Moje pierwsze samobójstwo

Jerzy Pilch
Moje pierwsze samobójstwo
  • Świat Książki
    Warszawa 2006
    145×205
    304 atrony
    ISBN: 83-247-0473-6

Książka Jerzego Pilcha to jeden z najciekawszych cyklów opowiadań w literaturze ostatniego okresu.
Poszczególnych utworów nie łączy wspólna fabuła. Pojawiający się bohaterowie sprawiają niekiedy wrażenie, jakby byli tymi samymi ludźmi w różnym wieku - na różnych etapach swojego istnienia, w różnych konfiguracjach rodzinnych. Ale niewiele w tym stwierdzeniu pewności. Jeśli coś łączy te opowiadania, to raczej figura narratora oraz nastrój i styl.
Jest to nastrój groteskowej melancholii, nastrój śmiesznej, lecz niewątpliwej wzniosłości, który bierze się z paradoksalnego związku życia z utratą. Nie chodzi jednak o samo przemijanie, lecz o to, że życie u Pilcha nabiera wzniosłości wyłącznie wtedy, gdy może być oglądane i doświadczane z perspektywy utraty. Trzeba czuć absolutną niemożność osiągnięcia tego, co dla człowieka najważniejsze i najwartościowsze, aby móc żyć we wzniosłości. Ale zarazem ów fundamentalny brak powoduje, że życie staje się niemożliwe – przeżywane jako coś nieistotnego, obcego, oglądanego z dystansu. Tylko w takiej postawie możliwe jest „pierwsze samobójstwo” - czyn zarazem ostateczny, a przecież powtarzalny. Samobójstwo można popełnić wiele razy jedynie wtedy, gdy samo życie przestaje być trwałe. Kłopotów nastręczają realia: rozpoznajemy krajobrazy, domowe sprzęty, środki komunikacji. A zarazem znajdujemy się z dala od historii – tak daleko, że z trudem rozpoznajemy okresy przedwojennej czy powojennej Polski. Jeszcze dalej jesteśmy od polityki – bohaterowie opowiadań zdają się przebywać w pozapolitycznej przestrzeni i pozapolitycznym czasie – gdzieś, gdzie prawdziwe okazują się tylko dylematy egzystencjalne. Takie książki to rzadkość niesłychanie mocno osadzone w rzeczywistości, a jednocześnie nie dające się przez pryzmat polityki wytłumaczyć. Wynika to z faktu, że podstawowym doświadczeniem, o którym pisze Pilch, jest niespełnienie. Nie jako konsekwencja procesów socjalistycznych czy kapitalistycznych, nie jako rezultat działania historii, lecz jako przygodna, a jednocześnie nieusuwalna właściwość ludzkiego życia.
Dlatego w tej prozie romans z najpiękniejszą kobietą świata trwa dwa tygodnie, dzieciństwo naznaczone jest przez myśl o samobójstwie, najbardziej znaczące wspomnienie związane z ojcem wiąże się z utratą najcenniejszej rzeczy, jaką ojciec sobie sprawił, a pamięć o babce przechowuje uparcie obraz śmierci jej męża i obraz życia, które stało się doświadczeniem samotności.
Niespełnienie, o którym Pilch pisze, powoduje, że trzy najważniejsze sprawy stają się niepełne, niedookreślone, niestabilne: tożsamość własna, świat i racja pisania. Mówiąc inaczej: niespełnienie, niczym wirus, zaraża sobą wszystko i sprawia, że życie okazuje się stanem pozbawionym wyrazistego celu, świat – bytem niekoniecznym, a pisanie – czynnością podejrzaną.

