Maska Arlekina

Hanna Kowalewska
Maska Arlekina
  • Zysk i S-ka
    Poznań 2006
    125 x 195
    318 stron
    ISBN: 83-7506-047-X

Maska Arlekina to trzecia po Tego lata w Zawrociu i Górze śpiących węży część powieściowego cyklu Hanny Kowalewskiej. Cykl ten łączy osoba głównej bohaterki, Matyldy, domek w Zawrociu jako miejsce akcji, pamiętnik jako forma narracji i zmarła babka będąca adresatką zwierzeń. W poszczególnych częściach ukazane zostają perypetie protagonistki (przeważnie sercowe), ale też – i to różni każdą z powieściowych odsłon – w centrum akcji usytuowana zostaje kolejna zagadka z przeszłości. Posiadłość w Zawrociu to swego rodzaju katalizator detektywistycznych skłonności Matyldy, tu bowiem ukrywają się tropy prowadzące do tajemnic jej rodziny i również tutaj „materializują się” duchy z przeszłości.
Takim właśnie upiorem jest Olga, koleżanka ze studiów i dawna rywalka bohaterki. Olga związana była z Filipem „Świrem”, późniejszym mężem Matyldy. Wprawdzie przegrała rywalizację, ale stała się zarazem jedynym świadkiem tragicznej śmierci Filipa. Po dziesięciu latach, jakie minęły od tamtego wydarzenia, wraca ona do Polski i prowokuje bohaterkę do kolejnego śledztwa. By poznać prawdę, Matylda będzie musiała się zmierzyć z najbardziej traumatycznym doświadczeniem swojego życia. A przy okazji wdać się w sadomasochistyczną rozgrywkę z nienawidzącą jej kobietą. Czas ujawni jednak, która z bohaterek bardziej cierpi.
Hanna Kowalewska potwierdza swoje umiejętności w budowaniu powieściowego napięcia i konstruowania intrygi. Jest też wyborną znawczynią ludzkich charakterów. Maskę Arlekina można więc ulokować pomiędzy powieścią sensacyjną a psychologiczną.

