Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej

Michał Witkowski
Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej
  • W.A.B
    Warsaw 2007
    123 × 195
    256 stron
    ISBN 978-83-7414-328-8

Nowa powieść Michała Witkowskiego jest kolejną w naszej literaturze „spowiedzią dziecięcia wieku” (ubiegłego). Ale dziecię to – jak można było się spodziewać po autorze Lubiewa - nie lada jakie, wyjątkowe. Narratorem powieści jest Hubert, mężczyzna w mocno średnim wieku, który snuje chaotyczne, pełne retrospekcji i nagłych przeskoków w czasie wspomnienia. A ma co wspominać! Hubert jest drobnym rekinkiem w przestępczym półświatku górniczego miasta Jaworzna-Szczakowej. Marząc o lepszym życiu, chcąc się za wszelką cenę wzbogacić, od schyłku PRL-u próbuje swoich sił w rozmaitych "biznesach", legalnych i nielegalnych, gwarantujących pewny zysk i całkowicie szalonych: handluje czym się da, prowadzi półlegalne kino, w którym puszcza filmy z kaset video, jest właścicielem lombardu, zajmuje się ściąganiem długów, paserstwem.
Z tego co do tej pory napisałem, mogłoby wynikać, że Witkowski snuje opowieść, jakich wiele już było w naszej literaturze, o zwariowanych czasach przełomu, schyłku PRL-u i początkach III RP, o rodzeniu się wolnego rynku, o ludziach, którzy bogacili się z dnia na dzień i równie szybko tracili fortuny. Autor Lubiewa, to fakt, kreśli barwny obraz ostatnich dziesięcioleci minionego wieku, doskonale oddając specyfikę tamtych czasów. W gruncie rzeczy jednak najważniejsza w powieści jest postać Huberta. Skąd więc w tytule książki Barbara Radziwiłłówna? Otóż Hubert utożsamia się z tą, kontrowersyjną dawną królową Polski, tak właśnie nazywany jest w swoim światku. Narrator powieści Witkowskiego jest po trosze marzycielem i farmazonem, człowiekiem targanym sprzecznościami; niby myśli trzeźwo, mocno tkwi w teraźniejszości, ale jednocześnie tęsknie spogląda w przeszłość, próbując odbudować/wymyślić rodzinną genealogię, pozuje na bezwzględnego mafiosa, ale jest przy tym "miękki", sentymentalny i czuły, wierzy równie mocno w Boga, jak i we wróżby i horoskopy. Hubert czuje się inny, co sprawia, że jest nieszczęśliwy, "jak w więzieniu w tym swoim życiu zamknięty". Powieść autora Lubiewa odczytywać należy przede wszystkim jako historię odmieńca, który podejmuje rozpaczliwe próby zrealizowania swoich marzeń, szuka miłości (jest nieszczęśliwie zakochany w swoim pracowniku Saszy, ukraińskim osiłku), szczęścia i akceptacji.
Witkowski już w swoich wcześniejszych książkach brawurowo posługiwał się estetyką campu, tak też jest w Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej, co wyraźnie widać choćby w warstwie językowej powieści. Pisarz "przyrządził" niebywałą mieszaninę z elementów gwary śląskiej, języka literackiego, slangu przestępczego i języka staropolskiego. Oto prawdziwe wyzwanie dla tłumaczy!

- Robert Ostaszewski

Fragment

Przez całą komunę każdy w Jaworznie-Szczakowej wiedział, że jak wódkę kupić przed trzynastą- to do Barbary Radziwiłłównej, jak dolary kupić, sprzedać, ruble - do Radziwiłłównej, w lombardzie coś zastawić, złoto - do Radziwiłłównej. O, aszrabachramasz, jak do świętej patronki od pieniędzy! Ale wtedy jeszcze mianem tej nierządnicy mnie nie nazywali, tylko normalnie - pan Hubert. I Barbara Radziwiłłówna miała lombard na ulicy Jagiellońskiej (sic!), co jest główna od dworca ulica, a pod Szczakową- piękne pół bliźniaka... Piękne! Wszystko komilfo! Budyneczek zadbany, prezentuje się schludnie, estetycznie. Z garażem (połową), ogrodem (połową), drzwi z luksferą, standard de lux, ganeczek, kolumienki, a ściany to wyłożone pięknie mozaikami z potłuczonych talerzy. Ale nie żeby -jak w latach sześćdziesiątych - były byle jakie, tylko czarne i białe na przemian. Różne wzorki z tego można układać, na przykład symbole z kart, karo, kier, herc to się po śląsku na serce mówi, proszę bardzo. Stłuczkę się kupowało po stołówkach, po zakładach pracy, gatunek pierwszy stłuczka u mnie na kwaterze. To się nazywało „późne Hollywood" lub „późny Gierek", a te stłuczki „wszystko, co się zbiło" to „wczesny". A architektura: „kloc polski". Sam kwiat patrycjatu jaworzniańskiego wkoło w klocu siedzi, w stłuczce. Dzień dobry, sąsiedzie, dzień dobry... A największy kloc i najlepszą stłuczkę ma ten, no...

