Droga do Putte

Wacław Holewiński
Droga do Putte
  • Wydawnictwo Dolnośląskie
    Wrocław 2007
    130x205
    272 strony
    ISBN: 8373846034

Takie książki jak Droga do Putte ostatnimi czasy nie pojawiają się w polskiej literaturze zbyt często. Holewiński skreślił fascynującą opowieść biograficzną o Jacobie Jordaensie, jednym z czołowych malarzy flamandzkich doby baroku (artysta żył w latach 1593-1678). Akcja powieści startuje w roku 1640, gdy Jordaens jest już malarzem dojrzałym, cenionym i zamożnym; do tego ma kochającą żonę, udane dzieci i wspaniały dom. Wciąż jednak – jak to często u artystów - targają nim twórcze niepokoje, ma wyraźny kompleks Rubensa, z którym ciągle się porównuje, nie ma pewności czy jest malarskim geniuszem, czy jedynie wielce sprawnym rzemieślnikiem. Książka Holewińskiego nie jest jednak tylko i wyłącznie opowieścią o dolach i niedolach życia artysty, o tytanie pracy, który wszystko podporządkował malarstwu. W tle historii Jordaensa pisarz kreśli pełen detali obraz życia codziennego w siedemnastowiecznej Antwerpii, niegdyś świetnie prosperującym i bogatym centrum handlu, potem coraz bardziej podupadającym, targanym konfliktami politycznymi i religijnymi. Droga do Putte jest także – a może przede wszystkim – powieścią o dotkliwości przemijania i oswajaniu śmierci; pisarz nie przez przypadek przecież umieścił w tytule książki nazwę miejscowości, w której zostali pogrzebani sam Jordaensa i jego bliscy. Dla malarza owa tytułowa „droga do Putte” była wyjątkowo bolesna, bo żyjąc bardzo długo, musiał zmierzyć się z doświadczeniem śmierci prawie wszystkich najbliższych. Nigdy jednak nie dał zagarnąć się rozpaczy, zawsze pomagało mu malarstwo.

- Robert Ostaszewski

Wacław Holewiński (ur. 1956r.) powieściopisarz, dramaturg, wydawca i redaktor, wiceprezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Fragment

