Pątnicy z Macierzyzny

Marian Pankowski
Pątnicy z Macierzyzny
  • Korporacja Ha!art
    Kraków 2006
    110 × 180
    198 stron
    ISBN: 83-89911-62-0

Polska religijność ma specyficzną formę – najmocniej manifestowana, a i pewnie przeżywana, jest podczas pielgrzymek, masowych, uroczystych mszy, w trakcie wizyt papieskich; polski katolik najlepiej zdaje się czuć w tłumie. Za to niewiele jest u nas religijnej refleksji, nie mówiąc już o studiowaniu Biblii. Ma to swoje odbicie w polskiej literaturze współczesnej, która rzadko – wyjątkiem jest jedynie poezja – sięga po tematykę związaną z wiarą. Nie dziwi więc, że postanowił zmierzyć się z nią Marian Pankowski, pisarz, który od początku swojej twórczej drogi chętnie zajmuje się tematami kontrowersyjnymi bądź trudnymi, próbując w ten sposób zmuszać swoich czytelników do myślenia. Powieść Pątnicy z Macierzyzny po raz pierwszy ukazała się w roku 1985. Nie był to dobry czas na problematyzowanie religijności stanowiącej ważny element w systemie społecznego oporu przeciwko władzy PRL-owskiej, co sprawiło, że książka została prawie zupełnie przemilczana. Tym bardziej, że Pankowski przedstawiał – jak to zwykle u tego autora w sposób zmetaforyzowany i groteskowy zarazem – fenomen „polskiego katolicyzmu stadionowo-pielgrzymkowego” z potrójnego dystansu. Po pierwsze, z punktu widzenia obcego, Europejczyka, bo opowieść narratora-autora (wszystkie teksty Pankowskiego są zawsze wyraźnie autobiograficzne) skierowana jest do belgijskiego przyjaciela, któremu stara się objaśnić, co takiego dzieje się w tym dziwnym miejscu zwanym „Cartoflania Dolorosa”. Po drugie, to, co dzieje się w Polsce opisywane jest przez emigranta, który wprawdzie często bywa w kraju, ale przygląda się temu, co tam się dzieje, z boku. Po trzecie wreszcie, religijne uniesienia Polaków, poszukujących swoich świętych, pielgrzymujących ku cudownemu obrazowi Matki Boskiej, wsłuchanych w każde słowo papieża-Polaka, ukazywane są z perspektywy laickiej, z perspektywy człowieka, który wiarę utracił dawno temu w hitlerowskich kacetach. Po ponad dwudziestu latach od pierwszego wydania Pątnicy z Macierzyzny wciąż są książką aktualną; książką, która polskim czytelnikom może pomóc zrozumieć samych siebie, zaś obcym – poznać lepiej specyfikę „polskiej duszy”.

- Robert Ostaszewski

Fragment

– Ziemia ta, bracie Europejczyku, już od kilkunastu dni stoi w takim jak dziś słońcu. Satelita meteorologiczny przekazuje takie same zdjęcia pogody, które prasa wyraża nazajutrz najchętniej parkową fontanną, po tafli której chłopczyk zdalnie steruje okręcikiem elektronicznym.
Srebrnym ciurkiem płyną te fotografie do redakcji i dziś właśnie fontanna, chłopczyk i okręcik uzmysławiają czytelnikom dzienników kanikułę rekordową.
I tu, na ławce, frontem do kłującego w oczy morza, o... ten gość coś zauważył i palcem swej kobiecie pokazuje, stukając w gazetę. O, i tamta pani na sąsiedniej ławce, co nie ma komu swego zdziwienia przekazać, samej sobie pokazuje ową białą plamę na mapie pogody europejskiej.
Gdzie by nie spojrzeć - na deptaku, w kawiarniach, w salonach hoteli, wszędzie ludziska o dziennik palcem stukają. A powód? Jeden jedyny kraj nie korzysta z dobrodziejstw słonka sierpniowego: Cartoflania Dolorosa.
Czy to pary się wzbiły z rzeki, co kipi od kanikuły? Czy się skurwysyny węglarze, węgle palący, zmówili, żeby ten dzień na amen zakopcić, że słonko ich czarnymi praktykami zaćmione? Czy ta kurzawa mączna z młynów, co zdobywszy części zamienne, ruszyły na cały regulator, że zamieć nie zamieć, choć lato?
Dodzwoniły się w końcu paryskie redakcje do swych korespondentów i już się sypią teleksy i w grube litery pierwszych stron gazet obrastają:

Ruszył naród pielgrzymów
Zwycięski pochód maluczkich
Ten sierpień w marszu
Wiktoria pokornych i cichych
Wali lawa ludu bożego

No i szczegóły. Paryski „Paris-Catch" donosi:

Z wiosek, miasteczek, z gór niedostępnych i dolin głębokich ruszyły miliony pielgrzymów w stronę miast wojewódzkich. To oni ten kurz wzbijają stopą wędrowną, że chociaż dzień biały - to ciemnota. Aż loty międzynarodowe odwołano. Tak samo bociany. Z odlotem się wahają. Ach, trzeba widzieć, jak się pielgrzymi tym piachem lotnym radośnie zachłystują, już wiedzą, że o nich na Zachodzie mowa, więc jeszcze mocniej pobożną stopą szurają. Niech widzi świat, powtarzają. Kaszel tych ludzi prostych ma w sobie coś, co napawa nadzieją. To połykanie złotej kurzawy wraz z haustami pieśni pobożnej. No a już te ich oczy przymykane, w chwili kiedy usta szeroko otwarte...
A oto bramy miasta prowincjonalnego. Przewodnik przed naszą kompanię wybiegnie, tubę do rudej od piachu twarzy przyłoży i krzyknie. I w mig, jak ich tysiące, każdy pielgrzym za pazuchę po obrazek! I jak ich tysiące, nad głową ci tym obrazkiem kołują i „stooooo lat" intonują. Komu? Domyślamy się. A dzwony swoje. Entuzjastycznie.
Dopiero od trzech godzin towarzyszę tej kompanii, a jakbym już znał tych ludzi od lat. jak oni, lepki od potu i pyłu, wkraczam do miasta. Wita nas megafon diecezjalny. A po słowach powitania (brawo nowoczesność!) ojciec jezuita, socjolog, dzieli się z nami statystyką. Cóż się okazuje? Kompania nasza szła przez 13 dni, przebywając w tym czasie trasę 370 kilometrów. To nie wszystko, gdyż - rzecz godna podkreślenia i będąca dobrą zapowiedzią - pielgrzymka nasza liczy 95 procent młodych, a tylko 5procent ludzi starych. Gromkie, niemilknące oklaski młodych pielgrzymów wzbiły się w odpowiedzi głośnikowi diecezjalnemu.
I jak Europa rozległa, naszpikowana kioskami, gdzie pisma ilustrowane krwią, łzą i potem ociekają do kawy i likierów, rośnie wzruszenie. Szloch współczucia dla tych rzesz wędrujących, bez dachu nad głową, co wszerz i wzdłuż przemierzają Kartoflanię, niosąc głowy zadarte chwacko ku niebiosom, pełnym świętych męczenników oklaskujących tak żarliwie owo ziemskie wędrowanie, że aż dzwonią o siebie i podzwaniają aureole ze złota pierwszej, drugiej i trzeciej próby


— O ten gród właśnie, o to wzgórze o tysiąc kilometrów odległe, opieram dziś maszynę do pisania, ten klawesyn poprzerastany nocnym durkaniem do drzwi gestapowców, pełny gniazd ludzkich uwitych z kolczastego drutu, ośliniony księżycowym jęzorem wszystkiego, co pełza.
Trwoga - i już instrument ustępuje pod palcami, dzwonki, co dom za domem elektryzują nowiną, że pożar, że powódź, że pułk nasz w bębny bije, że ciało słowem się staje, żeby robactwu się nie dać, żeby rdzę do piekieł odepchnąć, tam gdzie niepamięć otworem.
I już nie trwoga, ale wspinaczka. Już taternictwo karkołomne, żeby nad występ ostatniej skały monogram z kutego żelaza storczykiem, tam gdzie jastrząb między słońcem i księżycem się waży i sprawdza w południe, czy świat ten stoi do pionu.
Do miasta wstępuję - ja, narrator - i naraz niebo pojaśniało. Poznały mnie ulice. Wzdłuż torów skręcam, i ścieżką wśród mokrych traw i pokrzyw na skróty — a tu głosy dzieciarni pełne zapału. Głosy i ciosy. Kijami haraczą i młócą ci chłopcy tę ścieżkę.
Żeby zjawiska nie spłoszyć, pedagogiczny uśmiech wywieszam w rodzaju: „No i cóż tam, moi kochani, w co się bawicie?".
Rozstąpili się. Zaskroniec leży pokiereszowany. Drgnął i o krok się cofnęli. I patrzą na swe skarpetki białe opryskane tą niską krwią, ci chłopcy idący na mszę wysoką.
„On, proszę Pana, o mało co mnie nie użarł! Dobrze, żem odskoczył".
„Dzieci złote - zwracam się do moich braci w mordowaniu ptaków, gadów, ryb i motyli - on niejadowity... chroniony... on dobrze pływa... pewnie se z łąki do potoka wracał. No dobrze... pomódlcie się za niego. Może da Bozia, że się zrośnie".
A oni patrzą na mnie i uśmiech występuje na ich buzie, bo im ten pan z telewizora wesołe kawałki opowiada.
Więc ręką ni to dyrygenta, ni to kaznodziei daję im znak do odejścia i coś w rodzaju rozgrzeszenia. A kiedy zniknęli za nasypem kolejowym, podnoszę pomału zwłoki węża. „Wyżej je podnieś - mówię - nad głowę".
Kto się po nie zgłosi? Kto weźmie w opiekę duszę świętego Szczepana gadów męczonych, dręczonych, kamienowanych i widłami dźganych za to, że... domyślcie się, za co.
A ponieważ na ziemi i na niebie pustka i nikt się z rodziny po to ciało nie śmie zgłosić, kładę je tu, pod tym czarnym bzem spoza drogi. Za każdym razem, kiedy będę tędy przechodził, pomyślę: to ten bez nad biedakiem.