Bieguni

Olga Tokarczuk
Bieguni
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2007
    123 × 197
    296 stron
    ISBN: 978-83-08-03986-1

Bieguni Olgi Tokarczuk niby to są zbiorem dłuższych, krótszych i całkiem króciutkich opowiadań, ale w rzeczywistości stanowią przemyślaną całość, bardzo kunsztownie skonstruowaną. Tematem tych opowieści jest taki sposób ludzkiego istnienia w świecie, który polega na nieustannym podróżowaniu. Podróżnik to ktoś, kto zgadza się na nieciągłość swego odbioru świata, na jego rozpad na wiele niekoniecznie powiązanych logicznie fragmentów. Ta fragmentaryzacja dotyczy zatem również samej konstrukcji opowieści, w której pojawia się wielość fabuł na pozór zupełnie osobnych. Przecież jednak historie te mają pewne cechy wspólne. Dotyczą, po pierwsze: sytuacji utraty, defektu, kalectwa; po drugie: zstępowania w tajniki ludzkiego ciała, technik sporządzania oraz przechowywania anatomicznych preparatów lub wręcz plastynacji zwłok.
Książka ta zagłębia się z jednej strony w historię osobistą autorki, w jej prywatne „jestem”, służące za tytuł dwóch fragmentów z początku i końca zbioru. Z drugiej strony jest dziełem zanurzonym głęboko w historię człowieka i (szczególnie grecką) mitologię, poświęconym namysłowi nad fenomenem życia i śmierci. Zderza się w niej dwie koncepcje czasu: kolista wizja wiecznych nawrotów właściwa mitom i religii oraz wizja progresywna, właściwa ludzkiemu życiu biegnącemu ku tajemnicy i śmierci, w której brak kojącej lęki egzystencjalne wiary w nieustanny ruch wiecznych powtórzeń. Nie ma w tej książce łatwych odpowiedzi na trudne pytania i co krok potykamy się o jakąś niemożliwą do rozwikłania tajemnicę. Zamiast tych odpowiedzi obserwować możemy zastanawiające odbicia i korespondencje pomiędzy różnymi zjawiskami (np. rozmaite wersje „wejścia w labirynt”, utraty, pielgrzymowania, zalewającej świat lub ciało powodzi wody/krwi, wielorakie aspekty problemu obrony godności ciała). To jest owa dostępna nam wersja powtarzalności świata, dająca nikłą nadzieję na to, że jest on sensowny i uporządkowany. Niczego więcej – w postaci logicznej i jednolitej fabuły autorka nam nie daje, dostarcza jedynie swoistych „punktów odniesienia”, jak owo tajemnicze greckie pojęcie Kairos, powracające parokrotnie w różnych historiach składających się na książkę.
Bardzo to mądre dzieło dojrzałej pisarki – może nawet najlepsza z książek, jakie napisała dotychczas Olga Tokarczuk.

