Nowy kwiat cesarza (i pszczoły)

Ignacy Karpowicz
Nowy kwiat cesarza (i pszczoły)
  • PIW
    Warszawa 2007
    145x230
    256 stron
    ISBN: 978-83-06-03077-8

Już pierwsze książki Karpowicza, powieści Niehalo i Cud, pokazały, że jest to prozaik oryginalny i niezwykle pomysłowy. Ale w Nowym kwiecie cesarza autor przeszedł samego siebie. Właściwie, trudno jest nawet dookreślić gatunkowo ten tekst, w którym pomieszane zostały elementy reportażu, powieści, dziennika z podróży i czegoś w rodzaju poematu dygresyjnego prozą. Karpowicz przedstawia – jak to zwykle u niego: przewrotnie – specyfikę rozsnuwanej przez siebie narracji w ten oto sposób: „jeżdżę na gapę po dygresjach (…) Interesuje mnie wszystko, o czym piszę i – jednocześnie – nic mnie nie obchodzi”. Pisarz opowiada o swoich wyprawach po Etiopii, mocno doświadczonym przez historię, ubogim afrykańskim państwie, które czytelnicy mogli poznać choćby z lektury świetnego reportażu Ryszarda Kapuścińskiego Cesarz. W rozedrganej jak powietrze w afrykańskim upale, pełnej dygresji narracji ukazuje swoje zderzenie z odmienną kulturą, w której biali traktowani są specyficznie, zmagania z Kafkowską nieomalże biurokracją, pisze o dzisiejszej Etiopii i jej mieszkańcach, daje wypiski z historii tego kraju, przedstawia fascynujące zabytki i krajobrazy, o których mało kto z ludzi Zachodu wie. A wszystko to doprawia – to już nieomalże znak firmowy pisarza – sporą dawką wyrafinowanego dowcipu i ironii.
Kiedy myślę o nowej książce Karpowicza, nieodmiennie przychodzi mi do głowy jedno słowo: „dziwna”. Tak, to dziwna proza, ale ta – przede wszystkim formalna – dziwaczność jest – tak przynajmniej sądzę – celowa. W ten właśnie sposób autor Cudu starał się oswoić „dziwność istnienia”, która dopadła go, gdy podróżował po Etiopii.

- Robert Ostaszewski

Fragment

Po obfitym śniadaniu postanowiłem wypuścić się na pierwszy spacer ulicami etiopskiej metropolii. Jednocześnie zależało mi na sprawdzeniu, czy coś ukradną. W ciągle jeszcze wiarygodnym przewodniku wspomniano o zastępach dzieci, żebraków, naciągaczy, kieszonkowców i wszelkiej maści złodziei. Zauważono jednak, że Nowy Kwiat (bo tak brzmi przetłumaczona z amharskiego nazwa miasta) bardziej szczeka, niż gryzie. Dalej zaś napisano, iż instynktowną odpowiedzią na uroki Addis jest najprędsza z możliwych ucieczka ze stolicy. Następnie pojawiają się dobre rady, jak tego dokonać.
Pełen wiary i najlepszych chęci podnoszę się, płacę, sprawdzam uprząż mojego antyzłodziejskiego portfela z czekami, pieniędzmi i dokumentami (uszczuplonymi znacząco absencją paszportu).
Addis położona jest na wysokości około 2400 metrów n.p.m., co czyni z niej trzecią pośród stolic świata, jeżeli mierzyć wydźwignięciem ponad taflę mórz i oceanów. Przewodnik pana Briggsa nie jest jedyny. Z innego dzieła (wydanego przez Camerapix) wygrzebuję taki oto opis, czarujący i pisany w bezpiecznym oddaleniu od rzeczywistości albo przez kogoś przekupionego: „Szerokie, trójpasmowe ulice, znakomita architektura, wspaniała pogoda i malownicze karawany osiołków przemierzających bulwary sprawiają, że Nowy Kwiat jest miejscem godnym polecenia", jakby tego było mało, wspomina się o bogactwie przytulnych kawiarni i ciastkarni, co przywodzi na myśl Rzym. Oczywiście.
Wychodzę na ulicę. Nazywa się Muniyem, jest krótka i stroma. Zamiast wspinać się pod górę, postanawiam zejść w dół. Chociaż ulica jest krótka i - prawdę mówiąc - jednoznacznie jednopasmowa, kilka osób zdążyło już poprosić o pieniądze. Energicznie udaję, że tego nie słyszę. Jak na razie pomysł z niedorozwojem słuchu funkcjonuje bez zarzutu. Próśb nikt nie powtórzył. To znaczy powtórzył, ale kiedy wracałem, więc się nie liczy.
Skręcam w prawo w ulicę o swojskiej nazwie Wavel. Zdarzać mi się jeszcze będzie nazywanie ulic po imieniu. Pożytek z tego żaden. Przede wszystkim ulice są nieoznakowane. Nazwy pojawiają się wyłącznie na planach miasta. Ich jedynymi użytkownikami są biali turyści i - w tej materii panują sprzeczne opinie - etiopska poczta. Pewnym utrudnieniem jest również fakt, że każda przyjemniejsza droga albo aleja zawłaszczyła sobie prawo do dwóch, trzech, a nawet większej liczby synonimów. Określenia te są generalnie wymienne. Nie byłoby nic złego w tej rozrzutności, gdyby każdy znał wszystkie.
Niestety. Jeśli się zgubicie, pytane osoby prawie na pewno nie będą dzieliły z wami topograficznej wiedzy. Gdyby się jednak okazało, że zarówno wy, jak i pytana osoba powtarzacie to samo - nie ma się z czego cieszyć. Przyczyn może być kilka. Podam najbardziej prawdopodobne dla zobrazowania dramatyzmu sytuacji zagubionej osoby. Rozmówca nie zna angielskiego i po prostu mantruje to, co powiedzieliście. Rozmówca zna angielski, ale nie wie, o czym mówicie, mantruje, żeby sobie trochę pogawędzić. Rozmówca zna angielski i wie, o czym mówicie, nie ma jednak pojęcia, gdzie znajduje się poszukiwana ulica, mantruje, żeby was nie urazić. Rozmówca zna angielski, wie, o czym mówicie, i wie - obiecuje -jak się tam dostać.

