Wyrzuty

Monika Mostowik
Wyrzuty
  • Prószyński i S-ka
    Warszawa 2007
    142 × 220
    160 stron
    ISBN: 978-83-7469-455-1

Pierwsza powieść w dorobku Moniki Mostowik raczej nie będzie zaskoczeniem dla tych, którzy poznali już tę autorkę z dwu tomów opowiadań: taka ładna i Akrobatki. Nie będzie, bo choć dłuższa forma prozatorska wymaga użycia nieco innych środków, pisarka wykorzystuje te, które tak dobrze się już sprawdziły w krótszych narracjach. Posługuje się nie tylko charakterystycznie brzmiącym, poetyckim językiem, ale też i eksploruje swoje ulubione rejony rzeczywistości. Porusza się autorka Wyrzutów pomiędzy jawą i snem. Od zmysłowo opisywanej zewnętrzności płynnie przechodzi do tego, co kryje się w podświadomości. Fascynuje ją komizm i groteskowość ludzkich zachowań, ale i z wielką wrażliwością podchodzi Mostowik do tragedii samotności, niezdolności do dialogu, emocjonalnego zagubienia. Jej bohaterowie to wrażliwcy będący na skraju załamania nerwowego albo tacy, którzy przekroczyli już próg szaleństwa.
Taki jest też kwartet postaci, którego losy opisane zostały w Wyrzutach. To młodzi ludzie trwający w życiowym letargu. Wykonujący byle jakie zawody albo bezrobotni, osamotnieni, ale niezdolni – na pozór – do uczuciowego zaangażowania się. Kluczem do wyjaśnienia ich zachowań jest wstydliwa tajemnica, jaką każde z nich ukrywa. Przy czym zdając sobie sprawę, że tkwią w niewoli swoich sekretów, nie próbują się z nimi zmierzyć, lecz je pielęgnują. Szansą dla Emili, Marioli, Jacka i Pawła będzie ich wspólne spotkanie. Dzięki niemu będą mogli sprawdzić, czy są zdolni do miłości i czy potrafią zawalczyć o spełnienie marzeń. Choć brzmi to jak banalna opowieść o dwudziestolatkach u progu dorosłości, autorka nie byłaby sobą, gdyby zakończyła tę historię na połączeniu par i zasugerowała happy end. Konfrontacja bohaterów ujawni coś, czego nikt się nie spodziewał.
Można tę historię czytać jak ironiczną wariację na temat harlequinów, można i jako parodię opowieści o egzystencjalnych wyborach grupy przyjaciół. Wyborach, których rezultatem w książkach poprowadzonych bardziej schematycznie, zwykle jest mniej lub bardziej spektakularny sukces. Doprowadzając ów schemat do absurdu, Monika Mostowik prowadzi czytelnika na manowce. Ale nie leżą one poza granicami stworzonego przez nią, bardzo oryginalnego świata.

- Marta Mizuro

Monika Mostowik (ur. 1975 r.) pisarka, poetka, autorka drobnych form prozatorskich i scenariuszy filmowych, wielbicielka flamenco; ukończyła socjologię, studiowała scenopisarstwo w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi.

Fragment

Emi przechadzała się między stolikami, stawiając kroki z wielkim namaszczeniem, jakby chodziła po lodzie, w zwolnionym tempie, jak na wybiegu dla modelek, choć na to ostatnie nigdy nie miałaby szans z taką dużą pupą. Wszystkie te modelki to przecież takie patyki, a ona miała za wiele krągłości. Co jakiś czas zerkała na Jacka, ale on bardziej był zajęty swoją kawą, choć wierzyła, że tylko tak udawał.
- Wcale na ciebie nie patrzył - powiedziała jej koleżanka, kiedy wróciła do baru i odstawiała puste szklanki. Emi rozpięła jeszcze jeden guzik bluzki. Jacek jakby usnął z otwartymi oczami. Przypominał sobie wczorajsze cudowne chwile. Ludzie tyle tracą, nie widząc siebie we śnie. Powinno się nagrywać takie filmy i potem siebie obserwować. To jest dopiero psychologia, a nie jakieś babranie się w ludzkich wyznaniach, wspomnieniach z dzieciństwa, leżenie na kozetce i gapienie się w plamy atramentowe bez opamiętania, choć od razu widać na nich cycki albo dupkę. Trzeba wtedy robić wszystko, żeby przypominało to coś zupełnie innego, na przykład jabłko, które być może symbolizuje grzech i winę i o to właśnie chodzi. Już jest o czym rozmawiać i w czym się babrać. Sny wypisują nam na twarzy całą historię. Patrzenie na siebie w lustrze rano nic nam nie daje poza nadzieją, że wkrótce znowu pójdziemy spać.
Emi nie dawała za wygraną, krzątała się koło Jacka ciągle, a to serwetki wymienić, a to kwiaty w wazoniku poprawić, a to biustem mu przed oczami zaświecić. Wyglądało to zupełnie, jakby pozowała do „Playboya". Zaczęli ją podrywać panowie, którzy najwidoczniej zrobili sobie dziś wagary, choć, zdaje się, niejedną wiosnę przespali. Wołali ją: Ej lala, laska, dziunia, cycunia i tym podobnymi pieszczotliwymi określeniami. A Jacek nic. Mógłby choć się poślinić na jej widok, mogłaby mu choćby łyżeczka spaść, a on nic, tylko kawa i kawa, i jakby się z niej śmiał w duchu. Dla Emi to wciąż było nie lada wyzwanie. Zwłaszcza że, zdaje się, założyły się z koleżanką przy barze, że Jacek zaraz będzie pełzał u jej stóp i błagał o jedno spojrzenie, a ona na to powie: Spadaj mały, i pójdzie hulać z pryszczatymi wagarowiczami.
Koleżanka przy barze była wyraźnie zniecierpliwiona.
- On jest gejem - tłumaczyła się Emi.
- Nie wydaje mi się.
Szkoda, że Jacek nie słyszał tej rozmowy, ucieszyłby się przecież. Emi zaczęła już układać kolejny plan, kiedy wstał od stolika. Zostawił napiwek, skoro już tak musi być, i wrócił do taksówki. Głowa nie przestawała boleć i powoli zaczynał żałować, że nie wsiadł do samolotu z tą płaczliwą pasażerką.