- Jerzy Jarzębski

Fragment

Moi rodzice nie byli do końca plemieniem osiadłym. Wiele razy przeprowadzali się z miejsca na miejsce, aż w końcu zatrzymali się na dłużej w prowincjonalnej szkole, daleko od porządnej drogi i kolejowej stacji. Podróżą stawało się już samo wyjście za miedzę, wyprawa do miasteczka. Zakupy, składanie papierów w urzędzie gminy, zawsze ten sam fryzjer na rynku przy ratuszu, w tym samym fartuchu, pranym i chlorowanym bez skutku, bo farby do włosów klientek zostawiały na nim kaligraficzne plamy, chińskie znaki. Mama farbowała włosy, a ojciec czekał na nią w kawiarni „Nowa”, przy jednym z dwóch stolików wystawionych na zewnątrz. Czytał lokalną gazetę, w której zawsze najciekawsza była rubryka kryminalna z doniesieniami o obrabowaniu piwnic z powideł i korniszonów.
Te ich turystyczne wakacyjne wyjazdy, strachliwe, skodą zapakowaną pod sufit. Długo przygotowywane, planowane wieczorami na przedwiośniu, gdy ledwie zszedł śnieg, lecz ziemia jeszcze nie otrzeźwiała; trzeba było czekać, aż odda w końcu swoje ciało pługom i motyczkom, aż da się zapłodnić i potem już zajmie im czas od rana do wieczora.
Należeli do pokolenia, które jeździło z przyczepami kempingowymi, ciągnąc za sobą namiastkę domu. Kuchenkę gazową, składane stoliki i krzesła. Plastikowy sznur do rozwieszania prania na postojach i drewniane klamerki. Ceraty na stół, nieprzemakalne. Turystyczny komplet do pikniku — kolorowe plastikowe talerze, sztućce, solniczki i kieliszki.
Ojciec kupił gdzieś w drodze, na jakichś pchlich targach, które z matką szczególnie lubili odwiedzać (gdy nie fotografowali się akurat pod kościołami i pomnikami), wojskowy czajnik — miedziany instrument, naczynie z tubą w środku, do której wkładało się garść patyków i zapalało. I choć na kempingach można było korzystać z elektryczności, gotował wodę w tym imbryku, dymiąc i bałaganiąc. Klęczał nad gorącym naczyniem i z dumą wsłuchiwał się w bulgot wrzątku, którym zalewał torebki z herbatą — prawdziwy nomada.
Rozsiadali się w oznaczonych miejscach, na polach kempingowych, zawsze w towarzystwie takich samych, jak oni, ucinając sobie z sąsiadami pogawędki nad skarpetami suszącymi się na linkach namiotów. Ustalano trasy podróży z przewodnikiem, starannie zaznaczając atrakcje. Do południa kąpiel w morzu albo w jeziorze, a po południu wyprawa do starożytności zabytków miast zakończona kolacją — najczęściej były to weki: gulasz, kotlety mielone, klopsy w sosie pomidorowym. Trzeba było tylko ugotować makaron albo ryż. Wieczne oszczędzanie pieniędzy, złoty jest słaby, to grosz świata. Poszukiwanie miejsc, gdzie można się podłączyć do prądu, i potem niechętne pakowanie się, żeby ruszyć dalej, zawsze jednak w metafizycznej orbicie domu. Nie byli prawdziwymi podróżnikami, bo wyjeżdżali po to, żeby wrócić. A wracali z ulgą, z poczuciem dobrze wypełnionego obowiązku. Wracali, żeby zebrać z komody stosy listów i rachunków. Zrobić wielkie pranie. Ziewających ukradkiem przyjaciół zanudzić na śmierć pokazywaniem zdjęć. To my w Carcasonne. A tu żona, w tle Akropol.
Potem cały rok wiedli życie osiadłe, to dziwne życie, kiedy rankiem wraca się do tego, co zostawiło się wieczorem, gdzie ubranie przesiąka zapachem własnego mieszkania, a stopy niestrudzenie wydeptują ścieżkę na dywanie.
To nie dla mnie. Widocznie brakowało mi jakiegoś genu, który sprawia, że gdy tylko przystanie się na dłużej w jakimś miejscu, zaraz zapuszcza się korzenie. Wiele razy próbowałam, ale moje korzenie zawsze były płytkie i wywracał mnie byle jaki podmuch wiatru. Nie umiałam kiełkować, zostałam pozbawiona tej roślinnej zdolności. Nie ciągnę soków z ziemi, jestem anty-Anteuszem. Moja energia bierze się z ruchu — z trzęsienia autobusów, z warkotu samolotów, z kołysania promów i pociągów.
Jestem poręczna, nieduża i dobrze spakowana. Mam mały żołądek, niewymagający, mocne płuca, zwarty brzuch i silne mięśnie ramion. Nie biorę żadnych leków, nie noszę okularów, nie używam hormonów. Strzygę włosy maszynką, raz na trzy miesiące, prawie nie używam kosmetyków. Mam zdrowe zęby, może niezbyt równe, ale całe, tylko jedną starą plombę, bodaj w dolnej lewej szóstce. Wątrobę mam w normie. Trzustkę — w normie. Nerkę prawą i lewą w wyśmienitym stanie. Moja aorta brzuszna jest w normie. Pęcherz moczowy — prawidłowy. Hemoglobina — 12,7. Leukocyty — 4,5. Hematokryt — 41,6. Płytki krwi — 228. Cholesterol — 204. Kreatynina — 1,0. Bilirubina 4,2 i tak dalej. Moje IQ — jeśli się w to wierzy — 121; wystarczy. Mam szczególnie rozwiniętą wyobraźnię przestrzenną, prawie ejdetyczną, natomiast marną lateralizację. Profil osobowości niestały, chyba niegodny zaufania. Wiek — psychologiczny. Płeć — gramatyczna. Książki kupuję raczej w miękkich okładkach, żeby bez żalu móc je zostawić na peronie, dla innych oczu. Niczego nie kolekcjonuję.
Skończyłam studia, ale w gruncie rzeczy nie nauczyłam się żadnego zawodu, czego bardzo żałuję; mój pradziadek był tkaczem, bielił utkane płótno, rozkładając je na stoku, wystawiając na palące promienie słońca. Bardzo by mi odpowiadało przeplatanie osnowy i wątku, nie istnieją jednak przenośne krosna, tkactwo to sztuka ludów osiadłych. W podróży robię na drutach. Niestety ostatnio niektóre linie lotnicze zabraniają zabierania na pokład drutów i szydełek. Nie nauczyłam się, jak mówię, żadnego fachu, a jednak wbrew temu, co zawsze powtarzali mi rodzice, udało się przeżyć, imając się po drodze różnych prac i wcale nie staczając na dno.
Gdy moi rodzice wrócili do miasta po dwudziestoletnim eksperymencie, gdy zmęczyły ich susze i mrozy, zdrowa żywność, która całe zimy chorowała w piwnicy, wełna z własnych owiec starannie napychana w przepastne gardła jaśków i kołder, dostałam od nich trochę pieniędzy i po raz pierwszy ruszyłam w drogę.
Pracowałam dorywczo tam, gdzie dotarłam. W międzynarodowej manufakturze na przedmieściach wielkiej metropolii skręcałam anteny do ekskluzywnych jachtów. Było tam wielu takich, jak ja. Zatrudniano nas na czarno, bez pytania o pochodzenie i plany na przyszłość. W piątek dostawaliśmy wypłatę, a komu nie odpowiadało, nie pojawiał się już w poniedziałek.