Właśnie. Wzdycham. Brunet. Bru-net. Nie licząc miejscowego badylarza, który nakradł w komitecie i założył ze dwadzieścia szklarni, to byłem najbogatszy w całym Jaworznie. Ale on miał warzywniak. A warzywniak to wtedy nie oznaczało: sklep z warzywami, tylko ze wszystkim! Z gumą balonową do żucia, z żurkiem w butelce (blee!), nawet buty takie papierowe, jednorazowe można było kupić. Takie to i warzywka jego. Co niedzielę zajeżdżał pod kościół peugeotem, w czarnym futrze, w czapie futrzanej z ZSRR, opatulony, że wyć! Pochwalony! Złote zęby se sprawił, dres, oj, powodzi się! Nie mogłem się skupić, kluczykami do auta pod ławką się bawiłem nerwowo. A co gorsza, świętokradcze modły do Maryi Zawsze Dziewicy wznosiłem, żeby na niego raka zesłała! Ja jestem osobą głęboko wierzącą, kocham Boga, a szczególnie Matkę Boską. Więc tak: raka na niego i śmierć na moją ciotkę Anielę, po której liczę na spadek! A on się Boga nie bał! Maczał palce w całej mafii, w dyskotece „Kanty", w barze „Retro", w kawiarni „Jaworzniance", potem, za lat kilka, maczał swe brudne palce w night dubach, tańcu na rurze przy autostradzie... Ulica Kablowa praktycznie cała była przez niego wykupiona, ale sami powiedzcie, czy ród jagielloński nie lepszy od tych kablujących badylarzy?

Nie stać mnie było nawet na warzywniak, ale od czego głowa! Pojechałem do Niewiadowa, upał, idę, daję kawę, żeby się dostać do dyrektora. Tylko że on chciał przydział pustaków, znowu jadę do dyrektora fabryki materiałów budowlanych, parkuję mojego malucha, idę, daję kawę, żeby się do niego dostać. Upał. A on mówi: ni chuja, nie mam. Aleja miałem znajomości w dziedzinie dziecięcych skafanderków Bobo i mówię mu, że jest tak a tak, mam skafanderki. Ojej! Żona się ucieszy! Za te skafanderki musiałem znowu załatwić jedną lewą wannę poza przydziałem. I tak w końcu moją przyczepę kupiłem. N 126, maluch może ciągnąć. A działo się to już w połowie lat osiemdziesiątych. Kiedy Zdzisława Guca zapowiadała w „Panoramie", że teraz czeka nas długotrwała niepogoda, a zespół „Lombard" dodawał „szklana pogoda". Kiedy zapowiadała w „Panoramie" nadejście zimy, nadejście nocy, czarnej nocy lat osiemdziesiątych. Wtedy ludzie zaczęli zaopatrywać się w syfony, przyczepy i plastikowe enerdowskie wanienki do kąpania niemowląt. Wszystko to gromadzili i zaczynali budować Arkę. Żeby przeczekać.

Znajomi mnie pytali, co ty, Hubert, w tą długotrwałą niepogodę na wczasy do Jugosławii z przyczepą się wybierasz? Czasy takie ciężkie, a ty na w-czasy?! He, he, he! Jakie wczasy, kto mówił coś o wczasach? Lokal! Lo-kal, mówi wam to coś? Lokal gastronomiczny klasy trzeciej, tak zwana mała gastronomia, zapiekanki, frytki, hot-dogi -u Radzi wiłłównej, jak wiadomo, najlepsze. (Prażoną cebulką będzie posypywane?) Ogólna zasada biznesu zapiekankowego? Opylić ludziom stary, zjeżdżony olej, odświeżone w opiekaczu podłużne bułki, tarty ser, o którym nic dobrego nie można powiedzieć, gdzieniegdzie rozdeptaną pieczarkę polaną rozcieńczonym z wodą keczupem - wszystko to wymienić na prawdziwe pieniądze. (Trzy osiemdziesiąt się należy.) Co do tych pieczarek, to też głowy bym nie dał, ale człowiek nie świnia - zje wszystko. A że te pieniądze do niedawna też wcale nie były takie znowu prawdziwe, a co gorsze, mogły w każdej chwili zacząć topnieć w oczach - nie była to jeszcze stacja końcowa biznesu. Pieniądze z kolei należało jak najszybciej wymienić na sztabki złota i zamknąć w pilnie strzeżonej kasetce z prawdziwej stali. (Sosik jaki będzie? Czosnkowy, pikantny, łagodny, keczup, musztarda?)
I zacierać ręce!
Dopiero stal i złoto pozwalały unieruchomić choć na chwilę wartość. Biegającą niespokojnie od wody i pieczarek przez pieniądze do bardziej pewnych kruszców. Bo wartość to prąd, to woda: bez koryta, kabla błąka się toto bezwładnie, niesione jakimś swoim wewnętrznym niepokojem. Smytkie toto jak wyrostek. A dlaczego nie miałaby wpływać do bezpiecznej przystani naszej kasetki? (Będzie dwadzieścia groszy?) Podobną naturę ma każdy w sumie interes - dać gówno, byle co, uzyskać za to mało, ale w takich ilościach, aby to mało, to „prawie nic" zamienić choć na odrobinę wartości, sztabek złota lub sztabek równo poukładanych w szkatule dolarów. Które można w nocy sobie wyciągać, oglądać, ewentualnie pieścić, całować, wąchać et cetera. (Coś jeszcze dla szanownej pani?)
Powiem tak: w butach „Relax" chodziłem, w duraleksie kawę piłem, na zegarek elektroniczny (z kalkulatorkiem) spoglądałem, używanego malucha wersja „Sahara" nabyłem, jedną z pierwszych w Jaworznie antenę satelitarną na dachu zamontowałem, na wypoczynku w kolorze kawa z mlekiem wypoczywałem - oto moja spowiedź z konsumpcyjnych grzechów, dziecięcia wieku.
Zresztą z parówkami do hot-dogów do upadku komuny było krucho.