Zmierzch

Andrzej Bobkowski
Zmierzch
  • Biblioteka Więzi
    Warszawa 2007
    125 × 199
    111 stron
    ISBN: 978-83-603-5630-2

Andrzej Bobkowski to wyjątkowy w literaturze polskiej uczeń Conrada. Świadczą o tym liczne opowiadania z tomu Coco de Oro, ale może najbardziej przekonuje Alma, włączona teraz do zbioru Zmierzch, a w swoim czasie napisana na potrzeby antologii Conrad żywy. Alma dowodzi też prawdziwości słów Józefa Czapskiego, który po przedwczesnej śmierci autora Szkiców piórkiem napisał w Kulturze, że to ten właśnie „syn Conrada mógłby się okazać towarzyszem niezastąpionym dla niejednego młodego Polaka, marzącego o przygodzie, o życiu bez cenzury, bez sztuk łamanych z nakazu zmurszałej ideologii, o życiu z własnego wyboru, odpowiedzialnym i pełnym”.
Tak też się stało, można jedynie żałować, że odkrycie Andrzeja Bobkowskiego przez młodych Polaków nastąpiło tak późno (na przełomie lat 80. i 90.) i stało się w istocie udziałem jednego tylko pokolenia.
Świeżo wydany zbiór prozy Zmierzch stanowić może dobre wprowadzenie do dzieła literackiego Bobkowskiego, którego najwyższym osiągnięciem są i pozostaną, oczywiście, Szkice piórkiem. Ale w Zmierzchu znajdziemy opowiadania bezpośrednio korespondujące ze Szkicami...: zbiorowy portret mieszkańców paryskiej kamienicy wpisany we francuskie przemiany narodowe w latach wojny czy wyprawa, rzecz jasna, rowerowa na południe Francji tuz po wojnie.
Smakowitym kąskiem dla miłośników literatury będzie też rozmowa Borysa Pasternaka z kagiebistą przymuszającym go do odmowy przyjęcia Nagrody Nobla. O takim paktowaniu z diabłem opowiada też Bobkowski w innym miejscu, zwracając się wprost do pisarzy zza żelaznej kurtyny: „ Żyliście spokojnie, mieliście dom, lodówkę dobrze wypchaną, ogródek; mieliście swój klimat i krajobraz, swoją ziemię, drzewa i niebo i jednocześnie swój własny kontynent w sobie, do którego emigrowaliście, kiedy tylko przyszła wam na to ochota”. W tomie znajdziemy też fragment powieści Zmierzch, rozpoczętej pół roku przed śmiercią pisarza, który tu, jak chyba nigdzie indziej, wykazał całą istotę swego indywidualizmu, swej twórczej odrębności i wyjątkowości.
Dzięki takim książkom jak Zmierzch powiększa się nasza wiedza o Andrzeju Bobkowskim, choć wciąż czekamy na jego pełną biografię połączoną z wnikliwą analizą Szkiców piórkiem, Coco de Oro i innych utworów, których – jak się okazuje – wcale nie tak mało napisał. Tylko – znów zacytuję Józefa Czapskiego – „kto napisze o jego prozie, która w miarę lat staje się coraz gęstsza. Jeszcze w Szkicach piórkiem zdaje się chwilami wprawką zdolnego pisarza-realisty, wyznawcy Goncourtów, Flauberta i przede wszystkim Balzaca, ale w miarę lat staje się naprawdę wyrazem nie tylko myśli autora, ale samego rytmu, oddechu tego pisarza, który namiętnie – jak Hemingway – kochał życie, przygodę i męstwo, ale myślą i samym głębokim nurtem świadomości sięgał może głębiej i dalej”.

- Krzysztof Masłoń

Andrzej Bobkowski (1917-1961) – autor Szkiców piórkiem (1957) uznanych za „hymn ku czci wolności jednostki”. Z Polski wyjechał w 1939 roku, okupację przeżył we Francji, w 1948 r. opuścił Europę zamieszkując z żoną w Gwatemali. Napisał m.in. sztukę teatralną Czarny piasek (1951), szkice i opowiadania zawarte w tomie Coco de Oro (1970), cykl reportaży Z dziennika podróży (2006). Na uwagę zasługują tomy jego korespondencji: z Jerzym Giedroyciem Listy 1946-1961 (1997) i Tymonem Terleckim Listy do Tymona Terleckiego (2006).

