Ostatni zlot aniołów

Marian Pankowski
Ostatni zlot aniołów
  • Wydawnictwo Krytyki Politycznej/Stowarzyszenie im. Stanisława Brzozowskiego
    Kraków 2007
    125x195
    72 strony
    ISBN: 978-83-61001-07-7

Marian Pankowski, nestor polskiej prozy, najnowszą powieścią jak zwykle zaskakuje czytelników. Pisarz, powszechnie uważany za prowokatora i obrazoburcę, który bez obaw zajmuje się tematami tabu, tym razem wysyła swojego bohatera w... zaświaty, na odbywający się tam zlot aniołów. Kreśli przy tym obraz zaświatów - co tu kryć - mocno nietypowy, by nie powiedzieć - na pierwszy rzut oka dziwaczny. Anioły zorganizowane są w... komanda, niczym więźniowie obozu koncentracyjnego. Jest tam między innymi “Komando Obrony Grzechu Pierworodnego”, “Komando Mężów”, czyli macho, czy “Komando Postsodomitów”. Jak na eteryczne istoty, anioły zajmują się sprawami dosyć nietypowymi, przede wszystkim bardzo mocno interesują się tym, co ziemskie i cielesne. Urządzają, na przykład, slam poetycki, podczas którego recytują sprośne wierszyki. Czyżby Ostatni zlot aniołów był jedynie eschatologiczną fantazją, obliczoną na zgorszenie maluczkich, niczym więcej? Otóż, nie. Pankowski, jak to Pankowski, posługując się nieco frywolną, prowokacyjną formą (w powieści wspomnienia z przeszłości mieszają się z wyobrażeniami przyszłości, rzeczywiste poprzerastane jest fantastycznym, a proza sąsiaduje z poezją), rozprawia o sprawach jak najbardziej poważnych. W najnowszej powieści pisarz rozwija tematy, którymi zajmował się w opublikowanej ponad dwadzieścia lat temu powieści Pątnicy z Macierzyzny. Po raz kolejny pyta o miejsce Boga i religii we współczesnym świecie, o sensowność rozmaitych praktyk religijnych, o stosunek człowieka żyjącego na początku XXI wieku do sfery religijnej; znowu powraca też do swojego ulubionego tematu, opisując przenikanie się sacrum i profanum, “tematyki oddolnej” i wzniosłej. Przy czym raczej mnoży wątpliwości, niż zmierza do jednoznacznych konkluzji, starając się dookreślić swój pokomplikowany stosunek do religii i Boga. Ta niewielka objętościowo powieść dostarcza naprawdę sporego materiału do refleksji.

- Robert Ostaszewski


Fragment

Istne obozowisko, w wigilię… w wigilię czego? Nowego? A czyjego? Pokaz mód metafizycznych. Te tęgie matrony w sukniach zawsze niedzielnych, a tam dżinsy i bluzki przylegające ostentacyjnie do znamion obu płci. Stoję, patrzę i zaczynam się ukaruzelać, bo nie wiem, w którą stronę ruszyć, kogo o cokolwiek zapytać, byle kontakt nawiązać z tym całkiem… po ludzku zachowującymi się Aniołami. Nikogo w pobliżu. Tu stała karczma żydowska. Nawet resztek dymu nie ma w powietrzu po niej i po nich.
- Dziwisz się i dziwujesz, coo?
Obrócę się, a to wysoka, elgrekowata Aniołka. Uśmiecha się, ubawiona moim oniemieniem. Widzi, że zauważyłem jej dżinsy.
- Na imię mi Helena, a dżinsy to strój Aniołów i Aniołek podchodzących sceptycznie do tradycyjnego ustroju Niebios…
- Upadłe Anioły… Upadające – wtrącę, żeby osłonić swoje zmieszanie. Uśmiechnie się. Po twarzy widać, że ma kłopot z wyborem słowa.
- Towarzyszy ci w tej chwili i towarzyszyć będzie przez cały twój dzień między nami… prawie Anioł, w gruncie rzeczy kobieta Helena, pełna jeszcze ziemskości, przyjęta na kurs siedmioletni. Na ziemi byłam socjologiem, tu pogłębiam prawdy, które przyniosło ludzkości monoteistyczne cesarstwo.
Widzi moją minę prowincjusza skrobiącego się w głowę, kiedy stanie przed „Gerniką” Picassa.
- Wiesz… jestem nadal racjonalistką… stąd też nieobecność skrzydeł – obróci się i ukaże gładką obłość pleców. – W moim komandzie nie ma innych stażystów. Wszyscy jesteśmy… jak by to powiedzieć… Jak nas ktoś pyta, co my za jedni, odpowiadamy, tak trochę z plebejska… my? Wiedzaki! Co bynajmniej nie znaczy, że „wiemy”, lecz to, że wiedza, jedynie ona, wiąże nas poważnie z wielkim misterium Kosmosu. Jesteśmy nielotni – a oni – wskaże podbródkiem przechodzące właśnie komando – to Wierzaki, Aniołki i Anioły wierzący. To Komando Obrony Grzechu Pierworodnego. Skrzydlaci, rzecz jasna. Miejscem ich pracy są sny ziemian. Sugerują wam obrazy subtelne, pragnąc nimi zastąpić wasze… kosmate fantazmaty – uśmiechnie się najwyraźniej do swego ziemskiego wspomnienia – podczas gdy my zajmujemy się ludźmi zarażonymi nienawiścią, bądź otyłymi z egoizmu.
- A oni, ci wierzący – pytam odruchowo – oni by nie mogliby wam pomóc?
- Swą obecnością uwierzytelniają możliwość wzorowego istnienia. Model, choć niebiański i pozazmysłowy, jest nadal przypominany śmiertelnikom. Wiesz o ideale czystości duszy i ciała z historii mitów i religii… Bez tego nasza wiara nie miałaby sensu.
Uśmiechnie się, jakby chciała wyrazić swą neutralność, a może i sympatię dla przybysza zza wody. Teraz jakby mgła się odziała. I tylko włosy-kłosy dojrzałej pszenicy widać i plecy bezskrzydłe, malejące. Jeszcze jej prawa ręka z dna liszniańskiej doliny mi pomacha. Ale i ona znikła.
Nie jestem sam. Nowe komando wychodzi na główną ulicę obozu. Idą równiutko, pod sznurek, teraz biorą zakręt pod kątem prostym i to z prawej nogi. Ruszam w stronę pagórka, na którym wyjątkowy ruch. Toczą na kółkach zielony stół konferencyjny, ustawiają i kamienie podkładają, żeby poziom ustalić niechybotliwy. COOO?! Moja przewodniczka Helena mikrofon sprawdza, dmucha i palcem przytyka, i potakuje, że wszystko w porządku. Odpowiedzialna za sprawy dnia. Teraz blond głowę na wschód obróci, skąd ma nadejść widocznie ktoś ważny. Udaje, że nie widzi podglądajły, bo ja za krzakiem dzikiej róży, w przepychu płatków i pylników, co farbują nosy trzmieli, przystanąłem. A te różyczki…

