Baskijski diabeł. Opowiadania i reportaże

Zygmunt Haupt
Baskijski diabeł. Opowiadania i reportaże
  • Czytelnik
    Warszawa 2007
    145 x 205
    672 strony
    ISBN: 978-83-07-03094-4

Zygmunt Haupt urodził się na Podolu, studiował architekturę we Lwowie i uważał się początkowo za malarza, pod koniec dwudziestolecia międzywojennego zaczął jednak pisać. Brał udział w II wojnie światowej jako żołnierz kampanii wrześniowej w Polsce, potem w polskim wojsku we Francji i Wielkiej Brytanii. Po wojnie osiadł w USA wraz z żoną Amerykanką, najpierw w Nowym Orleanie, potem w Nowym Jorku, publikował swoje opowiadania w najlepszych polskich czasopismach i wydawnictwach emigracyjnych: Wiadomościach, Kulturze, Instytucie Literackim. W kraju pozostawał prawie nieznany.
Obszerny tom opowiadań i reportaży Haupta jest największym dotąd wydanym zbiorem jego twórczości i stanowi wydarzenie literackie dużej wagi. Te opowieści są najczęściej inspirowane biografią autora, a zatem akcja ich toczy się na Wołyniu i Podolu, we Francji, na południu USA. Ale ta akcja rozbija się najczęściej na kilka osobnych wątków splecionych razem swobodnie i na pozór gawędziarsko, choć z dystansu ujawniających dużą dyscyplinę. Styl Haupta jest natychmiast rozpoznawalny: rządzi nim wędrówka skojarzeń, kontrapunkt nastrojów i perspektyw widzenia świata. Pisarz opowiada o własnym dzieciństwie widzianym z perspektywy dorosłości – i zdarzeniach wieku dojrzałego, w których umie zachować bezpośredniość i świeżość postrzegania dziecka; kreśli portrety przyjaciół i członków rodziny, ale też ludzi spotkanych przypadkowo. Opowiada o zwyczajach małych społeczności wołyńskich: polskich i ukraińskich chłopów, Żydów, małomiasteczkowej inteligencji, właścicieli ziemskich i żołnierzy, przywołuje widziane malarskim okiem obrazy natury i kreślone w świetnym, perspektywicznym skrócie scenki rodzajowe, ale przede wszystkim zatrzymuje wzrok na postaciach, które go intrygują i poruszają – na ludziach zakochanych, walczących, ludziach u początku i u kresu życia. Wbrew zatem pozornej nieistotności tego, co w tych opowieściach pokazane, Haupta – erudytę i filozofa – interesują tematy najpoważniejsze, zaduma nad egzystencją człowieka: próbuje narysować kształt ludzkiego życia, splot różnych losów, wpatruje się w ich niejasną symbolikę, poszukując sensu.

- Jerzy Jarzębski

Zygmunt Haupt (1908-1975) jeden z „wielkich nieodkrytych” polskich pisarzy XX wieku.

