Lux perpetua

Andrzej Sapkowski
Lux perpetua
  • SuperNowa
    Warsaw 2006
    125×195
    594 strony
    ISBN: 83-7054-189-5

Na ostatniej – prawie – stronie swojej nowej powieści Lux perpetua Andrzej Sapkowski pisze: „Bywajcie szlachetni i dobrzy panowie. Niech opatrzność chroni was na szlaku od nieszczęścia i złej przygody. Nie, nie, rzekłem, koniec to koniec, więcej bajać nie będę. Bo dalej fantazja moja nie nadąży”. Tak więc kończy się imponujących rozmiarów (w sumie 1800 stron) trylogia rozgrywająca się w pierwszej połowie XV w. na Dolnym Śląsku wstrząsanym krwawymi walkami, zrywanymi co chwila i znów zawiązywanymi sojuszami. Jeśli dodamy do tego, że obszar ten jest terenem ostrego konfliktu religijnego, a ważną rolę odgrywa tu husytyzm, to rzeczywiście otrzymujemy scenerię wymarzoną dla autora powieści historycznej.
I w istocie – na pierwszym poziomie Narrenturm, Boży bojownicy oraz Lux perpetua to taka porządnie skrojona opowieść o dawnych stuleciach. Autor nie szczędzi trudu, by zapoznać nas choćby z maszynerią wojenną tamtych czasów. Ta pasja inżynieryjna sprawia, że w Sapkowskim można by widzieć takiego naszego Toma Clancy’ego, który miast fascynować się nowoczesnymi łodziami podwodnymi, poświęca sporo trudu i powieściowych stronic na opisanie dawnego uzbrojenia. Tyle że w przeciwieństwie do Clancy’ego nasz pisarz jest po wielekroć bardziej wyrafinowany.
Nie powinna więc zmylić także warstwa fabularna, w której poznajemy losy Reinmara Reynevana, osobnika dość kochliwego, na którego życie wciąż ktoś nastaje, a gdy bohater staje po stronie husytów, liczba wrogów zwiększa się wielokrotnie. Istotę fabuły oddaje mój ukochany tytuł ze środkowej części trylogii (Boży bojownicy), w którym mowa o tym, że bohater zostaje „napadnięty, uratowany, pojmany, nakarmiony i porwany”, a nad postaciami w kolczugach unosi się atmosfera „tajnych zjazdów, sekretnych narad i ogólnoświatowych spisków”.
Na drugim poziomie trylogia Sapkowskiego jest bowiem polemiką z polską tradycją powieści historycznej, z – dajmy na to – Kraszewskim i Sienkiewiczem, którzy pisywali o okrutnych czasach pozbawiając je dozy okrucieństwa i najprostszego ludzkiego wymiaru. Tymczasem autor Wiedźmina nie ukrywa, że jego postaci to ludzie niespecjalnie – powiedzmy – subtelni, za to z lubością pławiący się w tym, co kiedyś wielki teoretyk literatury Michaił Bachtin nazwał „dołem materialno-cielesnym”.

