Plac zabaw

Marek Kochan
Plac zabaw
  • W.A.B.
    Warszawa 2007
    123 × 195
    428 stron
    ISBN: 978-83-7414-295-3

Plac zabaw to współczesna powieść obyczajowa o zacięciu satyrycznym. W warstwie problemowej rzecz traktuje o kryzysie męskości i odwróceniu ról w nowoczesnej rodzinie.
Powieść ma trzech głównych bohaterów. Dwaj z nich to mężczyźni, którzy pozostają w cieniu swych żon – kobiet przebojowych, zajętych robieniem kariery zawodowej. Trzeci mężczyzna to singiel i playboy, bohater mediów i nałogowy podrywacz. Każdy z nich na swój sposób zmaga się z kryzysem męskiej tożsamości. Ten ostatni, żeby uchodzić za supermężczyznę, inscenizuje śmieszne i zarazem żałosne spektakle uwodzicielskie. Jego męskość zawsze jest skonstruowana, zawsze na pokaz. Z kolei dwaj „mężowie swoich żon” doświadczają kobiecej dominacji na dwa różne sposoby. Jeden z nich jest po prostu ograniczonym umysłowo nieudacznikiem, bezrobotnym na własne życzenie. Opieka nad małym dzieckiem, sprzątanie i gotowanie to odpowiedzialnie zadania, którym ledwo potrafi sprostać. Nie powinien jednak mierzyć wyżej, gdyż poniekąd został stworzony do odegrania roli męskiej kury domowej. Drugi to rozleniwiony naukowiec, który mimo wysokich kwalifikacji umysłowych nie zatroszczył się w porę o własną karierę. Wybrał wygodne życie u boku bardzo dobrze zarabiającej żony. Po latach szamotaniny zrozumiał jednak, na czym polegała jego życiowa pomyłka. Ocknął się i odnalazł swoje miejsce w świecie – został pisarzem.
Kochan unika moralizatorstwa, nie staje po stronie żadnego z bohaterów, zręcznie ogrywa kulturowe stereotypy, jest niezłym obserwatorem przemian obyczajowych, jakie dokonały się w ostatnich latach.