Fragment

UŚMIECH Z GÓRY
Wchodzi się tu z wielkiego podwórza bocznymi schodami. Tam, na wprost są te szerokie kamienie, z niebieskim dywanem opadającym z piątego piętra, jak kaskada. Nasze są drewnianym, sześciopiętrowym korkociągiem. Tamte wiodą do wielkich i statecznych mieszkań prawdziwych lokatorów. Nasze wkręcają się aż pod dach, biegnąc stromo do labiryntu korytarzy i pokoików „tych z góry”, jak mówi pogardliwie konsjerżka. Dla niej nie jesteśmy lokatorami. Jako wolni ludzie paryskich dachów, nie uznajemy tyranii jaskiniowca z parterowej „loży”.
Jacques, wartki pracownik Metra, powiedział jej raz, że kiedy on pluje z góry na dół, to jej się przez próg przelewa. Nie może mu tego przebaczyć. A gdy polewa rano wyłożone kafelkami podwórze, M. de Saint-Esprit, urzędnik państwowy, pyta zawsze z miłym uśmiechem: Ça pousse bien? Polska pokojówka hrabiego de Farges jest zbyt godna, by rozmawiać ze „stróżką”; jak przystało na Magdę, którą zwą Mademoiselle Madeleine. Nie mówiąc o tym, że gdy comtesse de Farges wyjeżdża, Magda całkowicie ją zastępuje i podobno nie tylko jada razem z M. le Comte przy jednym stole... Biały w różnokolorowe łaty piesek M. Guillou, farbiarza wrzosów, nieśmiertelników i innych wiecznych kwiatów do trwałych wieńców i na kominki, robi zawsze pod bramą to, co powinien robić na ulicy. Konsjerżka podejrzewa ich o zmowę, ale M. Guillou uśmiecha się i cedzi spod bretońskich wąsisk: Quelle méchante bête. Mówiąc to, na pewno nie myśli o swoim „Friquet”. Z Eliane, modelką w domu mody „Ardanse” stosunki zerwane są od lat; Eliane zrobiła zamach stanu: nie odbiera żadnych listów. Chcąc uniknąć cenzury korespondencji, z której mogłoby wynikać, że obnoszenie sukien na pokazach modeli u „Ardanse” nie jest jedynym źródłem jej dochodów, odbiera listy na poste-restante. Toteż często można słyszeć, jak wnikliwa Madame la concierge kwaka w narożnym bistro: „Ona wróciła dziś po południu nie wyszedłszy rano” lub: „Takie wstają, gdy chcą wypocząć”. Tu wojna jest wieczna. Ale ataki trafiają na uśmiech Eliane, na ten nasz uśmiech z góry.
Tam w górze nie ma gazu, nie ma elektryczności. Jest wiatr, słońce, księżyc i gwiazdy. Wzrok kładzie się na bezkresnym morzu dachów. Gdy jest pogoda, są one niebieskie i spokojne; gdy nadciągają chmury i wiatr zaczyna w nie walić gwałtownymi uderzeniami, stają się szare i zimne. Deszcz marszczy ich gładką powierzchnię, a z ich grzbietów, jak z grzbietów fal, wicher porywa tumany wody, by cisnąć nią z hukiem w oszklone luki nad nami. Rwie się na strzępy pajęczyna dalekiej wieży Eiffla, znika we mgle biała jak głowa cukru Sacré-Cœur. Wiatr łomoce drzwiami, chodzi po korytarzach; nieruchome, czarne zbroje osłon na kominach nadstawiają mu żelazną pierś w gwałtownych obrotach. A gdy znowu błyśnie słońce, gdy granatowe plamy nieba odbiją się w lśniących płaszczyznach, nastaje cisza, głęboka i dobra.