- Mariusz Czubaj, Polityka nr 48/2006

Fragment

- Reynevan! Tutaj! Szybko!
W głębi podwórza ktoś zawył, zacharczał i zadławił się. Reynevan skoczył na równe nogi i pobiegł w stronę wejścia do domu. Bełt świsnął mu tuż nad głową. Coś huknęło i rozbłysło, na kamieniach podwórca rozlała się ognista kałuża, zaśmierdziało palonym tłuszczem. Druga butelka roztrzaskała się na ścianie domu, płonący olej spłynął kaskadą po gzymsach. Trzecia pękła na schodach, płomienie momentalnie ogarnęły dwa leżące tam ciała, zasyczała parująca krew. Od strony bramy leciały następne pociski. Nagle zrobiło się jasno jak w dzień. Reynevan zobaczył klęczącego za filarem podsienia brodacza w lisiej czapie, mógł być nim tylko gospodarz domostwa, Maizl Nachman ben Gamaliel. Obok klęczał wyrostek, trzęsącymi się rękami usiłując nabić hakownicę. Za drugim filarem stała Rixa Cartafila de Fonseca z zakrwawionym tasakiem, a twarz miała taką, że Reynevan zadrżał. Tuż za Rixą, z samopałem w ręku...
- Tybald Raabe? Ty tutaj?
- Kryj się!
Od bramy poleciały bełty, odłupując tynk z muru. Usiłujący nabić hakownicę wyrostek krzyknął przeszywająco i zwinął się w kłębek. Rixa cofnęła się przed huczącym ogniem, osłaniając twarz przedramieniem. Reynevan wciągnął wyrostka za mur, pomógł mu Tybald Raabe.
- Źle jest... - wydyszał goliard. - Źle z nami, Reynevan. Zaraz ruszą... Nie dostoimy...
Od bramy, jakby potwierdzając, odpowiedział mu bojowy wrzask, pełne złości wycie. Ogień zalśnił na klingach, zamigotał w brzeszczotach.
- Śmierć Żydom!
Rabbi Maizl Nachman ben Gamaliel wstał. Uniósł głowę ku niebu. Rozpostarł ręce.
- Baruch Ata Haszem, Eloheinu - zawołał, śpiewnie modulując głos. — Melech ha-olam, bore meori haesz!
Ściana domu pękła, eksplodowała erupcją tynku, wapna i zaprawy. Z chmury kurzu wyszło to coś, co w ścianie było, co w niej zamurowano. Reynevan ze świstem wciągnął powietrze. A Tybald Raabe aż przykucnął.
- Emet, emet, emunah! Abrakadabra! Abrakaamra!
Wylazłe ze ściany coś, wyglądające jak bałwan z gliny, było z grubsza człekokształtne, w miejscu głowy miało jednak między barami tylko nieznaczne wybrzuszenie.
Niższe od średnio wysokiego człowieka, było jednak grube i pękate jak beczka, kroczyło na krótkich słupowatych nogach, grubaśnymi łapskami sięgając ziemi. Na oczach Reynevana łapska zacisnęły się w pięści, wielkie jak kule do bombardy.
Golem, pomyślał, to jest golem. Najprawdziwszy golem, legendarny golem z gliny, marzenie czarodziejów. Marzenie, pasja i obsesja Radima Tvrdika z Pragi. Że też Radima tu nie ma... Że też nie może tego zobaczyć...
Golem zaryczał, a raczej zatrąbił jak monstrualna okaryna. Na stłoczoną w bramie magdeburską chewrę padł blady strach, trwoga, wydawało się, sparaliżowała zbirów, odebrała im władzę w nogach. Nie byli zdolni uciekać, gdy golem biegł ku nim kołyszącym truchtem. Nawet się nie bronili, gdy wpadł na nich, równo i metodycznie grzmocąc i łupiąc ogromnymi kułakami. Wrzask, okropny wrzask rozdarł nocne powietrze nad Jaworem. Nie trwało to długo. Zapadła cisza. Syczał tylko olej płonący w kałużach.
Z muru przy bramie wolno ściekała gęsta, zmieszana z mózgiem krew.
Wzeszło słońce. Gliniany golem wrócił do dziury w murze, stał tam, zlany z tłem i niewidoczny.
- Byłem umarły, a oto jestem żyjący - powiedział ze smutkiem Maizl Nachman ben Gamaliel. - Ale przelano krew. Dużo krwi. Oby było mi to wybaczone, gdy nadejdzie Dzień Sądu.
- Ocaliłeś niewinnych. - Rixa Cartafila de Fonseca ruchem głowy wskazała zażywną kobietę, obejmującą i tulącą do siebie trzy czarnowłose dziewczynki. - Broniłeś życia najdroższych, rabbi, przed tymi, którzy zapragnęli ich skrzywdzić. Mówi Pan: Pamiętaj, co ci uczynił Amalek w drodze, gdyś wyszedł z Egiptu. Wygładzisz imię Amaleka spod nieba. Wygładziłeś.
- Wygładziłem. - Oczy Żyda rozbłysły, by natychmiast przygasnąć. - A teraz co? Znowu wszystko rzucić? Znowu tułaczka? Znowu do innych drzwi przytwierdzać mezuzę?

- To z mojej winy - burknął Tybald Raabe. - Naraziłem cię na szwank. Przeze mnie teraz...
- Wiedziałem, kim jesteś - przerwał mu Maizl Nachman - gdy dawałem ci schronienie. Wspierałem twoją sprawę z przekonania. Mając świadomość, czym ryzykuję.
Cóż, ucieczka i tułaczka rzecz mi nie nowa...
- Nie sądzę, by to było konieczne - odezwał się Reynevan. - Uprzątając trupy, tutejsi ocenili zajście raczej jednoznacznie. Napadnięto cię w celach rabunkowych, a ty się broniłeś. Nikt chyba w Jaworze nie miał ci tego za złe. I nikt nie będzie cię niepokoił, gdy zostaniesz.
- O, święta naiwności - westchnął Maizl Nachman. - Święta i dobra... Imię twe jak? Reynevan?
- Zwie się Reynevan, tak jest - wtrącił się Tybald Raabe. - Znam go i ręczę...
- Aj, co ty mnie ręczysz? On pospieszył z pomocą Żydowi. Czy mnie trzeba lepszych poręczeń? Hola! Co z twoją dłonią, dziewczyno? Tą z pierścieniem cadyka Chalafty?
- Trzy palce złamane - odrzekła zimno Rixa. - Drobiazg. Do wesela się zagoi.
- Do jakiego wesela? A kto by cię zechciał? Stara, pyskata, usposobienie gwałtowne, gotować też nie umiesz, założę się o co chcesz, choćby o własny tałes. Ty daj rękę, sziksa. Jehe sz'meh raba mewarach l'alam ul'almej almajja! Na oczach zdumionego Reynevana palce Rixy wyprostowały się, momentalnie zniknęła z nich opuchlizna, rozpłynęły się w nicość krwiaki. Dziewczyna westchnęła, poruszywszy dłonią. Reynevan pokręcił głową.
- No, no - powiedział wolno. - Jestem medykiem, rabbi Maizl, nieobce są mi też artes magicae. Ale żeby tak gładko wyleczyć wyłamane stawy... Pełen jestem podziwu.
Ciekawym, gdzie można się tego nauczyć?
- U mnie - odrzekł sucho rabbi. - Będziesz miał wolne siedem lat, wpadnij. Nie zapomniawszy wpierw się obrzezać. Ale teraz, jak mawiał król Salomon do królowej Saby, przejdźmy do rzeczy. Chcieliście ode mnie informacji. Niech się tedy rzeczy dowiem.
Reynevan pokrótce wyłożył sprawę. Maizl Nachman wysłuchał, kiwając brodą.