- Przemysław Czapliński

Fragment

Pół roku temu porzuciła mnie kolejna kobieta, z którą miałem zamiar mieszkać w wiecznie zasypanym śniegiem domu, oglądać wieczorami filmy na HBO, pić herbatę z sokiem malinowym itd. Na pytanie, czy była to początkująca piosenkarka w jaszczurczozielonej sukni, odpowiem przestrogą: Nigdy nie wiążcie się z początkującymi artystkami. Jak zaczną się rozwijać - sztuka może i zyska, ale życie (zwłaszcza wasze) straci. A jak nie zaczną się rozwijać - szkoda gadać.
Tak czy tak: w poczuciu coraz boleśniejszej pustki i rozpaczy kolejny raz runąłem w wir przypadkowych pociech. Za każdym razem desperacja takich poczynań była większa, a ich efekty coraz bardziej opłakane. Zaczepiałem kelnerki w knajpach, sprzedawczynie w sklepach, wypatrywałem w pojedynkę siedzących dziewczyn w kinach. Z myślą o samotnych pływaczkach zacząłem chodzić na basen. W intencji pochopnych manikiurzystek zostałem bywalcem salonów kosmetycznych. Ponieważ o żyjącą samopas wegetariankę znacznie łatwiej niż o mięsożerną singielkę, zmuszałem się do trawiastego żarcia i łaziłem do barów wegańskich. Reagowałem nawet na najbardziej ryzykowne zaproszenia i błąkałem się po całkowicie nieraz rozpaczliwych wernisażach, promocjach i premierach. Jeździłem do centrów handlowych. Nie od dziś wiadomo, że w ferworze zakupów niektóre panny słabną i ryzykownie obnażają duszę. Prawie codziennie bywałem na Dworcu Centralnym i w ławicach podróżniczek bez przerwy płynących przez przejścia podziemne wypatrywałem tych, którym się najwyraźniej specjalnie nie spieszyło. Jakimś cudem powstrzymywałem się przed podrywem ulicznym, ale całkiem serio rozważałem umieszczenie w gazecie ogłoszenia matrymonialnego.
Duże nadzieje wiązałem z empikami i wielkimi salonami muzyczno-księgarskimi. Dla dotkniętego rozproszeniem umysłowym faceta po pięćdziesiątce były to niezłe miejsca. W końcu trudno, żebym penetrował dyskoteki, kultowe knajpy, czy z zapałem uprawiał clubbing. I nie idzie o mój siwy łeb, który mógłby w takich towarzystwach budzić popłoch i żenadę. Z tym bym sobie poradził lekko. Nie takie wstydy w życiu przechodziłem. Dla mnie jakiekolwiek formy życia późnowieczornego, nie wspominając o nocnym, odpadają z powodów motorycznych. Wieczorem - powiem coś szokującego - bywam senny. Po obejrzeniu „Faktów" i głównego wydania „Wiadomości" dzień się w zasadzie dla mnie kończy. Jeszcze przejrzę w fotelu gazety, jeszcze rzucę okiem na czytaną od tygodni książkę, ale głowa mi ciąży, powieki się kleją. W takim znaczeniu czynne do dwudziestej drugiej empiki, czy inne trafiki, to są dla mnie nocne lokale i o tak późnej godzinie nawet tam nie bywałem.
Zachodziłem wczesnymi popołudniami i robiłem solenny przegląd kandydatek. W grę wchodziły tylko te, które siedziały w fotelach i czytały literaturę piękną albo z założonymi na łby kosmicznymi słuchawkami słuchały muzyki poważnej. Czytelniczki pism i słuchaczki rocka eliminowałem apriorycznie - to jest z natury rzeczy chybotliwy elektorat. Obstawiałem koneserki Beethovena i Tołstoja: obcowanie z klasyką na ogół gwarantuje niezłe perwersje. Poza tym wiadomo: jak długo siedzą, uważnie czytają albo wnikliwie słuchają - mają czas. Dalej: skoro czytają i słuchają na miejscu - najpewniej groszem nie śmierdzą. Kasy, żeby książkę czy płytę kupić i do domu zabrać - najpewniej nie mają. Ubóstwo nigdy nie jest specjalnie pożądane, ale w tym wypadku jest niezłe. Biedną zawsze łatwiej od zamożnej zwabić i łatwiej nakłonić do wszeteczeństwa. Na ostatek: podpatrzenie, co mianowicie czytają lub czego słuchają, wybitnie ułatwia sprawę zagajenia.
Rzecz w tym, że nigdy nie zagaiłem. Praktycznie w żadnym z wymienionych miejsc ani razu skutecznie nie zagaiłem. Zdarzały mi się jakieś daremne rzężenia, ale spuśćmy na to zasłonę. Męka moja była piętrowa. Uganiałem się jak szalony i startowałem jak wariat, ale nie miałem pewności i niepewność osłabiała piękno szaleństwa i bezceremonialność wariactwa. W poczuciu, iż u rzucających się w oczy arcylasek i tak nie mam szans - stawiałem na średnie. Zanim jednak do wytypowanej przeciętniachy się zbliżyłem, ogarniała mnie żenada, że
idę na łatwiznę, i rezygnowałem. Popadając ze skrajności w skrajność, maksymalnie z kolei podnosiłem poprzeczkę i desperacko przysięgałem, że od teraz wchodzę tylko w arcydzieła. Jak się jednak jakiś cud natury pokazywał - nie starczało mi refleksu i odwagi. W rezultacie i jedne, i drugie, i w ogóle wszystkie przechodziły mi koło nosa. Wracałem do domu i popełnione błędy, kapitulacje i złe szacunki rozrywały mi czaszkę. Nagle z całą jaskrawością uświadamiałem sobie, jakie skarby tego popołudnia wymknęły mi się z rąk. W wyobraźni rozgrywałem raz jeszcze wszystkie epizody, poprawiałem błędy, byłem szybki i zdecydowany; teraz wszystko się udawało, wszystko się spełniało, widmo widzianej przed godziną piękności brało mnie pod rękę, poprawiało włosy i ramiączko i ból był nie do zniesienia.
Przy tym starałem się trzymać w ryzach. Nie trawiłem całych dni na poszukiwanie kolejnej kobiety życia. Dopołudniami po staremu, choć trochę bardziej nerwowo, pracowałem. Pod wieczór, jak zwykle, wpadałem na sok grejpfrutowy do Yellow Dream. Co dwa, co trzy tygodnie jeździłem na mecze Cracovii. Jakoś żyłem. Jakoś - z najwyższym trudem - oddychałem.