Świat nura

Aleksander Kościów
Świat nura
  • Muza
    Warszawa 2006
    145×205
    448 stron
    ISBN: 83-7495-048-X

Świat nura był bezsprzecznie jednym z najbardziej niespodziewanych i ciekawych debiutów roku 2006 w polskiej prozie. Dlaczego? Autorem powieści jest Aleksander Kościów, młody kompozytor muzyki poważnej i wykładowca warszawskiej Akademii Muzycznej, który wcześniej nie zgłaszał literackich aspiracji, wychynął niejako z pisarskiego niebytu. Okazał się jednak autorem nad wyraz dojrzałym i obdarzonym niebanalną wyobraźnią, udowodnił pierwszą książką, że potrafi wykreować kompletny, oryginalny świat powieściowy. Świat nura jest wielopłaszczyznową, szkatułkową opowieścią, w której zmieszane zostały elementy prozy popularnej i wysokoartystycznej, fantastyki i prozy realistycznej. Główny wątek powieści rozwija się wokół postaci trzydziestokilkuletniego antykwariusza Arrlo. Trafia on do miasta – wymyślonego przez Kościówa – którego nie zna, do tego nie wie nic o swojej przeszłości. Próbuje dowiedzieć się, kim jest, wikłając się przy okazji w romans i w awanturę z mafiami-nie-mafiami poszukującymi tajemniczej księgi, która odmienia swoją formę i ma moc zmieniania rzeczywistości. Stopniowo akcja coraz bardziej się komplikuje, mnożą się tajemnice i niedomówienia; główny bohater zaś balansuje na granicy jawy i snu, prawdy i zmyślenia, porusza się na styku światów równoległych. Czytelnik tej książki znajduje się po trosze w sytuacji samego Arrlo – musi zastanawiać się nad ulotnym sensem powieściowych zdarzeń, próbować znaleźć odpowiedzi na mnożące się w tekście pytania, badać ontologiczny status kolejnych poziomów kreowanego przez pisarza świata, rozważać, kto w te powieści kogo stwarza, wymyśla. Doskonała lektura dla wszystkich tych, którzy cenią literaturę spod znaku nieokiełznanej wyobraźni, którzy w książkach szukają tego, czego nie mogą zobaczyć za oknem.

- Robert Ostaszewski

Aleksander Kościów (ur.1974) z wykształcenia kompozytor i altowiolinista, wykłada na Akademii Muzycznej w Warszawie kontrapunkt dla studentów kompozycji oraz inne przedmioty teoretyczne.