z nich bym wianuszek,
Powyżej uszek,
rosę niewinności,
na jeden i drugi cycuszek!
Koniec urzeczenia florą, bo socjolog Helena, dzisiejsza dyżurna niebiańskiego seminarium, wesoło o blat stołu ręką na płask – pac! I ustaje gwar.
- Wczoraj, moi drodzy, mieliście spotkanie dyskusyjne, zatytułowane nieco prowokacyjnie „Przez teleskop transkomiczny ku nieskończoności”. Nie wiemy, czy tytuł wszystkich odpowiadał… Mam na myśli stopień obiektywnego formułowania pytań czy propozycji.
Czyjaś ręka. Stąd, gdzie stoję, widzę, że to Aniołka po pięćdziesiątce, czyli Anielica.
- Proszę – zachęci ją Helena.
- Autora zapowiadającego wczorajsze seminarium – zwraca się niemal do pierwszych rzędów – jakby urzekła już sama etymologia wyrazu „nieskończoność”, ta rozległość semantyczna terminu mającego dziś zastosowanie również w myśli matematycznej… Natomiast stronnicy wczorajszej interpretacji myśleli to pojęcie… z małej litery. Czyżby chcieli zasugerować, że „nieskończoność”… to w gruncie rzeczy taki sobie… niebyt?
Jeszcze dobrze nie usiadła, a już senior o skrzydłach może zbyt po fryzjersku przylizanych, podniesie rękę i wstanie. Okrasiwszy twarz salonowym uśmiechem, tak przemówi:
- Szukanie dziury w całym, to dialektyka z niskiej półki… tym bardziej porą naszego skrzydlatego Zlotu, być może już ostatniego. Toteż naszym przyjaciołom niedowiarkom proponuję nieco inny tytuł dla wczorajszego seminarium, na przykłąd: „Z teleskopem transkomicznym ku nowym odkryciom odwiecznych praw rządzących Ładem”. Ostatnie słowo pisane z dużej, bardzo dużej litery.
Nie brakowało uśmiechów i potrząsań głową. I co? Koniec drugiego dnia Zlotu? Gdzie tam. Już pcha się do mikrofonu na stole Anioł przysadzisty. Helena uprzejmie zbliży aparat. Przysadzisty Anioł jeszcze moment zaczeka, aż się zebrani jako tako uciszą. Wtenczas wargę wargą przydusi; choć wzrostu średniego, spojrzy na słuchaczy pomnikowo i tak przemówi:
- Patrzycie na mnie i zapytujecie swą myśl, co nam ten emeryt arcyanielskiego, arcy-kawa-na-ławę, spróbuje wyłożyć? Jaką nam modlitewkę za trzy grosze, półtechno, półblues zaintonuje… na chwałę św. Dygdy co-go-nie-ma-nigdy? Żebyśmy gromkim śpiewem mu zawtórowali? – zaprzeczy kategorycznie głową. – Nie. Ja straganowej dialektyki nie uprawiam i nie pora na chóralne katechizmy… I nie czas na te „opaszmy ziemskie kolisko, podajmy sobie ręce”, dziś kiedy planeta drży w posadach! W tym roku głębinowe skorupy pod oceanami zatrzęsły naszym światem, nie licząc się z wolą Bożą… Toteż zaroiło się od tysięcy wdów i wdowców, od tysięcy sierot… Oczywiście zajmiemy się nimi, sprawimy im nogi i ręce z materiału, który się nie starzeje!