Kołysanka dla wisielca

Hubert Klimko-Dobrzaniecki
Kołysanka dla wisielca
  • Czarne
    Wołowiec 2007
    145 × 170
    96 strony
    ISBN: 978-83-7536-003-5

Kołysanka dla wisielca to krótka opowieść o przyjaźni i szaleństwie. Fabuła tego nastrojowego, kameralnego utworu ma wyraźne zaplecze autobiograficzne. Klimko-Dobrzaniecki mieszkał przez 10 lat (do czerwca 2007 r.) w Reykjaviku, gdzie zrazu podjął studia z zakresu filologii islandzkiej, a następnie pracował w różnych zawodach, najdłużej jako pielęgniarz w domu opieki dla ludzi starych i upośledzonych umysłowo. Część tych ostatnich doświadczeń zawarł w jednej z opowieści składających się na jego ubiegłoroczny dyptyk Dom Róży. Krysuvik.
Zdarzenia, o których mowa w Kołysance dla wisielca, to swoiste dopełnienie wcześniejszej opowieści, poszerzenie palety spraw i listy bohaterów. Pojawiają się tu postaci znane z Krysuviku (autobiograficzny narrator-bohater, jego żona Agnieszka, ekscentryczny Chorwat Boro) oraz postać najważniejsza – muzyk Szymon. Kołysanka… jest hołdem złożonym przyjacielowi, który w młodym wieku targnął się na swoje życie. Opowieść ta jest próbą uchwycenia i objaśnienia jego niezwykłej osobowości, którą na równi zawładnęły – sztuka i szaleństwo. Pytania o powody samobójstwa przyjaciela są tu formułowane niezwykle delikatnie. Narrator bynajmniej nie eksponuje dość oczywistego, zdawałoby się, związku między chorobą i desperackim czynem. W świecie tej opowieści, skądinąd realistycznej, mocno osadzonej w rzeczywistości, granica między tzw. normalnością i szaleństwem jest nie tyle zatarta, ile niesłychanie problematyczna. Szymon – jak wszystkie postacie Kołysanki dla wisielca – był kimś wyjątkowym i zarazem kimś zwyczajnym, o kim mówi się „swój chłop”. To, dlaczego się zabił, musi pozostać tajemnicą.

- Dariusz Nowacki


Fragment

Tam, gdzie kończy się namacalny świat, ten widoczny ze statku i samochodu, świat, który jest częścią historii opowiedzianej, ale jeszcze nie do końca zapisanej, siedzę ja. Jest sierpień. Sierpień jak każdy inny. Niby podobny do poprzedniego, bo ocean pachnie tak samo. Przypływ, odpływ, fale, mewy, wiatr, rdzawe kontenerowce na horyzoncie, plaża z czarnym wulkanicznym piaskiem, wyspa, tablica informująca, w jakich godzinach kamienny kopczyk i skrawek trawy stają się większą całością. Niby wszystko jak dawniej, niby niczego nie brakuje. Natura podąża odwiecznym rytmem. Wschód i zachód. Dzień i noc. Oddycham, żyję, jestem, kocham, widzę. Ale w tym obrazie sierpnia brakuje postaci w niebieskich majtkach. Człowieka z podwiniętą i związaną nad pępkiem w niedbały węzeł kraciastą koszulą. Brakuje mężczyzny niosącego na barkach trzy dłonie przyspawane do długich gwintowanych prętów. Sunął do brzegu przez szarą wodę. Ocean rósł, pęczniał i wypełniał menisk pomiędzy końcem półwyspu a brzegami okresowej wyspy. Teraz dopiero widzę z całą jasnością, że wszystko to pozory, bo za każdym razem brakuje jakiegoś elementu. Układanka powoli staje się niekompletna. Niepowtarzalność. Zdania, słowa, obrazy, nuty zapisane na pięciolinii, sposób palenia papierosa, wyszczerbiony kufel. Niepowtarzalność żyje, zamienia się we wspomnienia, jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, zniekształcana, wyolbrzymiana albo pomniejszana. Ustne przekazy, mój osobisty dylemat z Biblią... Postanowiłem nie czekać dwieście lat. Może z Bogiem sprawa rzeczywiście musiała się odleżeć. Ja mam nieodpartą potrzebę zapisania historii pewnej przyjaźni, małego urywka z życia. Szymon odszedł. Nie ma go teraz w mieście. Nie można go spotkać na ulicy. Tego brakuje mi najbardziej...