Wieczory są tu dłuższe niż tam, w dole. Gdy na ulicach i w przepaścistych podwórkach jest ciemno, tu trwa długi półmrok. Potem zaczynają drgać gwiazdy i światło księżyca, zimne i białe, zlewa się z ciepłym i żółtym blaskiem lampy naftowej. Rano, pierwsze wiązki promieni pomarańczowego słońca wpadają płaskim lotem tu; zapalają się czerwienią szyby małych okienek, różowią kominy. Nad czarnymi i milczącymi jeszcze kanionami ulic ścielą się niebieskawe opary. Z nich, według wzorów tajemnej alchemii, powstanie na resztę dnia paryska mgiełka.
I wiosna też jest tu prędzej. Zanim wystawy Vilmorin’a na Quai de Mégisserie zakwitną barwnymi torebkami nasion i „Samaritaine” zamieni się w wielki skład polewaczek, grabi i klatek z drobiem; zanim na Pont au Change zaczną rosnąć dwa razy w tygodniu szkółki drzewek i na chodnikach wzejdzie zielona szczotka sadzonek jarzyn i kwiatów, my już czujemy jej nadejście. Dzień za dniem wygina coraz bardziej łuk słońca, a zaspana mucha obsuwa się z szyby w swych pierwszych wędrówkach. Ćwierkanie wróbli jest inne, gdy kąpią się w rynnach, w wodzie stopionego szronu.
Mijały tu dnie jasne, noce spokojne; mijały zimy, krótkie wiosny. Letnie słońce walcowało blachę dachów na gorąco, studziła je jesień. Długo różowiły się one od neonów Montmartre’u, Bulwarów i Montparnasse’u. Dwadzieścia jeden salw ogni sztucznych rozsypywało się nad nimi co rok w bukiety czternastych lipców po tamtej wojnie. Potem przyszła znowu ciemność, rozświetlana łunami pożarów, odległych wybuchów i gwiazdami świetlnych pocisków. Dawny, dobroduszny uśmiech z góry stał się złośliwy i podziemny.
W te długie wieczory M. Guillou głośniej czytał Ewangelię po łacinie, źle wymawiając niezrozumiałe słowa. Na procesjach jego kongregacji podziwiali towarzysze tę jego łacinę bardziej niżeli piękną chorągiew, z której jest zawsze tak dumny. Teraz biegał na jakieś tajemnicze zebrania i miewał długie narady z Jacques’em. M. de Saint-Esprit zrobił się małomówny i często chodził do pracy z teczką, wypchaną jakimiś papierami. Do Jacques’a schodzili się młodzi ludzie w kanadyjkach, tupiąc ciężkimi butami po schodach. Eliane czytała bezkresne Przeminęło z wiatrem i Muson, zbiegając z Magdą na dół, gdy zaczynały wyć syreny.
W głębokim dworcu Metra „Pigalle” bywało wesoło. Czasem, późnym wieczorem, widziało się, jak z tamtych wielkich schodów wyślizgiwała się smukła sylwetka wysokiego chłopaka w bardzo nowym i niezgrabnym ubraniu. Magda mówiła, że raz słyszała, jak ktoś rozmawiał z jednym z nich po angielsku. Uśmiechnęliśmy się i Jacques powiedział: „Tam, na dole, też są porządni ludzie”. Jeden był język, jeden sens zabronionych słów.
I znowu uśmiech stał się, jak dawniej, dobroduszny, gdy po kilku dniach strzałów ryknęły w sierpniowy wieczór na wszystkich ulicach motory G. M-ów. M. de Saint-Esprit patrzył z pogardą na swoją plantację tytoniu w paczkach na balkonie i pochylony nad trójkolorowym sztandarem palił „Lucky”, Eliane i Magda żuły gumę, jak setki tysięcy długich, zielonych chłopców w ciężkich hełmach i mówiły: „O.K.” Jacques z patosem Cyrana opowiadał o swoich walkach w dzielnicy Batignolles, a M. Guillou farbował w skupieniu dużo kwiatów do wielu wieńców. Dobry uśmiech mieli wszyscy, nawet konsjerżka.