- Marta Mizuro


Fragment

XII. ZAKLINACZE DESZCZU
A potem zaczął się całkiem niezły weekend. Olga dała się namówić na zwiedzanie Warszawy, której nie widziała prawie dziesięć lat
Okazało się, że to inne miasto, niż myślałam. W każdym razie Olga widziała je zupełnie inaczej niż ja. Przede wszystkim było to miasto klubów, knajp, pubów, kafejek i piwnych ogródków. Wszędzie, gdzie się nie obejrzałyśmy, był jakiś interesujący lokal, do którego Olga musiała zajrzeć.
Poza tym nagle okazało się, że w tym mieście są same dziury i że te dziury polują na Olgę. Co chwila jej obcas wpadał w nadkruszony beton czy szczelinę w asfalcie.
– Europa! – sarkała, oglądając kolejną rysę na skórze włoskich pantofelków. – Cholerne niedoróbki! Gorzej jeszcze niż za komuny. Wtedy przynajmniej człowiek wiedział, co go może spotkać. Był na to duchowo przygotowany. A teraz liczy nie wiadomo na co!
Dziesięć lal temu Olga nie nosiła butów na obcasach, cielistych pończoch i zwiewnych szatek. Nie miała na głowie farbowanych włosów, długich paznokci pociągniętych jaskrawym lakierem i tony tuszu na rzęsach. I nie ruszała się jak damulka, tylko mocno stąpała po świecie, mając na nogach solidne buty, z grubą i płaską podeszwą. Czemu teraz upierała się, by na obcasach, dobrych do biura, gdzie się godzinami siedzi przy biurku niedaleko gabinetu szefa, poznawać stary-nowy świat i to na piechotę? Po co jej były niewygoda i ból? Czemu postanowiła się tak strasznie męczyć? Chciała sobie i mnie udowodnić, że to miasto jest do bani? Tak bardzo potrzebowała jego pomniejszenia? Ale dlaczego? By wywyższyć swoje obecne życie? Berlińskie? Eleganckie? Wysokoobcasowe?
Nie miało to wszystko sensu, w każdym razie ja nie mogłam się go doszukać. Ona drobiła, a ja chodziłam obok niej swoim dawnym krokiem, w butach wygodnych, o nie najgorszej linii. Tak więc jak przed laty nie pasowałyśmy do siebie, choć z zupełnie innych powodów.
Nie tylko miasto, ale i cały świat był przy Oldze jakiś inny. Padało, choć miało nie padać. Przynajmniej Olga była przekonana, że akurat tego dnia nie powinno. To znowuż miał być upał, a nie było. Olga brnęła w głąb zimnych ulic w lekkich rzeczach, z gęsią skórką, zziębnięta, zdziwiona tym nagłym chłodem, który ją przenikał na wskroś. Wyglądało na to, że już nie rozumie ani tego miasta, ani tego kraju, ani klimatu, niczego, co kiedyś było jej tak bliskie jak mnie. Upierała się w dodatku przy swoim, jakby to miasto i wszystko inne miało dorosnąć do jej wyobrażeń czy wspomnień, a nie ona do okoliczności.
W pobliżu Domów Centrum, w bocznej uliczce – gdzie Olga szukała sklepiku z herbatami, który ponoć kiedyś tu był, a teraz nie chciał się znaleźć – spotkałyśmy Jakuba. Niósł pod pachą kolorowy karton, którego nalepki obwieszczały całemu światu, że jest nie tylko troskliwym, ale i hojnym tatusiem. Luneta! Prezent dla syna! No tak, cóż innego wyciągnęłoby go z samochodu w śródmieściu, którego nie lubił.
– Jakub? Czyli kto? – spytała Olga prowokacyjnie, gdy usiedliśmy razem pod parasolami małej kawiarenki. – Znajomy? Kolega? Przyjaciel? Kochanek? Narzeczony?
Jakub zmieszał się na chwilę. Sam nie wiedział, kim dla mnie jest.
– Znajomy – powiedziałam za niego, a on nie zaprotestował.
– Chyba nie bardzo mu się to miano spodobało – zauważyła ironicznie Olga. Zaraz też wyjęła papierosa, poczekała, aż Jakub poda jej ogień, a potem zaczęła swój monolog. – Albo chciałby więcej, albo nie powiedziałaś prawdy. – Miała nieznośną manierę mówienia w taki sposób, że stale ktoś pozostawał poza właściwym tokiem rozmowy. Tym razem był to Jakub. – Niech zgadnę, kochanek. Tylko nie wiem, czy były, obecny czy też może potencjalny.
– Nie przejmuj się – mruknęłam do Jakuba. – Ona już taka jest. Wydaje jej się, że prowokowanie ludzi to najprostsza droga, by ich rozszyfrować. Dlatego strzela na oślep.
– Czasami udaje jej się trafić – odrzekł Jakub, choć wiedział, że to mi się nie spodoba.
– No i proszę! – Olga zaśmiała się triumfalnie. – Postrzelamy dalej?
– Przestań! – zaprotestowałam.
– Jak sobie życzysz. – Na chwilę zajęła się papierosowym dymem. Ale nie przestawała się nam przyglądać.
By to przerwać, sięgnęłam po kartę dań.
– Mają tu niezły wybór, zwłaszcza herbat. Jaśminowa, tropikalna, żurawinowa, z imbirem, z poziomkami.
– Więc taki masz teraz gust... – powiedziała Olga, niezwracając uwagi na moją wyliczankę. Nie przejmowała się, że jej słowa, a zwłaszcza ton, mogą urazić Jakuba. – Bo widzisz... – zwróciła się do niego – nie widziałyśmy się z Matyldą prawie dziesięć lat. Długo, nieprawdaż? – Strzepnęła popiół. Jakub skinął głową. – Odkrywam ją teraz na nowo. Wszystko jest w niej inne. Ty też w niczym nie przypominasz faceta, którego wtedy kochała. Mąż... Dziwnie to brzmi, gdy się mówi o kimś takim jak Matylda.
Patrzyła na niego z ironicznym uśmiechem, chcąc zobaczyć, jakie to na nim robi wrażenie. Jakub już jednak przybrał maskę obojętności. Wypuścił dym z papierosa, i spokojnie obserwował szary obłoczek, jakby cała ta przemowa nie jego dotyczyła.
– Dziesięć lat? – spytał chwilę później, też pozwalając sobie na odrobinę ironii. – Zagranica, więzienie czy szpital psychiatryczny?
Olga zaśmiała się.
– Zgadłeś. Trzeba tylko wyrzucić czy – powiedziała. – Warto było jednak na chwilę się stamtąd wyrwać, by sobie teraz na was i na to wszystko wokół popatrzeć. Też niezły szpital wariatów. A może cyrk na kółkach. Tak, to chyba lepsze określenie. A ta – pokazała na mnie – ciągle na linie, z parasoleczką. Kiedyś łaziła po niej, bo myślała, że ziemskie przyciąganie jej nie dotyczy, teraz wie, że to nieprawda, ale chce sobie przypomnieć ten stan, gdy się łudziła. A może przyczyna jest inna? Może szuka w górze linoskoczków? Cholera ją wie. A ty, co o tym myślisz?
– Myślę, że tobie byłoby ciężko chodzić po linie na takich obcasach.