Sprawa Hermesa

Henryk Waniek
Sprawa Hermesa
  • Wydawnictwo Literackie
    Kraków 2007
    123 x 197
    334 strony
    ISBN 978-83-08-04090-4

Hermann Daniel Hermes, przewodniczący Wielkiego Konsystorza zostaje nagle odwołany ze stanowiska. Bez uzasadnienia i bez możliwości odwołania, choć zabiega o nie przez resztę życia. Postępki Hermesa wychodzą na jaw dopiero po jego śmierci, kiedy to za śledztwo biorą się sędziowie najwyższej instancji: anioły. Dysponując dokumentami gromadzonymi od momentu narodzin podsądnego, a także nowoczesnym sprzętem do inwigilacji i archiwizacji danych, mogą prześwietlić każdy fragment jego działalności. Na ich orzeczeniu ciąży jednak wyraźna antypatia do śledzonego, a dokumenty zawierają luki i nie da się ich jednoznacznie interpretować. Przeto sędziowie muszą odnaleźć nowych świadków, uzupełnić braki i zdecydować się na jedyną, a właściwą wersję prawdy o Hermesie.
Śledztwo w sprawie Hermesa można porównać do procesu lustracyjnego, a samą powieść uznać za odpowiedź na współczesną lustrację, odpowiednik „polowania na czarownice”. Z wszelkimi jego przekłamaniami i brakiem obiektywizmu, który zagłusza ewentualne wątpliwości co do prawdziwej winy. Przedstawienie owego procesu w sposób żartobliwy, nie zmienia istoty sprawy – w jednoznacznym osądzaniu ludzkich uczynków, sugeruje Waniek, musi dojść do nadużyć.
Życie Hermesa osadzone zostało w czasie poprzedzającym rewolucję francuską i zapoczątkowany przez nią ruch antymonarchistyczny, wiodący do dalszych przemian społecznych. Należący do masonerii Hermes jest także antymonarchistą i zwolennikiem przemian społecznych, działa jednak w ukryciu. Jego poglądy i działalność odzwierciedlają poglądy wielu ówczesnych „spiskowców”, służą też autorowi jako pretekst do przyjrzenia się różnym grupom opozycjonistów oraz ich wpływowi na politykę – w tym przypadku pruską.
Powieść Henryka Wańka łączy w sobie walory powieści historyczno-obyczajowej, traktatu politycznego a zarazem rozprawy o metafizycznym zacięciu. Jej wielkim walorem są portrety bohaterów: zarówno ziemskich, jak i niebiańskich, bardzo „ludzkich” w swoich przywarach.
Doskonale także łączą się tu ze sobą realizm i fantastyka. Pisarz w oryginalny, bo w mocno ironiczny sposób i z demaskatorską intencją podchodzi do tematu, który inspiruje literaturę sensacyjną XXI wieku – do spiskowej teorii dziejów.

