagować natychmiast, albowiem stary K. nie lubił gwizdać po próżnicy. O tak – sygnał rodowy starego K. był bowiem gwizdany, prosta melodyjka, jeden takcik, tirararatira, i już się wiedziało: ach, ktoś gwiżdże, trzeba wyjrzeć, pokazać się; stary K. wymyślił, a pozostali się nauczyli, i tak już na zawsze w tym domu gwizdano na siebie. Z czasem się okazało, że to bardzo ułatwia wzajemne kontakty między piętrami; brat i siostra starego K. nie musieli dzięki temu używać imion naszych, nie musieli zdobywać się na tę, było nie było, poufałość bycia po imieniu, byli więc z moją matką po gwiździe. Sygnał był również pomocny staremu K. i mojej matce po atakach wścieklicy, podczas dni milczących: stary K., nie przestając się stołować u swojej żony, oczekiwał w mieszkaniu rodzeństwa na znak z góry, na p r z y w o ł a n i e na obiad, bo póki matce nie przeszło, póty gwizdała; a kiedy następował dzień, w którym wołała go po imieniu, leciał do budki po kwiatki, bo wiedział, że teraz już poskutkują, i przynosił, i zaczynało się:
- Najmojejsza ukochanka żonkowa była obrażona, ale teraz jest dobra żona, już się odraziła, no już, no już...
Zawieszenie broni zwykle trwało parę dni, z rzadka nieco dłużej, góra – tydzień, ale wtedy matka była ożywiona w tę dobrą stronę, zdobywała się na opowiadanie kawałów, bezlitośnie zarzynanych, przez co jeszcze śmieszniejszych; ba, zaskoczona nadmiarem radości, której nijak sama nie mogła pomieścić, starała się dzielić nią z kim popadnie, także ze mną. Owóż matka chcąc sprawić mi przyjemność, robiła mi prezenty, lecz radość szła u niej w parze z roztargnieniem, dlatego zdarzało się jej niepokojąco często dawać mi w prezencie śmierć.
Bo zimą, machając torebką, sunąc sprężyście główną arterią miasta, w radości, bo mąż, bo dobrze już, bo dobrze by było uznać, że już dobrze, matka kupowała beztrosko to i owo, na ludzi spoglądała, dziwiąc się, czemu tacy przyprószeni, tacy niemrawi, a kiedy przechodziła obok sklepu akwarystycznego, przypominało jej się, ach syn, ach rybki, nabywała więc w pośpiechu „kilka jakichś nie za drogich”. Sprzedawca odławiał dwie parki żałobniczek i pytał:
- A ma je pani w czym zabrać?
Nie miała, więc wlewał żałobniczki do woreczka foliowego, wiązał i dawał matce; i szła jeszcze sobie po mieście zimową porą, i zakupy czyniła spożywczo-odzieżowo-radosne, a kiedy wracała, słyszałem ten stukot ucieszny na schodach, ten energiczny rytm obcasów i szelest siatek, i pies pod drzwiami też słyszał i piszczał, i otwierałem; puszczaliśmy się w dół siatki odebrać, wwąchiwać, wglądać, a stary K. otwierał drzwi swojej pracowni i też chciał wiedzieć, cóż tym razem przyniosły te zakupy radosne, cóż udało się bez kolejki (bo w kolejkach stało się na co dzień, nie w dni tej właśnie uciechy niezwykłej, odświętnej, pogodzeniowej), i już wszyscyśmy rzucali się do siatek i wyjmowali wszystko jakby się nam zdarzyło napaść na Świętego Mikołaja, a matka dostawała od tego ataku śmiechu, zanosiła się nim do łez; stary K., widząc to, zaczynał ją łaskotać wąsem, podgryzać, robić malinki, na co nagle się obruszała:
- Co robisz, idioto?!
I już coś tam zgrzytało wstępnie; ale ja wtedy przyglądałem się żałobniczkom zupełnie pobladłym, lewitującym bezwładnie w woreczku; wlewałem je do akwarium i patrzyłem, jak opadają na dno, jak inne rybki przyglądają się ze zdziwieniem, kto wpuścił na ich terytorium tę padlinę. Żałobniczki bowiem nie były zbyt odporne na mróz, sam entuzjazm mojej matki nie wystarczał, by je rozgrzać; od sklepu do sklepu patrzyły na świat z chybotliwego woreczka coraz mętniej, ich ciemne płetwy zaczynały blaknąć, i choć – kto je tam wie – może domyślały się, że są radosnym prezentem i muszą wytrwać ten etap przejściowy, choć może – któż to wie – przeczuwały, że czeka na nie cieplutkie akwarium pełne roślinek i towarzyskich gupików, z tą wizją w swoich rybich mózgach zamarzały w drodze do domu, a ja mogłem im tylko urządzić marynarski pogrzeb w toalecie. Matka przypomniała sobie o mnie:
- Ojej, a ja ci kupiłam rybki, gdzie one są, zostawiłam je w sklepie?
Uspokajałem ją:
- Nie nie, już je znalazłem, już pływają, zobacz.
I patrzyła w akwarium, nie odróżniając gatunków, wpatrywała się, wsłuchiwała w cichy bulgot filtrowanego powietrza, przynosiła sobie zydelek i zasiadała na dobre, mówiąc:
- Ja na trochę siądę przy tych rybkach, żeby się pouspokajać.
Już wtedy wiedziałem, że kiedyś w przyszłości czarnej i nieuniknionej, kiedy matka umrze, mordercze będą dla mnie wspomnienia takich jej nieudaczności, takich gaf niewinnych. Dopiero nad grobami okazuje się, żeśmy kochali rodziców za niespełnienia, za to, co się nam wspólnie nie udało, ich gafy wystają z grobu najrzewniej i nie dają się wepchnąć do środka. Ech, dopiero nad grobami okazuje się.