Fragment

Na parapecie okna, w baniastym słoju, kisły sobie wiśnie pod grubą warstwą miałkiego cukru. Szyja tej bani była przewiązana gazą, ażeby muchy tam się zanadto nie pchały. A w furtce domu spotkałem, natknąłem się twarzą w twarz z mecenasem Czesnym, który unosił za ucho olbrzymi, blaszany baniak, w jakim normalnie gotuje się bieliznę, kiedy jest pranie. To jego krzątanie się koło spraw domowych, włącznie z przynoszeniem czy odnoszeniem wielkiego, a nie przystojącego mu naczynia, świadczyło raz jeszcze, że jest ogromnie przywiązany do spraw materialnych i nawet baniak-kocioł z cynkowanej blachy jest ważny i wart, ażeby się o niego zatroszczyć i nie pozostawiać w narażonych miejscach.
Przyjechałem tam koleją rano, ale przedtem jeszcze ojciec dał mi adres ludzi, u których miałem się zatrzymać. Ale nie anonsując się u nich naprzód zabrałem swoje lary i penaty, tyczki, taśmy i pryzmaty i odszukałem kataster: długi, ponury, prowincjonalny budynek biurowy, gdzie nad bramą wejściową była tablica z urzędowym orłem i napisem: „Kataster I-szy". Woźny poprowadził mnie wybielonym korytarzem, gdzie było kilku interesantów jak senne, zimowe muchy poprzylepianych do kątów i kurz leżał na listwach okien.
Budynek był dawną siedzibą magnatów, ale pozostałością tego były tylko mury, a i te ścięto do wysokości pierwszego piętra i przykryto spadzistym dachem, krytym blachą. Z dawnej świetności została tylko brama — kamienie z piaskowca, sterczące gzymsami i barokowymi kartuszam unoszonymi przez barokowe bambina i zefiry, z rysującymi się w nich herbowymi Trąbami i rodowym motto: „Bóg Nam Radzi".
Po zapoznaniu się z zadaniami, dla których mnie tu przysłano, dopiero nad wieczorem skierowałem się do domu mecenasa Czesnego, gdzie miałem zatrzymać się. Mecenas Czesny przywitał mnie z dobrze wymierzoną grzecznością: ani tego za mało, ani za dużo, w sam raz do mej pozycji niezgrabnego, dorastającego młodzieńca, z którego nie wiadomo jeszcze co będzie. Może dlatego, że mecenas był małego wzrostu, to jakby przez kontrast niesione przez niego naczynie wydawało się jeszcze większe. Także jego żona, górująca nad nim o głowę, wydawała się znacznie od niego wyższą jeszcze. Była to już starsza osoba, trzymająca się bardzo godnie, w długiej, powłóczystej sukni i o siwiejących włosach. Bardzo przyjaźnie podała mi białą rękę, którą ucałowałem, i poproszono mnie na drugą stronę domu; trzeba było dom obejść naokoło.
Przedzielony od ulicy sztachetami dom wyglądał bardzo pospolicie od frontu, ale z drugiej strony, od ogrodu, było bardzo inaczej, niespodziewanie inaczej, z czymś w rodzaju kamiennego tarasu i łagodnym spadkiem ogrodu, w którego głębi rosły olbrzymie drzewa –  srebrne topole. Te drzewa były niebosiężne.
Były tak olbrzymie, że górowały nad małym miasteczkiem i z bliska, i z daleka i kopuły ich było widać jeszcze na mile i mile, i jak w samym mieściie było gdzie pójść, to gdzie popatrzeć, gdzie się rozglądnąć, to zielone, srebrne kłęby ich listowia piętrzyły się pod niebem.
No to na tym tarasie było jakieś towarzystwo i tam także spotkałem Emmę Bovary.
Albo sobie utleniała włosy, albo były one naturalne tego koloru, te włosy, trochę koloru mosiądzu, trochę miedzi, zaczesane gładko od czoła i z tyłu, na potylicy, poukładane w jakieś węzły, i cerę miała białoróżową, ze śladami piegów, ale i to bardzo leciutkich i do tego je przypudrowywała. Była przystojna, ale trochę pospolita, miała ładną szyję i bardzo ładne ramiona i ręce. Domyślałem się, że jest wysoka – teraz, kiedy tak siedziała w ogrodowym fotelu, trochę leniwa, ale czujna i nerwowa. Na serdecznych palcach obu rąk miała kilka pierścionków – jeden z brylancikiem i jeden z ametystem – i nieuważnie bawiła się nimi, na przemian usiłując ściągnąć je, ale przeszkadzał w tym staw palca. Suknię na sobie miała straszliwą: letnią, z jakiejś gazy lila, coś ohydnego samo w sobie, ale na mojej Emmie Bovary nabierało to właściwie wdzięku. Kiedy, przedstawiony, całowałem ją w rękę, to zaleciało mnie mocno jakąś perfumą czy piżmem, aż mnie zemdliło.
Niektóre rzeczy z przygody tej w owo lato pamiętam świetnie, mogę aż do teraz widzieć wiśnie w szklanej bani na parapecie okna, a inne sprawy albo i ludzi pozapominałem. Któż to był tam wtedy na przyjęciu na tarasie nie pamiętam. Jacyś państwo z córeczką – i tych sobie ani rusz nie mogę przypomnieć. Był jeszcze jakiś elegant miejscowy – tego także, choć zabij, nie pamiętam. Pamiętam za to szczegół taki jak ten, że dziewczynka miała czarne pończoszki i żółte, płyciutkie pantofelki i kiedy sobie biegała wokół krzeseł dorosłych, to ten elegant, lokalny anegdociarz i dowcipniś, wołał z| nią, za małą:
„A uważaj, Zosiu, bo ci pięta ucieknie" – bo dziewczynka miała w pończoszce na pięcie bardzo widoczną dziurę wielkości pieniążka.
I mała Zosia, i ja wzięliśmy to nawet za dobry kawał, ale rodzice – nie. Bo to był przecież przycinek uszczypliwy, lokalny, miasteczkowy do mamy, że niedorajda, co tu mówić, niechluja, kiedy idzie z dzieckiem na wizytę, a pończoszki nie pocerowane. Trzeba było widzieć bezsilne, złe spojrzenia rodziców i parafiańską uciechę innych.
Byli tam jeszcze jacyś ludzie: zamężna para, zięciostwo mecenasostwa Czesnych, i komendant tamtejszej ekspozytury policji państwowej — facet zdaje się, nerwowy, bo wyciągał sobie palce ze stawów rąk, aż trzaskało.
No to my z powrotem do Emmy Bovary. Złożyło się tak, że po przedstawieniu znalazłem się koło niej i poczułem na sobie jej spojrzenie. Jakie? Znudzone, spłoszone, wzgardliwe, pytające, sarnie (miała co prawda zielone oczy), błagalne, wyzywające, aroganckie, powłóczyste. Cóż za suka? – pomyślałem sobie i przeszliśmy do rozmowy towarzyskiej.