Naiwny turysto! Wcale nie zostałeś ocalony!

Rozmówca w najlepszym razie myśli o trzeciej nazwie ulicy, która kilka lat temu wyszła z powszechnego użycia (ale nie w tej części miasta, w której się znalazłeś), podczas gdy ty myślisz o pierwszej nazwie, tak starej, że wszyscy dawno zdążyli o niej zapomnieć. Jeśli podążysz za właśnie uzyskanymi w niemałym trudzie wskazówkami, z pewnością odkryjesz zupełnie niezbadane rejony. Naprawdę warto. Twoja sytuacja nie zmieni się znacząco - zgubić się bardziej nie można; albo się jest zgubionym, albo nie, nic pośrodku. Tako rzecze protestancka nauka o predestynacji. Skoro zaś zdecydowałeś się na podróże, masz, czego chciałeś -podróżujesz tam, gdzie jeszcze nie byłeś.
Wbrew pozorom etiopskie umiłowanie słowo-nazwotwórcze znajduje głębokie uzasadnienie estetyczne i filozoficzne. Wystarczy rozumować tak jak oni. Prominent wymyśla nazwę. Najczęściej nie pyta mieszkańców, czy im się nowa nazwa podoba i czy pasuje do topograficznej rzeczywistości. Nie zadaje sobie trudu sprawdzenia, jak ową, dla przykładu, aleję nazywano wcześniej; bo przecież jakoś nazywać musiano; miasto nie znosi próżni. I co? Pogodzić się, ot tak, z niekompetencją urzędnika? Nigdy w życiu! A niech on sobie z mocy stołka nazywa, co i jak chce.
Idźmy dalej tym tropem. Trop jest bezpieczny. Nie zgubimy się.
Mamy już nazwę. Świat nie stoi jednak w miejscu, wyrastają nowe budowle, stare się rozsypują, ulica żyje, zmienia charakter, czasami pojawia się nawet asfalt. I co? Jedna jedyna nazwa ma ją opisywać na zawsze?
Bzdura.
Nazwę należy zmieniać, dostosowywać do obecnej sytuacji. Tylko w ten sposób pozostanie adekwatna do rzeczywistości. Tylko w ten sposób oddać można migotliwość i bogactwo uniwersum. Dlatego Etiopczycy operują jednocześnie kilkoma nazwami. Niejednokrotnie nazwy wędrują. Tu była ulica Piękna, ale postawiono wieżowiec: i piękna to ona może była, ale już nie jest. Niedaleko natomiast zasadzono eukaliptusy, wyglądają pięknie, więc ulica staje się Piękna. No ale policja nie upilnowała eukaliptusów, wycięli na opał. W zasadzie tylko eukaliptusy były ładne, teraz została Wąska uliczka. No ale niedaleko...
Jest w tej aktywności językowej miejsce na daleko idące zaznaczanie własnej indywidualności. Mnie się ten wieżowiec podoba, zmieniajcie sobie nazwę, jeśli chcecie, dla mnie to ciągle Piękna.
Muszę przyznać, że ten ciągle nazywany, stwarzany wciąż od nowa, nietrwały jak tęcza świat w pierwszej chwili wydał mi się wrogi. Afrykańska odsłona urbanistycznej dżungli. Później jednak, kiedy bolesny proces przystosowawczy miałem już za sobą, ów zwyczaj, zamęt, ruch polubiłem bez zastrzeżeń.