Fragment

Dłoń powędrowała znów do ust, Harley zaciągnęła się i spojrzała na mnie, wydmuchując dym bokiem.
- Opowiedz mi o sobie w dziesięciu punktach.
- W dziesięciu punktach?
- Tak. Pierwsze kilka można poświęcić na dane personalne, pozostałe na to, co określa ciebie jako ciebie. Dziesięć punktów.
- Dobrze - powiedziałem. - Dziesięć punktów.
Należało się jednak zastanowić. Pewnie to dobry pomysł. Może jednym potrzeba tysiąca punktów, inni zaś nie mają nic do powiedzenia. Myślę, że mieściłem się gdzieś pośrodku, bliżej tych ostatnich. Dziesięć punktów po¬winno wystarczyć.
- Mam trzydzieści cztery lata. To punkt pierwszy - powiedziałem, a Har¬ley wystawiła w powietrze kciuk z numerem „jeden". - Pracuję w antyk¬wariacie, lubię to, ale mało zarabiam. Mieszkam sam, ale nie sprowadzam sobie kobiet, nie zapraszam znajomych i nie mam przyjaciół. Jem byle co i byle kiedy, czasem nawet w miejscach typu VeloxMeal, ale muszę mieć do jedzenia względny spokój. Wygląda na to, że lubię piwo, ale nic przypominam sobie, żebym się kiedykolwiek upił. Nie palę, ale nie przeszkadza mi, jak ktoś pali, byle nie za dużo. Mało wiem o świecie - nigdy nie byłem za granicą, nawet nie opuszczałem tego miasta, no i nie mam telewizora, ale nie narzekam. Lubię spacerować po ulicach i wyobrażać sobie, że wszyscy są cząsteczkami kurzu; jeden Ruch Wielkiej Ręki i wszystko wiruje ze zwielokrotnioną prędkością we wszystkich kierunkach, ale prędzej czy później uspokaja się i ogólnie unosi się jak przedtem. Ile mamy?
- Osiem.
- Nie wiem, kim jestem, nie wiem, co tu robię, ale czuję, że ktoś czegoś ode mnie chce i trochę się tego boję. Czasem mam wrażenie, że jestem tu przez przypadek i że wyschnę jak wodorost, jeśli ktoś nie weźmie mnie w dłonie. Ale pewnie przesadzam.
Zamyśliłem się. Harley trzymała dziewięć palców wycelowanych w dzie¬więciu kierunkach.
- I ostatni...?
- Hm - powiedziałem. - Lubię książki. Polubiłem je ostatnio. Wiesz, o co mi chodzi: książki jako książki. Jako skrzynki na tajemnice. Skrzynki są różne. Niektóre mają jeden zamek, inne są na szyfr, jeszcze inne mają dziesięć zamków, a wszystkie otwarte albo zepsute. I coś jest w środku. Nie chodzi o treść, intrygę czy fabułę. Chodzi tylko, że tak powiem... o sam książkowy byt. O książkowatość tego, co lam jest. Wydaje mi się, że lubię to szanować. Cholera, głupio to brzmi - westchnąłem i zamyśliłem się.
Było to ciekawe doświadczenie. Ja w dziesięciu punktach. Może przyjąć taką praktykę w codziennym życiu? To by mi rozjaśniło w głowie. Dziesięć kropelek mnie raz dziennie.
- Wszystkie punkty miały w sobie słowo „ale" - powiedziała Harley i spojrzała tak, jakby mnie przyłapała na tańczeniu przed lustrem podczas wkładania koszuli.
- Widzisz - wzruszyłem ramionami - może po prostu wszystko ma dwie strony.
- Może tak.

(…)