Ślad zostawiony w chmurach, do chwili kiedy się nie rozejdzie albo nie przetnie go inny samolot. Kilka słów rzuconych w autobusie na trasie do centrum, podróż pociągiem. Poznaliśmy się nie w autobusie, nie w samolocie i nie w pociągu. Bez odgłosów, warkotu silnika, dudnienia kół, bez kołysania czy turbulencji. Ten, który nas poznał, miał na imię Boro i był „uwolnionym“ wariatem ciągle mieszkającym na oddziale. Odbijało mu od czasu do czasu. Najbardziej latem, kiedy wszystko się zieleniło. Na zieloność miał cały zestaw tabletek. Lekarze uznali, że jest już w porządku i nie trzeba go zamykać. Ma tylko brać leki. Kiedyś myślałem, że wypuści listki w moim samochodzie, że zaraz zamieni się w zielone. Widziałem, jak się poci, a potem sięga po pigułki i zaczyna krzyczeć już, już, już. Krzyczał, że zamienia się w pole mchu, a potem w wielki trawnik. Sam nie wiem, może towarzystwo ludzi obłąkanych pozwoliło mi zachować normalność... Może fakt, że woziłem ze sobą trawnik, pole mchu, wielkiego ogórka albo arbuza uchroniło mnie od zostania Napoleonem lub świętą Teresą.
Boro mógł dalej mieszkać w domu wariatów, choć lekarze naciskali, żeby się wyprowadził. Nie dostawał już jedzenia. Przyjeżdżałem po niego i zabierałem do Ikei, gdzie sprzedawali najtańsze hot dogi w mieście. Napychaliśmy się nimi wspólnie i popijaliśmy fantą. Pewnego dnia powiedział, że na oddziale siedzi Polak, skrzypek. Dodał do tego kilka fucków, bo uwielbiał przeklinać po angielsku, mówił, że dopiero kiedy rzuci kilka bluzgów, czuje, że żyje, i robił to nagminnie.
Szymon w tutejszej gwarze psychiatrycznej uchodził za królika z kapelusza. Królik to taki pacjent, który pojawia się na jakiś czas i potem znika, i znowu się pojawia, i tak w kółko. Podleczony i do życia. Dołek, to na oddział. Oddział i życie, życie i oddział. Królik... Powiedziałem Borowi, żeby pogadał z pielęgniarzem, a tamten z Szymonem i lekarzem, może da się razem wyskoczyć do Ikei na parówki. I któregoś dnia ogromna postać, ten ludzki dąb bez zębów, Boro, przykrył swoim cieniem wiotką postać w drucianych okularach. Snop światła z reflektora samochodowego odbił się od srebrnych oprawek i Boro stał się w jednej sekundzie tym słowiańskim dębem rażonym piorunem, wokół którego zbierali się miejscowi, aby oddać się magicznym tańcom. Postać w srebrnych okularach obeszła go dookoła, nienaturalnie zadzierając głowę, spoglądając w oczy cząstce Chorwacji, cząstce mitycznego lasu, drzewu, dębowi i szaleńcowi. Nagle ordynator psychiatryka wyłączył samochód i reflektory zgasły. Szymon zatrzymał się w cieniu Bora i patrzył w stronę czerwonego volvo. Z samochodu wyszedł lekarz i zapytał. Do Ikei, tak? Tylko do Ikei, na kiełbaski, tak. A oni zgodnie potrząsnęli głowami i podeszli do mnie.

Człowiek, który z wyglądu przypominał Korczaka, Maksymiliana Kolbe i Ghandiego, ukryty za okularami, które mogłyby przy dobrej pogodzie podpalić pole zboża albo wielką stodołę, przedstawił się. Szymon Kuran jestem. Bardzo mi miło, odpowiedziałem. Nie, to mi jest miło, odparł, a ty masz tylko takie wrażenie. Tak, może miał rację, może jemu rzeczywiście było miło, a ja tylko miałem takie wrażenie, wzięte z wyuczonych odpowiedzi. Dobre wychowanie to się chyba nazywa. Mieszanka zakazów i uwarunkowań klimatycznych. Szymon jadł hot doga, chyba chciałem go o coś zapytać, ale włączył się Boro. To co z tymi kamieniami, wyseplenił. Normalnie, odparłem. Musisz tak jak kury albo strusie, one też nie mają zębów i żeby procesy trawienne przebiegały prawidłowo, połykają małe kamyki, które rozdrabniają jedzenie podobnie jak zęby. Szymon zaskoczony skrótem myślowym i podjęciem wątku od środka, tak bez sensu, usłyszawszy mój krótki wykład z gastrologii, odłożył na stół papierek po kiełbasce i zaczął się cicho śmiać, choć myśmy z Borem wiedzieli, że to jest kontynuacja naszej niedokończonej rozmowy z tamtego miesiąca o zakupie sztucznej szczęki lub woreczka z kamykami. Boro na widok jego reakcji zakończył zdanie tak jak zawsze. Z angielska i krótko. Fuck you, powiedział i dojadł hot doga, ostentacyjnie wpychając sobie do buzi dużą końcówkę.