- Dariusz Nowacki


Fragment

DZIEWIĄTA. O TEJ GODZINIE MIAŁ PRZYJŚĆ MAJSTER. Kociak już prawie kwadrans kręci się po mieszkaniu, opukuje, obmierza. Odpuścić, dać spokój, mieć już te okna gotowe. Co tam, że krzywo. Kto zauważy, kto pukał będzie, czy pod spodem gips, czy puste. No, kto? Ojciec. Tak, dziadek Witek zaraz zauważy, pukał będzie. A co go obchodzi, nasze mieszkanie, niech swojego pilnuje. My tu żyć będziemy. Helenka zarobiła, ja remontuję. Wara jemu od tego. Nie żyje on, Kociak, żeby ojca zadowolić, tylko dla siebie. Swoje życie ma. O jakieś tam okna. Będzie się handryczył, o byle co, energię tracił. Powie, że żona oglądała wieczorem i stwierdziła, że nie ale może być. Jakaś to furtka, jakieś od biedy honorowe wyjście. Tak myśli Kociak od dziewiątej punkt do dziewiątej pięć, dziesięć. Nawet o dziewiątej piętnaście jeszcze na tym stanowisku. Dzwoni do Helenki. Że go nie ma, tego majstra. Do ciebie dzwonił może? Bo do mnie numeru nie ma przecież. Nie, nie podawaj mu. W ogóle z nim nie rozmawiaj. Nawet nie odbieraj, jak zadzwoni. Ja załatwię, już ja sobie z nim poradzę. Ale łatwiej to powiedzieć niż zrobić. Tym bardziej że majster nie przychodzi. Za to przychodzi na Kociaka złość, rosnąca między dziewiątą szesnaście a za dwadzieścia dziesiąta z kulminacją o wpół do. Co on sobie myśli, palant jeden. Skórkowy menago. Sobie myśli, że co, że oni we dwoje z Helenką będą tyle na niego czekać? Czy sama Helenka tym bardziej. Kiedy ona ma sprawy, biznesy, swój cenny czas miałaby na majstra tracić? I to jako klient, który płaci. Buzuje w Kociaku nienawiść coraz większa, potem, gdy zbliża się dziesiąta, stopniowo opada, rafinuje, zastyga. Na koniec utwardza się. Czekaj ty, ja cię urządzę, i buty uszyję. Zamówienie przegląda, sprawdza, jakie ma paragrafy. Spokojny, prawie radosny już Kociak słyszy dzwonek do drzwi, jest za pięć dziesiąta. No, wyrobiłem się na czas, mówi zadowolony z siebie majster. A żona gdzie, żony nie ma? Dobrze, to już z panem załatwimy. Więc jak, tu wszystko przygotowane, tu rachunek mam, wręcza. Załatwimy, wszystko załatwimy, odpowiada mu Kociak, uśmiecha się. Tylko nie dziś jeszcze. Jak to? Ano, drobne poprawki trzeba jeszcze zrobić. Jakie poprawki? Wie pan, panie, Kociak patrzy na rachunek, a na nim pieczątkę z nazwiskiem, panie, tak, nie mylę się, Adrianie, dla mnie to by nawet mogło być. Za dnia obejrzałem, i to w sumie by uszło, dla mnie. Ale żona! Żona, panie Adrianie. Wściekła mi się. Przyszła za dwie dziewiąta, obejrzała, mówi mi, to skandal, fuszerka, tak to nie może być. Będą od nowa okna całe wstawiać, powiedziała, albo w ogóle firmę się zmieni, przepadnie zaliczka, trudno. Kto inny porządnie to zrobi. Ledwie ją ubłagałem, panie  Adrianie, daj im szansę, powiedziałem, to dobra w sumie ekipa, starali się, to przez pośpiech, na spokojnie przyjdą, poprawią. Miał pan szczęście, że pan wcześniej nie przyszedł. Dałaby ona panu. Do pięć po czekała i poszła, jak lokomotywa by się po panu przejechała, gdyby pan jej się nawinął po drodze. Pan jej nie zna, ona tylko wygląda na taką, ale naprawdę to jest, panie Adrianie, tajfun. Ona firmę swoją ma, z branży nieruchomości, tam pracowników tak rozstawia po kątach, że przykro czasem patrzeć. I do tego zna się. Prawniczka. Umowy umie czytać. Od razu mi powiedziała, że pan to tylko podwykonawcą jest, umowę ma pan z firmą od okien. Tak, panie Adrianie? No właśnie. Ona powiedziała, że jak coś będzie nie tak zrobione, to tam do szefostwa pójdzie, tak pana urządzi, że się pan z odszkodowań nie wywinie. A mściwa to kobieta jest! Kiedyś jak dla klienta budowlaniec zrobił projekt nadbudowy, adaptacji strychu, i coś było nie tak, to do sądu podała, ekspertyzy przedstawiła, że by się zawaliło, papiery mu odebrali, ze związku wykluczyli. Zniszczyła człowieka. A ma kontakty. Ja pana na razie chronię, ale jakby się na pana uwzięła, to już by pan roboty w Warszawie w żadnej poważnej firmie nie dostał. Z bazy by adresy wzięła i wszędzie pana obsmarowała. By pan powalczył, ale po co to panu, po co panu kłopoty. Przecież pan z Płońska jest, tam roboty mało, a tu dobry duży rynek. Po co ryzykować? Lepiej robić swoje, zarabiać, bogacić się. Jeszcze jak będzie zadowolona, to pana poleci. I do okien i do większych robót. Pan myśli, że po co my to robimy. My takich mieszkań, na wynajem, to kilka mamy. I kilka następnych za chwilę kupimy. To jest dla nas tyle co o! Pstryka z palców. Ja się tylko tym zajmuję, remontów doglądam, pieniądze odbieram. To moja głowa dopilnować. A o drobne poprawki przecież chodzi. Tak, ale co z tego, że dla mnie w porządku, kiedy ona nie jest zadowolona. Ja ją znam, panie Adrianie, ja z nią pięć lat żyje i już się nauczyłem, że lepiej się poddać, zrobić po jej myśli i wtedy jest dobrze. Żeby pan jej już na oczy nie oglądał. Bo jak ona tu teraz przyjdzie, to! Przecież pan tego nie chce, ja tego nie chcę, to jest w naszym wspólnym interesie, żebyśmy to ze sobą pokojowo załatwili. Ja ją biorę na siebie, pan mi tylko trochę pomoże, z tymi poprawkami, a ja pana będę osłaniał. Czy pan, panie Adrianie wie, co ja dostałem za to, że was wczoraj nie przypilnowałem? Więc jak, do rzeczy, dwie sprawy, kąty raz, wypełnienie dwa. Zrywać, nowe płyty gipsowo-kartonowe kłaść, po co? Chyba że się inaczej nie da. Czy dziś, czy jutro, kiedy pasuje. Bo dla mnie to wie pan, luz, byle ona głowy mi nie suszyła, mówi Kociak.