Schyliła się i wyrwała kilka dłuższych łodyg chwastów, oparta na pniu ręce i przytuliła do kory policzek. Trwała tak chwilę, po czym odwróciła się do mnie.
- Przyjrzyj się temu drzewu.
Zrobiłem, jak powiedziała. Podszedłem bliżej i przyglądałem się samot¬nemu drzewu rosnącemu na środku polanki. Drzewo jak drzewo, pomyśla¬łem. Nie było wysokie, ale pień miało gruby. Nie znam się na drzewach, dla mnie wszystko było z nim w porządku. Wyglądało trochę jak buk, a trochę jak dąb. Miało pojedynczy pień o korze dość pomarszczonej u dołu, lecz wygładzającej się ku górze. Jakieś trzy metry nad ziemią zaczynało się rozgałęziać, tworząc niezbyt rozłożystą, nieregularnie owalną koronę. Na ziemi wokół pnia lśnił wilgocią brązowy dywanik opadłych liści, niewielka ich ilość wciąż trwała na gałązkach. To wszystko, co mogłem powiedzieć na temat tego drzewa. Spojrzałem z powrotem na Harley.
- To drzewo - wskazała głową - to mój ojciec.
Usiadłem na trawie. Jakoś nie chciało mi się stać.
Harley usiadła koto mnie, oparta ręce na kolanach i splotła dłonie. Siedzieliśmy tak i patrzyli na drzewo dobrą chwilę. Chciałem coś powiedzieć, ale nie potrafiłem zacząć. Chmury przetaczały się nam tuż nad głowami; strasznie wolno, ale jednak sunęły w swoją stronę.
Patrzyłem jakiś czas na rozmazaną granicę lasu. Potem spuściłem wzrok i spojrzałem na Harley. Patrzyła przed siebie. Spojrzałem znów w tym kierunku - stało tam drzewo, ni to buk, ni to dąb. Samotne drzewo na środku polanki.
Ponieważ dalej nijak nie potrafiłem niczego powiedzieć, nie chcąc przy tym obrazić Harley, położyłem dłoń na jej dłoni.
- Stoi tu od ponad ośmiu miesięcy. Boi się - powiedziała szeptem.
- Aha - też szepnąłem. - Czego?
- Że ktoś go znajdzie. Że coś mu się stanie.
- Co na przykład?
- Drzewo jako drzewo wygląda przeważnie dość solidnie, ale może się
wydarzyć coś niebezpiecznego. Może na przykład zostać... - Harley zawahała się - ścięte. Może zostać trafione piorunem. Może zachorować, a ja nie potrafiłabym go leczyć. To bardzo niebezpieczne być drzewem.
Pierwszy raz pomyślałem o tym w ten sposób. Trudno się nic zgodzić.
Rozpakowaliśmy kanapki.
- Ponadto - ciągnęła - tato nie jest drzewem żadnego znanego nauce gatunku. Spędziłam wiele czasu, żeby to sprawdzić. Nie ma drugiego takiego drzewa. Nie chciałabym, żeby odnalazł je ktoś, kto się na tym zna. Byłyby kłopoty. Już i tak miałam ich sporo.
- Domyślam się - powiedziałem, choć gdy chodzi o moje szczegółowe wyobrażenia na temat ojca zamienionego w drzewo, tkwiłem w próżni.
- Trzeba było trochę wzruszyć ziemię, podeprzeć tamten konar – wskazała grubą, przyciętą dokładnie tyczkę z przybitą do jej górnego końca deszczułką, na której podpierał się konar dłuższy niż inne. Musiałem się nieco wychylić, żeby to zobaczyć. Wyrastał z niewidocznej dla nas z tego punktu strony pnia, zakrywającego wbity w ziemię drewniany drąg. - Po¬nadto tato stawał się drzewem stopniowo. Drewniał nierównomiernie w różnych częściach ciała. Okropnie cierpiał. Przynosiłam mu różne rzeczy, siedziałam z nim... To było straszne.
Nic nie powiedziałem. To musiało być straszne. Harley oparła brodę na kolanach, po chwili wyprostowała się i mówiła dalej:
- Dawał mi różne instrukcje, całe nasze życie diametralnie się zmieni¬ło... Przecież trzeba było utrzymać wszystko w jak największej tajemnicy.
- Jak to? Czy rozmawialiście jakoś?
- Dalej rozmawiamy, choć nie jest to zwykły dialog. Używamy do tego myśli, w pewnym sensie.
- Telepatia z drzewem... - Zamyśliłem się, żując kanapkę.
- Nie do końca telepatia, ale dla uproszczenia można to tak nazwać. Odkąd tato stał się już drzewem całkowicie, jest trochę prościej. No i już nie cierpi, to chyba najważniejsze. Jest silny, nie choruje za często.
- To dobrze.
Harley pokiwała głową.
- Czy rozumie słowa, które teraz wypowiadamy? - spytałem dla pewności.
- Nie sądzę, żeby to działało w ten sposób. Ale słyszy myśli, które się emituje, gdy są ubierane w słowa. Ja też słyszę niektóre jego myśli.
- Rozumiem - powiedziałem i postanowiłem uważać na to, co mi w związku z tym wszystkim przychodzi do głowy.
- Ojciec mówi - Harley zwróciła się do mnie z uśmiechem - żebyś nie przesadzał i czuł się swobodnie. Nie musisz kontrolować swoich myśli, to nie daje dobrych rezultatów.
Spojrzałem na drzewo, a potem na Harley, uświadamiając sobie, że jej ojciec właśnie usłyszał to, co pomyślałem. Mimo najlepszych chęci nie czułem się w takich warunkach całkiem swobodnie. Mam nadzieję, że mnie rozumiał. Harley uśmiechnęła się. Telepatia czy nie - byliśmy tutaj w trójkę i koniec.