Służba na polecenie księżnej sprawnie odsunęła na bok podesty. To, co ujrzeli zgromadzeni, przerosło najwyraźniej ich oczekiwania.
– Rubens – rzucił ktoś z boku.
Ktoś inny zaczął dociekać mistrzowskiego podobieństwa między postacią na obrazie a pamiętanym przecież jeszcze, Frederikiem Hendrikiem.
Jedynie Beck, haski bogacz, pozwolił sobie na zgryźliwą uwagę:
– Jeśli to Rubens, to jakżeśmy szczęśliwi, że mamy naszego Rembrandta.
Jordaens słuchał tych głosów początkowo onieśmielony, potem – wraz z liczbą pochwał – coraz bardziej rozjaśniony, promienny, pewien siebie. Jemu samem zdawało się, że w obrazie jest za mało pulsującego rytmu, rozbuchania, które zdarzało mu się uchwycić w innych scenach, na innych obrazach. No, ale skoro żaden ze zgromadzonych tego nie zauważył...
– Mistrzu – księżna wzięła go pod ramię i przeszła z nim od jednego do drugiego końca ogromnego dzieła – jeśli dwa pozostałe będą równie piękne... Będę dumna, posiadając takie prace.
Kazała przynieść wina. Chwilę później wzniosła toast, ale nie za niego, tylko za to, co nadejdzie.
– Oby ten dom w przyszłości jak najczęściej mógł gościć równych wam artystów.
Dźwięk tłuczonego szkła, spowodowany nieostrożnością którejś z dam, wywołał radosne komentarze.
– Dobry znak – krzyknął jeden z malarzy i zaraz podszedł do Jordaensa, aby złożyć mu należny szacunek.
Księżna oddała go w jego ręce, a sama przez chwilę rozmawiała z młodym Jacobem. Chciała, żeby jej pokazał to, co jest jego dokonaniem. Potem wsłuchała się w żywą rozmowę dwu innych malarzy, którzy ze znawstwem, podkreślając oryginalność kolorystyki, wskazując na gęstość farby w partiach jasnych i inną, bardziej przejrzystą w ciemnych, zgromadzili wokół siebie przysłuchujący się tłumek.
Malarz, który stał z twórcą tego zamieszania, Egbertus Kuipt, chciał koniecznie zaprosić Jacoba do swojej pracowni. Nie malował wielkich scen, jak Jordaens, raczej jak jego własny, daleki kuzyn, Gerard ter Borch, na małych płótnach starał się ukazać zamożnych mieszczan otoczeniu służby. Precyzyjnie szlifował każde piórko, kotarę, koronkę u mankietów, stąd też jego podziw dla Jacoba. który w tak wielkim dziele, jak oglądane, nie tylko uchwycił szczegół, ale wtopił swe postaci w dalsze plany, pozornie bez trudu, oddał przestrzeń, zamanifestował przywiązanie do tradycji malarskiej, wplótł w nią odrobinę tego, co nazywano gładkim malowaniem, i jeszcze, umiejętnie operując światłem, pokazał, która z postaci jest tą bezsprzecznie ważniejszą.
Jacob, który nieoczekiwanie poczuł, że swędzi go całe ciało, przyjął zaproszenie i uścisnął dłoń Kuipta. Nagle zrozumiał, że spływa zeń podenerwowanie, niepokój, jakiś rodzaj strachu. Wiedział, że przyjdzie ten moment, że to inni zdecydują o jego mistrzostwie, ale nie sądził, że wciąż jeszcze może być aż tak uzależniony od tych uwag. Dobrze przynajmniej, że księżna na ten niezapowiedziany pokaz wzięła z sobą takich jak on, ludzi pędzla, ludzi mozolnej pracy, talentu, swoistego widzenia świata. I, jak dziecko, cieszył się z ich uznania.
Wiele osób podeszło do niego tego dnia z gratulacjami. Wierzył w ich szczerość, przez chwilę nawet poczuł, że nikt inny tylko on właśnie... Pycha, zrozumiał jednak prawie w tym samym momencie, pycha u diabła w zaprzęgu... Więc szybko otrzeźwiał i po ich wyjściu, siadłszy na podeście, długo wpatrywał się w swoje dokonania. A kiedy już odsiedział swoje, złapał pędzel i cisnął nim o podłogę.
Młody Jacob prawie się popłakał, kiedy zobaczył, że ojciec niszczy to, co inni uznali za mistrzowskie.
– Dlaczego? - wydukał.
– Dlaczego? – powtórzył jego pytanie. – Powiedziałeś, że to będzie moje największe dzieło, pamiętasz? – przypomniał mu wcześniejszą rozmowę. – Nie chciałbym, aby ktokolwiek uznał, że tylko tyle potrafię. Ale – chciał chyba syna pocieszyć – nie martw się. Możesz stawać do drugiego płótna. Z tym dam sobie radę sam.
I już się tego dnia nie odezwał aż do wieczora. Malował tak, jak dyktowało mu serce, a nie jak zaplanował. Mógł kartony odłożyć na bok, mógł je podrzeć i kazać spalić, na nic nie były mu już potrzebne. Co prawda obraz, jego ogólny wyraz pozostał ten sam, ale w sylwetkach uchwycił to, czego wcześniej nikt nie mógłby tam dojrzeć. To teraz dopiero Frederik i Maurits byli uosobieniem stalowej woli, potęgi, męskiego honoru, a kobieta – ten zawieszony nad nimi anioł – przestała być dekoracją, zwieńczeniem, nagle stała się apetycznym obiektem westchnień, lubieżnego oblizywania warg. Była i kochanką, i matką, świętą i ladacznicą. Zaglądała im w twarze, marsowe oblicza, przeznaczone przecież nie dla niej, ale dla wrogów. Wiedział, że zbliżył się, jeszcze nie dotknął, jednak zbliżył się do tego rejonu, miejsca, w którym jego wyobraźnia zlewała się z tym, co dłoń pozostawiła na płótnie.
Podszedł do syna, wziął go za rękę i podprowadził do miejsca, gdzie malował. Stanął za nim i czekał na reakcję. Młody Jacob długo przypatrywał się zmianom, a kiedy wreszcie przerwał milczenie, to, co mówił, było jak westchnienie ulgi.
– Nie chciałem o tym wcześniej wspominać – powiedział mu to, nie odwracając się, nie patrząc w oczy – widziałem, jak się męczysz. Miałem nadzieję, wierzyłem, że znajdziesz metodę... Może ja jeden ze zgromadzonych tu dzisiaj wiedziałem, że żadne pochwały cię nie uwiodą. Mam wrażenie, że teraz dwa następne nie sprawią ci kłopotu. Ciekawe tylko, jak zareagują na te zmiany inni?
Tego się nie obawiał. Każdy fachowiec musiał zauważyć, że odmieniony obraz jest lepszy niż uprzednio, że gra nie tylko kolorem, światłem, ustawieniem postaci, ale przede wszystkim, że jego autor znalazł klucz do sytuacji. Ten, kto na niego spojrzy, musi poczuć, że dekoracja jest przeniesieniem wizji państwa, że oddaje społeczny klimat, buduje dumę z osiągnięć ostatnich lat. O ileż łatwiej byłoby namalować portret. Miał wrażenie, że samo malowanie twarzy niczego jednak nie daje, że to tylko namiastka malarstwa, wzornictwo mało ważne, ozdóbka wzmacniająca dobre samopoczucie zleceniodawcy. Choć i jemu zdarzało się namalować taki obraz, robił to wyłącznie dla zarobku. To tu, w tym wielkim, przestrzennym malowaniu czuł się spełniony.