Emi była zrozpaczona. Cały wieczór wylewała swoje smutki Marioli do szklanki z piwem. Na szczęście nie płakała jednak, bo to nie było w jej stylu. Miała zwyczaj złoszczenia się, ale nie użalania nad sobą. Prawdopodobnie dlatego się przyjaźniły. Mariolka to była twarda sztuka, choć nie wyglądała na taką. Była tak filigranowa, że ludzie w tramwaju odsuwali się od niej, jakby się bali, że się zaraz rozbije jak kryształowa baletnica, którą się stawia na fortepianie. Powinny się nawet zamienić głosami, niski głos Mariolki bardziej pasował do Emi, która wcale nie wyglądała na taką delikatną i subtelną. Nieźle się dobrały. Dwie kukiełki, które w teatrzyku odgrywały zupełnie inne role, choć zupełnie takie same. Grały inne, niż są w rzeczywistości. Grały cokolwiek, byle nie siebie. Chyba że były same, samiuteńkie, nawet nie same ze sobą, bo przed sobą tylko chwilami dawały się ponieść i pobyć ot tak. Choć z pewnością gdyby to usłyszały, zaprzeczyłyby i oburzyłyby się strasznie, bo przecież są takie naturalne i szczere. Czasem, zdaje się, były sobą nawzajem, choć przez to udawanie niewiele o sobie wiedziały, większość sobie zmyśliły i uczyły się kwestii na pamięć. Wiadomo było, że to z góry jest skazane na niepowodzenie, nie wiadomo było jednak, czy to się dobrze skończy, jeśli w ogóle się skończy. One nigdy się nad tym nie zastanawiały. Emi miała swój teatr, tu, w tej kawiarni, kręciła tyłkiem tak, żeby każdy facet, nawet gej, wodził za nią wzrokiem. To były jej małe zwycięstwa, które nadawały życiu sens. Prowokowała facetów niemiłosiernie, wmawiając im, że przeżyją z nią niesamowite chwile, obiecując najwyższej klasy erotykę lub dla odmiany wyuzdane zwierzęce rżnięcie. Choć nigdy nie mówiła o tym słowem, dawała to mocno do zrozumienia, każdy mógł dopisać sobie do tego swój scenariusz, a na taki scenariusz zawsze znalazło się miejsce czy to w życiu żonatego faceta, czy księdza, czy nastolatka, czy biznesmena, czy taksówkarza. Grunt to mieć w życiu cel, a Emi zawsze go miała i nieodmiennie osiągała, jeden po drugim. Mariolka nie do końca mogła zrozumieć, jak jej się to nie znudzi, ale z drugiej strony sama zawsze marzyła o tym, aby mieć jakiś interesujący cel.
- Kiedyś cię ktoś dopadnie i zobaczysz. Siłą sobie weźmie to, co mu obiecujesz.
- Ja nic nie obiecuję, przestań krakać.
- Niby nic, a jednak coś. Wszystko można sobie wyobrazić, jak się tak zachowujesz.
- Jestem kelnerką i żyję z napiwków.
- Ale jak wychodzimy wieczorem, to już nie jesteś kelnerką. Nie udawaj świętej teraz.
- Nie udaję. Sama nie jesteś święta.
- Ale tu nie chodzi o mnie. O ciebie się boję.
- Złego diabli nie biorą. Poradzę sobie. Zresztą zawsze znajdzie się jakiś silny mężczyzna, który mnie obroni. Oni uwielbiają stawać w obronie, nie? Zawsze się któryś chce wykazać.
- Ale nigdy za darmo.
- Mariolka, ty to jakaś podejrzliwa jesteś. Zawsze się najgorszego spodziewasz.
- Tak na wszelki wypadek, nie zaszkodzi.
- Tylko zabawę psujesz.
- A, no to przepraszam. Mnie to już po prostu przestaje bawić.
- To już nie mój problem. Znajdź sobie coś albo kogoś do zabawy i wyluzuj.