- Marta Mizuro

Fragment

[PROTOKÓŁ]
ENGEL:
Oszczędzę panom przewlekłego wstępu i od razu powiem, że chcę rozmawiać o bibliotece. A że to sprawa poufna, więc niczego, co tutaj zostanie powiedziane, proszę nie rozpowiadać. Dziękuję tylko za przybycie i liczę na waszą pomoc. O bibliotekach wiem tyle co nic. Nie chodzi oczywiście o regały, katalogi i cały ten martwy porządek woluminów. To mogę sobie wyobrazić sam. Chciałbym jednak usłyszeć coś o sekretach nie wydostających się poza biblioteczne progi; o głębszej filozofii tych książkowych sezamów, zastrzeżonej dla wtajemniczonych. A skoro hrabia otworzył oczy, spytam go najpierw. O sławie jego księgozbioru nie trzeba mi mówić. Wiedzą to wszyscy, bo znajdował się tam największy na świecie zbiór hymnów. Dlaczego właśnie hymny?
HRABIA:
Przepraszam, że mówię przez zęby. To przez ten chłód coś dzieje się z moją szczęką. Popatrzcie tylko, jak drga. Nawet nie wiem, jak zacząć. Te sprawy są dziś tak odległe i zagmatwane. Tym bardziej że stały za nimi ogromne koszty, wysiłki i obawy. Biblioteka to wielka odpowiedzialność. Po nocach śniłem koszmarne pożary; kołatki, czyli monstrualne korniki, znane jako Anobium punctatum, wżerające się w stronice ksiąg; zuchwałe kradzieże cennych okazów; bezczelne fałszerstwa. Niechętnie wracam do tego, ale dla pana radcy zrobię przecież wyjątek. Oprócz innych książek, o czym powiem później, zbieranie śpiewników to idea mojego dziada, która stała się rodową tradycją. Dziś każdy myśli, że hymn to tylko śpiewka dla pospólstwa. Zapomniano o tych błogosławionych czasach, gdy w salonach i świątyniach, na placach manewrowych i polach bitew śpiewało się z jasnym zamiarem odmienienia serca ludzkiego i całego świata na lepsze. No bo już w czasach mojego ojca z hymnami zaczęło się źle dziać. Wzbierał zalew tandety, będącej dziełem fałszerzy, psujących pierwotną czystość hymnu. Przedtem nikt by się nie odważył. Hymn to była świętość! Wojownik rzymski wolał zginąć, niż zmienić choć słowo w pieśni swego legionu. Śpiew decydował o wyniku bitwy — zwycięstwo lub przegrana. Są o tym liczne wzmianki u Tukidydesa, a na pewno u Swetoniusza. Czy tyle klasztorów popadłoby w ruinę, gdyby nie poczynali tam sobie frywolnie z hymnami? Podobnie jak w haniebnie upadłych państwach. Im bliżej naszych czasów, tym gorzej. Korumpowano hymny dla potrzeb byle tancbudy. Pierwszy lepszy cyrk musiał mieć swój hymn. A już w czasach oświecenia skandal sięgnął apogeum. Do tradycyjnych melodii dopisywano modne, racjonalistyczne teksty. Gdzieś w Czechach powstała tajna wytwórnia hymnów. Przemytnicy rozprowadzali je za pół ceny. Oczywiście, były pozbawione wartości. Ludzie zdzierali sobie gardła i nic to nie dało. Żadnego bohaterstwa, żadnej łaski Bożej ani nawet zwyczajnej otuchy. W tych okolicznościach moja biblioteka miała być rodzajem arki Noego, twierdzą powstrzymującą napierające barbarzyństwo.
ENGEL:
O pańską bibliotekę miał się roztrzaskać wszelki fałsz!
HRABIA:
Ratowanie hymnu było dla mnie od dzieciństwa najważniejszą sprawą. Do szkoły poszedłem w wieku dziesięciu lat i w tym przedmiocie miałem już sporą wiedzę. Z przerażeniem odkryłem, iż wszyscy koledzy i większość nauczycieli posługują się śpiewnikami o tak wątpliwej wartości, że cała nauka była do luftu. Gdy to powiedziałem ojcu, zabrał mnie stamtąd i dalszą edukację powierzył naszemu kapelanowi Mayerowi. Miał on ten wielki talent, że w sekundzie odróżniał pozór od prawdy. Tego mnie właśnie uczył, aż osiągnąłem odpowiedni wiek. Wtedy otworzył przede mną szafę, dotąd zawsze zamkniętą. Nie wystarczał klucz, potrzeba było jeszcze zaklęcia — makbenak. Wyrzekł je, skrzypnęły zawiasy i czego tam nie było! A wszystko w nienagannym stanie! Najlepsze, co powstało od stworzenia świata. Same klejnoty hymnologii. Krok po kroku wtajemniczał mnie w ich sekrety. Jeden za drugim odsłaniały się przede mną arkana boskiego dźwięku.
ENGEL:
Słyszałem, że śpiewającemu może objawić się przepastna moc hymnu, wprowadzająca ducha w stan oświecenia i otwierająca dostęp do tajemnicy bytu. Słyszałem też, że w hymnie zawarta jest siła, która gdy jej użyć właściwie, kruszy mury obleganego miasta albo wznieca pożar serca. Wspomniał pan o stworzeniu świata, zapytam więc o tę legendę, według której Stwórca nie robił nic, jak tylko odśpiewał po kolei siedem hymnów. Czy to pańskim zdaniem możliwe, że, jak twierdzą hymnolodzy, wszechświat powstał z samego śpiewu?
HRABIA:
Nazywając ten pradawny przekaz legendą, pomniejsza pan wielką prawdę, choć równocześnie dotyka sedna rzeczy. W naszej bibliotece były aż cztery z tych siedmiu hymnów. Ojciec nabył je od kupca z krajów Lewantu. Wykupił je tam z klasztoru, gdzie zostały złożone przez samego Salomona. Kupiec obiecywał nawet, że dostarczy trzy pozostałe, ale się więcej nie pokazał. Niemniej, mając tylko cztery, byliśmy już w stanie rozdzielić światłość od ciemności lub tworzyć całkiem nowe konstelacje gwiazd. Ma pan rację, radco. Hymn jest instrumentem najgłębszej tajemnicy.
ENGEL:
To właśnie chciałem usłyszeć. Tego się spodziewałem.